Rozmowa z ks. Włodzimierzem Dziadkiem, kapłanem archidiecezji gnieźnieńskiej, który w latach 1995-2002 posługiwał jako misjonarz w Wenezueli, a od dwóch lat pracuje w Stanach Zjednoczonych
Przed wyjazdem do Wenezueli pracował Ksiądz w archidiecezji gnieźnieńskiej. Droga kapłańskiej posługi wiodła przez Miłosław, Gromadno, Janikowo i wreszcie Bydgoszcz. Na ile to "polskie doświadczenie"...
Przed wyjazdem do Wenezueli pracował Ksiądz w archidiecezji gnieźnieńskiej. Droga kapłańskiej posługi wiodła przez Miłosław, Gromadno, Janikowo i wreszcie Bydgoszcz. Na ile to "polskie doświadczenie" okazało się przydatne w pracy na innym kontynencie, a więc odmiennych od naszych warunkach kulturowo-społecznych, ale także w Kościele, który - jak myślę - różni się od Kościoła w Polsce?
- Pomimo istotnych różnic, to doświadczenie było dla mnie bardzo pomocne w pracy duszpasterskiej w Wenezueli. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że trudno sobie wyobrazić podjęcie posługi kapłańskiej w kraju misyjnym bez wcześniejszej pracy duszpasterskiej we własnym kraju. W Polsce ,,poznałem smak" pracy wikariusza i prefekta, a w pewnym sensie także proboszcza. