Logo Przewdonik Katolicki

Wytruć partyzantów!

Maciej Korkuć
Fot.

W latach dziewięćdziesiątych podkomendni legendarnego dowódcy podhalańskich partyzantów majora Józefa Kurasia, "Ognia", opowiadali niewiarygodnie brzmiącą historię o "wtyczkach" UB, rozstrzelanych za próbę wytrucia całego oddziału. Po przejęciu przez IPN materiałów UB odnalezione zostały dokumenty pozwalające na odtworzenie zdarzeń z lata 1946 roku, w pełni potwierdzających relacje...

W latach dziewięćdziesiątych podkomendni legendarnego dowódcy podhalańskich partyzantów majora Józefa Kurasia, "Ognia", opowiadali niewiarygodnie brzmiącą historię o "wtyczkach" UB, rozstrzelanych za próbę wytrucia całego oddziału. Po przejęciu przez IPN materiałów UB odnalezione zostały dokumenty pozwalające na odtworzenie zdarzeń z lata 1946 roku, w pełni potwierdzających relacje kombatantów.



W latach 1945-1946 zgrupowanie majora Józefa Kurasia, "Ognia", było najpoważniejszym przeciwnikiem komunistów w Małopolsce. W regionie, który w 1946 roku uznano za "najbardziej zagrożony" w kraju, UB nie było w stanie zadać partyzantom poważniejszych strat, nie mówiąc już o pełnej likwidacji. Tym większy nacisk położono na zastosowanie metod rozbijania podziemia za pomocą operacji agenturalnych.
Operację przygotowywano pod bezpośrednim nadzorem krakowskiego okręgowego szefa Wydziału Informacji (czyli "wojskowego UB"), sowieckiego oficera ppłk. Michaiła Inoziemcowa. 12 lipca 1946 r. opracowano ściśle tajny plan przerzucenia w okolice siedziby sztabu "Ognia" w Gorcach dwóch agentów - podchorążych z Oficerskiej Szkoły Piechoty i Kawalerii WP o operacyjnych pseudonimach "Czarny" i "Sokół". W roli dezerterów mieli oni nawiązać kontakt z partyzantami "Ognia" i zadeklarować chęć przystąpienia do partyzantki. Dowództwo szkoły miało w tym czasie oficjalnie ogłosić ich dezercję. Liczono, że w ten sposób uda się

"pozyskać zaufanie bandy".



Początkowo obaj otrzymali standardowe zadania wywiadowcze: "ustalić dokładnie miejsca pobytu band i ich obozowiska. Opisać dokładnie teren, sposoby i drogi podejścia do obozu, nazwiska ludzi w bandzie, ilość ludzi, rozmieszczenia posterunków oraz wszystkie inne wiadomości potrzebne do poznania bandy". Oprócz tego wyznaczeni spośród podchorążych agenci UB mieli stworzyć sieć wywiadowczą partyzantów, pozornie pracującą dla "Ognia": "W dalszej pracy agent "Sokół" będzie miał za zadanie prowadzić rozmowę z oficerami bandy, w trakcie której będzie mówił, że w szkole jest wielu podchorążych, którzy również mają wojska dość, i chętnie wstąpiliby do bandy, a przynajmniej można by się dowiedzieć dokładnie o wszystkim, co się dzieje w szkole i co oddział zamierza robić". Następnie "Sokół" miał podać konkretne nazwiska podchorążych zainteresowanych współpracą z niepodległościową partyzantką. Byłyby to nazwiska tajnych współpracowników UB i Informacji, którzy zostaliby pouczeni wcześniej, co mają robić na wypadek, gdyby ktoś z partyzantów chciał nawiązać z nimi łączność. "W ten sposób zostanie wprowadzony wywiad "Ognia" w szkole [oficerskiej] złożony z ludzi pracujących dla nas". Zabiegi te miały służyć dalszej rozbudowie agentury o nowych zadaniach: "Za pomocą tego wywiadu będzie można do grupy "Ogień" wprowadzić pewną ilość ludzi naszych, którzy w razie starcia się oddziałów, będą mieli za zadanie

