Pochodzą z kilkunastu krajów świata. Znaleźli się w Polsce z powodów ekonomicznych lub - niewielka ich część - jako uchodźcy polityczni. Wielu z nich już się zadomowiło. Niektórzy czują się Polakami, inni jeszcze się zastanawiają, czy zostać, czy też szukać nowej ojczyzny.
Początek lat dziewięćdziesiątych otworzył granice Polski zarówno Polakom, jak i przybyszom. Polska...
Pochodzą z kilkunastu krajów świata. Znaleźli się w Polsce z powodów ekonomicznych lub - niewielka ich część - jako uchodźcy polityczni. Wielu z nich już się zadomowiło. Niektórzy czują się Polakami, inni jeszcze się zastanawiają, czy zostać, czy też szukać nowej ojczyzny.
Początek lat dziewięćdziesiątych otworzył granice Polski zarówno Polakom, jak i przybyszom. Polska stała się dla wielu cudzoziemców krajem tranzytowym, zarówno z państw byłego Związku Sowieckiego, jak i dla obywateli z Afryki czy Azji. Wielu z nich zatrzymało się na stałe. Dziś są pełnoprawnymi obywatelami RP, uczestniczą w kulturze, życiu gospodarczym i politycznym nowego kraju. Są radnymi, burmistrzami, a nawet posłami. Największe obecnie skupisko obcokrajowców stanowią Wietnamczycy. Według oficjalnych danych jest ich około dziesięciu tysięcy, nieoficjalnie - dwa razy tyle. Rośnie w Polsce nowe pokolenie, które już lepiej mówi po polsku niż po wietnamsku.
Ojciec Edward Osiecki, duszpasterz Wietnamczyków, podkreśla, że na jego początkową formację religijną duży wpływ miał "Przewodnik Katolicki", czytany od najmłodszych lat, tydzień w tydzień, później był oprawiany w rocznik. Wybór zakonu jednak o. Osiecki przypisuje wikariuszom werbistom, którzy posługiwali w jego rodzinnej parafii w Iławie. Dzięki nim mógł czytać listy od misjonarzy i był dumny, że został dopuszczony do misjonarskich sekretów. Seminarium ojciec Osiecki wspomina jako czas ogromnego rozwoju. Dzięki licznym kontaktom z misjonarzami, którzy odwiedzali główną siedzibę werbistów - Pieniężno, czuł swoją obecność w świecie. Formacja zaś kształtowała go jako człowieka otwartego na dialog z każdym.
Liście spod marynarki
Swoją posługę misyjną ojciec Edward rozpoczął w Papui - Nowej Gwinei, gdzie w preambule konstytucji widnieje zapis: "Jesteśmy krajem chrześcijańskim i budujemy swoją tożsamość na Piśmie Świętym i zdrowych tradycjach naszych przodków". Papua - Nowa Gwinea to państwo wielkości Polski z niecałymi pięcioma milionami ludzi władającymi 850 językami. To kraj, gdzie ponad trzydzieści procent stanowią katolicy, gdzie kobiety chodzą z odkrytymi piersiami, a mężczyźni jako spodni najczęściej używają liści, które wystają im spod eleganckich i drogich marynarek. Pobyt w Nowej Gwinei o. Osiecki uważa za jedno z większych doświadczeń w życiu. Czas tam spędzony nauczył go pokory wobec kultury, do której przychodził, pokory wobec Pana Boga, który był tam na długo przed jego przybyciem, a także szacunku dla tubylczej mądrości, mimo że ponad 70 proc. z nich to analfabeci. - To sprawiało, że z większą pokorą przekazywałem Ewangelię, wiedząc, że Duch Święty działa tam w sposób szczególny - podkreśla ojciec Edward Osiecki.
Powrót do kraju
Kiedy ojciec Osiecki po dziesięciu latach dobrze się zadomowił w nowym miejscu i zaczął zapuszczać korzenie, w 1995 roku został odwołany do Polski. Nie bardzo rozumiał, dlaczego.
Rozpoczął pracę w zakonnym wydawnictwie i próbował odgadnąć sens ponownej obecności w kraju. W niecały rok po swoim przyjeździe trafił z posługą do Centralnego Ośrodka dla Uchodźców w Dębaku pod Warszawą. Tam spotkał imigrantów z Ameryki Południowej, Afryki, Pakistanu, Sri Lanki, Indii. Rozpoczął wśród nich coniedzielne wizyty z siostrami misjonarkami miłości od Matki Teresy z Kalkuty. - Odwiedzamy ludzi w pokojach, wsłuchujemy się w ich historie. Nie zawsze możemy im pomóc, bo to wykracza poza nasze możliwości - mówi ojciec Edward. - Ale sama nasza obecność, możliwość porozmawiania jest dla nich wielkim przeżyciem. Czekają na nas. Opowiadają o tym, co przeszli w swoich krajach, jakie mieli doświadczenia i trudności. Jest to dla wielu przeżycie terapeutyczne.
O. Osiecki spotkał kiedyś Wietnamczyka, który zaczął wprowadzać go w potrzeby wietnamskich katolików przebywających w Polsce. - Wtedy też poczułem siłę hasła, które sam sobie ułożyłem: misja przyszła pod nasze drzwi. Do tej pory to my jeździliśmy na misje, w tej chwili misje przychodzą do nas - wyjaśnia o. Edward. - Dogłębnie zrozumiałem sens mojego powrotu do Polski. Doświadczenie nowogwinejskie było mi potrzebne, aby zaopiekować się cudzoziemcami w Polsce. Zaopiekowałem się Wietnamczykami. Wielu z nas nie zdawało sobie sprawy, że ta ogromna rzesza cudzoziemców przechadzająca się po naszych ulicach to ludzie, którzy mają też inne potrzeby. Nie tylko ekonomiczne.
