Chociaż żył zaledwie osiemnaście lat, również w naszych czasach budzi zdumienie dojrzałością wiary i konsekwencją w realizacji swojego powołania. Słyszeliśmy o nim kiedyś na lekcji religii, ale najczęściej niewiele z tego pamiętamy. A szkoda, bo to postać warta przypomnienia - chłopak z charakterem, wytrwale poszukujący swojej drogi do Boga.
Nieszczęściem żywotów wielu świętych był przez lata nadurodzaj nieprawdopodobnych wręcz wydarzeń, cudowności i nadzwyczajności, które im przypisywano. Szary człowiek, wczytując się w takie żywoty, mógł łatwo ulec przeświadczeniu, że świętość leży całkowicie poza jego możliwościami. Bądźmy, zresztą, szczerzy: kiedy z obrazu lub witrażu spoglądały na nas zasępione twarze świętych, z oczami wzniesionymi ku niebu - często z "leliją" w ręku - nie bardzo miało się ochotę iść w ich ślady.
Dobrze urodzony
Pochodził ze znakomitego rodu, który swoje "anatomiczne" nazwisko Kostka zawdzięczał Nawojowi z Rostkowa, wyróżniającemu się mocno wystającą prawą kością policzkową. Jan Kostka, ojciec Stasia, był kasztelanem zakroczymskim, spokrewnionym m.in. z biskupem chełmińskim Piotrem oraz kasztelanem gdańskim - Janem, popieranym w staraniach o tron Polski przez tureckiego sułtana Sulimę. Matka zaś, Małgorzata z Kryskich herbu Prawdzic, pochodziła z Drobnina i była krewną znanego humanisty oraz polityka Wojciecha, zaprzyjaźnionego z Janem Kochanowskim, a także polityka Stanisława, spowinowaconego z prymasem Uchańskim.
Przyszedł na świat w drugiej połowie 1550 r. na Mazowszu, w Rostkowie pod Przasnyszem, a jego pierwszymi nauczycielami i katechetami byli pobożni rodzice. Dali oni swoim kilkorgu dzieciom surową, ale rzetelną formację duchową. W 1564 r., razem z bratem Pawłem, udał się - pod opieką pedagoga domowego Jana Bilińskiego - do cesarskiego gimnazjum jezuickiego Collegium Nobilium w Wiedniu.
Zanim podjął decyzję
Początkowo zamieszkali w konwikcie, czyli internacie jezuickim, a potem przenieśli się na stancję do luteranina Kimberkera. Dzięki swojej pracowitości Staś rychło został jednym z najlepszych uczniów. Paweł, którego irytowała głęboka pobożność brata, razem z innymi kolegami uprzykrzał mu życie. Trudno im było zrozumieć, dlaczego Stanisław tyle się modli i odmawia sobie rozmaitych przyjemności, a jemu po prostu szkoda było czasu na głupstwa i dlatego powtarzał: Ad maiora natus sum (Do wyższych rzeczy jestem stworzony).
Podczas groźnej choroby w grudniu 1565 r. chłopiec przeżył wizję mistyczną: ujrzał Matkę Bożą, która położyła mu na rękach Dzieciątko Jezus i oznajmiła, co ma dalej czynić. Powziął wówczas decyzję i ślubował, że wbrew jakimkolwiek przeszkodom wstąpi do Towarzystwa Jezusowego. Ojciec był temu stanowczo przeciwny, więc szesnastoletni Staś postanowił potajemnie zbiec z domu i z listem polecającym od znajomego jezuity wyruszył pieszo w kierunku Niemiec do Augsburga. Tradycja głosi, że droga obfitowała w niezwykłe wydarzenia, m.in. w pościg za Stasiem ruszył Paweł, który nie rozpoznał brata odzianego w szaty żebraka.
Jak święty świętego do świętego posłał
Z Augsburga udał się do Dylingi. Tu prowincjał jezuitów św. Piotr Kanizy przyjął go na próbę do konwiktu, gdzie sprzątał i pomagał w pracach przy kuchni. Pobożność, dobroć i szlachetność chłopca tak ujęły prowincjała, że pół roku później wysłał go do Rzymu z listem polecającym do samego generała jezuitów św. Franciszka Borgiasza, bliskiego współpracownika założyciela Towarzystwa Jezusowego św. Ignacego Loyoli. Po latach skomentowano ten fakt słowami: święty (Kanizy) świętego (Stanisława Kostkę) do świętego (Franciszka Borgiasza) posłał.
Cóż, droga do Rzymu nie była wówczas wycieczką, lecz trudną wędrówką przez wysokie góry, jakimi są Alpy. Rozgniewany ojciec pisał później z wyrzutem, że syn kasztelana włóczył się, jak żebrak, po Niemczech i Włoszech. Kiedy ustalił miejsce pobytu syna, podjął starania, aby wydostać go z nowicjatu, bo wiązał z nim inne plany. Ale Stanisław doskonale wiedział, czego chce i jaka powinna być droga jego życia, więc nie ugiął się przed surowym ojcem i licznymi przeciwnościami losu. W październiku 1567 r. został przyjęty do nowicjatu przy kościele św. Andrzeja na Kwirynale, a w następnym roku złożył pierwsze śluby, zdobywając uznanie mistrza duchowego o. Fatio, który widział w nim wzór doskonałości zakonnej. Napisał później o swoim podopiecznym: "Brak słów na wyrażenie wzniosłości jego cnót i drogocennych przykładów, którymi odznaczał się jego żywot. Był dla wszystkich wzorem i zwierciadłem doskonałości zakonnej". Szanowali go i podziwiali nawet najstarsi jezuici! Zapytali kiedyś, z czym wyruszyłby na wędrówkę do Indii, a on odrzekł, że wziąłby: "dobry kapelusz cierpliwości, płaszcz miłości Boga i bliźnich oraz mocną parę trzewików umartwienia".
Pod opieką św. Stanisława
Zaledwie dziesięć miesięcy później ciężko zachorował - prawdopodobnie na malarię - i 15 sierpnia 1568 r. zmarł, wcześniej przepowiadając dokładną datę własnej śmierci. Poprzez nowicjaty jezuickie szybko zaczął się upowszechniać jego kult. Kanonizowany w 1726 r., był uznawany za patrona Polskiej Korony i Wielkiego Księstwa Litwy.
Po wizji jezuity o. Oborskiego uznano, że polskie wojsko zawdzięcza orędownictwu św. Stanisława Kostki zwycięstwo nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. Natomiast król Polski Jan II Kazimierz dziękował św. Stanisławowi Kostce za pokonanie wojsk Chmielnickiego, wspomaganego przez Tatarów w bitwie pod Beresteczkiem w 1651 r. Mieszkańcy Rostkowa, skąd pochodził, wierzą, że opiece św. Stanisława Kostki zawdzięczają ocalenie podczas drugiej wojny światowej.
Ze względów duszpasterskich wspomnienie św. Stanisława Kostki zostało przeniesione w kalendarzach kościelnych z 13 listopada na 18 września, czyli na pierwsze dni roku szkolnego. Jest przecież patronem polskiej młodzieży, a także ministrantów.