schwytać samego "Ognia"



i wprowadzić zamieszanie przez strzały z tyłu". Jako drugą ewentualność zakładano przygotowanie zasadzki, w którą zostanie wprowadzony oddział: "Również za pomocą tego wywiadu będzie można wyciągnąć grupę "Ogień" z lasu, podsuwając jako przynętę samochód z bronią lub amunicją, lub innymi rzeczami, które są potrzebne grupie leśnej, o czym zawiadomi nas agent, zaś rzekomy wywiad doniesie, że tego rodzaju rzeczy są złożone w miejscu, gdzie zostanie przygotowana zasadzka".
Plan był przygotowany, ale już 14 lipca 1946 r. uzyskano dodatkowe informacje o stuosobowym oddziale ochrony sztabu "Ognia" przebywającym na Turbaczu. Za szczególnie cenną uznano wiadomość, że "Ogień" "prowadzi czysto wojskowe życie, przeprowadza manewry i ćwiczenia". To zainspirowało funkcjonariuszy do opracowania kolejnego planu, który będzie uzupełnieniem poprzedniego o iście szatański pomysł zbiorowego wytrucia "ogniowców".
W "Dodatkowym planie zniszczenia grupy "Ogień"", datowanym na 15 lipca 1946 r., ppor. Pagórski pisał: "Po podrzuceniu agentów dać im za zadanie wejść w bliskie stosunki z kucharzem, sprawdzić ilość kuchni polowych u "Ognia" i za wszelką cenę wejść w stosunki z gotującymi obiady. Następnie w dniu, w którym otrzymają rozkaz ode mnie, dosypią do wieczornego posiłku dla żołnierzy "Ognia"

mieszaninę trucizn".



Plan był wcześniej dogłębnie przemyślany i skonsultowany ze specjalistami. Dlatego też od razu zawierał szczegółową recepturę przyrządzenia trucizny.
Plan był w gruncie rzeczy prosty. Po spożyciu trucizny partyzanci mieli "zasnąć" w ciągu trzech godzin. Wówczas wprowadzeni do oddziału agenci mieli przeprowadzić "schwytanie lub postrzelenie samego "Ognia" i jego bliskich". Plan zastosowania takiej trucizny miał być skoordynowany z działaniami zewnętrznymi. W dniu akcji zamierzano w pobliże obozu sprowadzić siły UB i KBW, potrzebne "do zupełnego zlikwidowania obozu, przetransportowania "Ognia" i zabezpieczenia składów broni" oraz "do zlikwidowania ewentualnego oporu jednostek z bandy, które mogą nie spożywać pokarmu ze wspólnej kuchni". Pomyślne wykonanie zadania agenci mieli zasygnalizować wystrzeleniem trzech czerwonych rakiet. Po udanej akcji ściągnięte na Turbacz siły przez dwa-trzy tygodnie miały wyłapywać wszystkich partyzantów przybywających do obozu. Był tylko jeden warunek powodzenia tych planów: w sposób niezauważony wprowadzić do kotła truciznę...
Jeszcze tego samego dnia, czyli 15 lipca 1946 roku, Pagórski zwrócił się z pisemną prośbą o przysłanie 3 tys. złotych "które będą przeznaczone na oddanie [dwóm] agentom idącym do grupy "Ogień" po 1000 (tysiąc), [a trzeci] tysiąc złotych przeznaczony będzie na zakup i sporządzenie trucizny".
Ostatecznie w okolice Turbacza wysłano jako dezerterów z "podchorążówki" agentów o operacyjnych pseudonimach

"Osa" i "Pogrom".