Spotkania z Wietnamczykami i innymi uchodźcami w Centralnym Ośrodku dla Uchodźców uświadomiły o. Osieckiemu, że imigrancka społeczność nie ma miejsca, w którym mogłaby się spotykać. Nie ma swojego klubu, w którym nie tylko będzie mogła się napić kawy w gronie znajomych, ale też wymienić doświadczenia na temat nauki czy pracy. W wielu wypadkach nie wie też, że początkowy brak pozwolenia na pozostanie w Polsce nie zamyka drogi do złożenia odwołania. Ale też na ogół imigranci słabo są zorientowani w polskim prawie. Nie stać wielu z nich na poradę prawnika, wynajęcie adwokata. - Owszem, dziś pomagamy w załatwieniu spraw w urzędzie - mówi o. Osiecki. - Ktoś musi czuwać nad tym, by instytucje państwowe ich nie krzywdziły. Do tej pory robiliśmy to niejako "z walizki". Jechaliśmy do ośrodka w Dębaku, spotykaliśmy się, rozmawialiśmy. Robiłem notatki. Próbowałem coś tym ludziom zorganizować i zawsze czułem potrzebę stworzenia miejsca, które by było poza ośrodkiem, bo tam zawsze człowiek czuje się jak gość. Chcemy, by nasz ośrodek był miejscem, które polubią, gdzie będą mogli prezentować kulturę swojego narodu czy swój dorobek artystyczny.
I tak powstała idea zorganizowania u księży werbistów Ośrodka Migranta, takiego miejsca, które stałoby się ogniskiem skupiającym obcokrajowców, by każdy mógł tutaj przyjść nie tylko po to, żeby załatwić jakąś sprawę, ale by móc się komuś wyżalić - księdzu czy psychologowi, koledze ze swej miejscowości czy poznać się z Polakami, którzy będą chcieli nawiązać z nim kontakt. Ośrodek bowiem zamierza skupiać też Polaków, którzy będą chcieli pomagać obcokrajowcom. Jednak podstawowym jego założeniem jest pomoc w nauce języka polskiego, a także ułatwienie dostępu do opieki medycznej. W ośrodku będzie można również uzyskać pomoc w znalezieniu mieszkania. - Nie dysponujemy miejscami do zakwaterowania, ale dzięki ludziom dobrej woli możemy dysponować danymi, kto może udostępnić czy wynająć mieszkanie imigrantowi - podkreśla o. Edward. - Wówczas możemy w tym pośredniczyć, biorąc pewną moralną gwarancję na siebie.
Wietnamczyk i turecki kebab
Ośrodek tymczasem organizuje zespół do rozwinięcia kompletnej działalności. Ma już swego dyrektora, są pierwsze lekcje języka dla Ugandyjczyków i Afgańczyków. Organizowane są także spotkania cudzoziemców z Polakami i konferencje. W zeszłym miesiącu - na temat zmian prawnych dotyczących cudzoziemców. Ale kolejnym marzeniem ojca Osieckiego jest zorganizowanie kaplicy na największym jarmarku Europy, jakim jest warszawski Stadion X-lecia. To miejsce spotkania wielu kultur, gdzie pracują ludzie z Afryki, Azji i byłego ZSRR. Miejsce, w którym w niewymuszony sposób następuje integracja międzynarodowa i międzyreligijna między Turkiem a Wietnamczykiem, między Ukraińcem a Afgańczykiem. Tu trwają gorące dyskusje o polityce, religii, wielu codziennych sprawach. - I, co jest ciekawe - podkreśla o. Edward Osiecki - mimo że każdy centymetr miejsca jest dla nich ważny, nie ma większych konfliktów między nimi. Nie ma konfliktów narodowościowych, rasowych. Żaden nie ma szansy poznać języka drugiego, a porozumiewają się za pomocą łamanego języka polskiego. Uczą się szanować prawo, jest pełna dyscyplina i dużo międzynarodowej solidarności. Ukrainiec idzie na zupkę wietnamską, Wietnamczyk z ciekawości na turecki kebab. I właśnie tym cudzoziemcom trzeba stworzyć warunki, by czuli się w Polsce partnerem. By nie zamykali się w getcie, bo ono tworzy dewiacje. Muszą być wrośnięci w kulturę, religię, niekoniecznie w chrześcijańską. Przecież Tatarzy nie byli katolikami, a byli tak samo dobrymi Polakami, jak każdy inny. Trzeba próbować ucywilizować ten bałagan. Jan Paweł II mówił o "ewangelizacji targowiska". On też na tym stadionie odprawiał Mszę św. I Choćby dla samego upamiętnienia Jana Pawła II, tej jego obecności, powinna tam się znajdować kaplica. Aby jeśli ktoś chce, mógł przyjść na medytację, spotkać duszpasterza, bo Kościół powinien być tam, gdzie są ludzie. Powiedziałem niedawno o tym w jednym z wywiadów. I kiedy przyszedłem na stadion, Wietnamczycy pytali mnie, czy mają zbierać pieniądze na świątynię.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