Tajne meldunki mieli składać w oznaczonych miejscach w karabinowych pociskach. Raporty miały być upozorowane na zwyczajne listy, w które wplatane były odpowiednie słowa mające zaszyfrowane znaczenie, istotne dla realizacji planu. Przykładowo, kiedy pisano o "Ogniu", miano użyć słowa "słońce", "korale" oznaczały amunicję, "koraliki" - granaty, "lampa" - bombę zegarową, "miłość" - niewolę, "śpiewać" - ustalono posterunki, "pokrzepić" - znam wszystkie miejsca posiłku, "polują" - chcą założyć w szkole wywiad, "iść" - dowierzają nam etc. Kopie tych szyfrów obaj agenci mieli zaszyte w owijaczach.
Cała akcja przebiegała wzorowo, ale "Ogień" okazał się wymagającym przeciwnikiem. Obaj agenci łatwo natrafili na oddziały, które operowały w tych rejonach niemal jawnie, w biały dzień dokonując akcji, przemarszów i kontroli aut przejeżdżających drogą Kraków-Zakopane. Jako uciekinierzy zostali przyjęci do oddziału ochrony sztabu, ale "Ogień" - doświadczony dowódca partyzancki - kazał ich stale trzymać pod dyskretną obserwacją.
"Któregoś dnia były zorganizowane ćwiczenia w okolicach obozu w górach - opowiadał później Edward Klempka ps. "Osóbka", wówczas pomocnik kucharza - ci dwaj podchorążowie zostali w obozie i bardzo się kręcili koło kuchni". Nie wiedzieli, że Kuraś polecił obserwować ich zachowanie przez lornetkę swojemu adiutantowi, który "zauważył, że wyciągają coś, co chcieli wrzucić do kotła, wtedy strzelił w powietrze, a oni się od razu cofnęli. Zostali zrewidowani i sam widziałem, jak im wyciągnęli z kołnierzyków, tam gdzie są wkładki usztywniające, fiolki z jakąś silną trucizną" - mówił Klempka. Obaj zostali rozstrzelani 20 lipca 1946 roku.
Misterny plan został udaremniony, ale dowodzący operacją o tym nie wiedzieli. W końcu lipca zaczął ich niepokoić

brak kontaktu z agentami.



Nie było wiadomo, czy akcja się rozwija, czy też spaliła na panewce na skutek dekonspiracji lub zdrady. W celu uzyskania informacji o "Osie" i "Pogromie" 24 lipca 1946 r. do umówionych miejsc składania meldunków wysłani zostali agenci-łącznicy o operacyjnych pseudonimach "Orlik" i "Księżyc" (również ze szkoły podchorążych). W Rabce zostali przez podkomendnych "Ognia" pochwyceni, ale nie zdekonspirowani. "Orlik" po drodze uciekł, a "Księżyc" przekazał wcześniej przygotowane wyjaśnienie, że chodzi po okolicach Gorców i "wypytuje się, gdzie można kupić siana dla kawalerii, gdyż brak jest w jednostce siana". Partyzanci puścili go wolno, a przy okazji powiedzieli mu, że ostatnio zlikwidowali dwóch agentów nasłanych z jego szkoły.
"Księżyc" niezwłocznie napisał raport o likwidacji dwóch ludzi z podchorążówki. Podejrzliwi "czekiści" długo analizowali, czy jest to wiadomość prawdziwa, czy próba przejęcia przez "Ognia" inicjatywy w grze operacyjnej. Wiedziano bowiem, że Kuraś ma swoich współpracowników zarówno w strukturach UB, jak i wojska. Brano m.in. pod uwagę wariant, że agenci przeszli na stronę Kurasia i upozorowali własną śmierć.
Nie wiemy, po jakim czasie UB-owcy ostatecznie potwierdzili rzeczywisty przebieg wydarzeń. Wiemy natomiast, że "Osie" i "Pogromowi" pośmiertnie wyznaczono jeszcze jedną misję. W komunistycznej propagandzie obaj agenci, już pod prawdziwymi nazwiskami (plut. pchor. Kazimierz Kilian i st. sierż. pchor. Marian Noga), dołączeni zostali do "niewinnych ofiar reakcyjnego podziemia" - tak byli traktowani jeszcze w publikacjach z lat osiemdziesiątych. Jako podchorążowie doskonale nadawali się do budowy czarnego obrazu partyzantki. Oczywiście skwapliwie przemilczano prawdziwe szczegóły ich zbrodniczej misji.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki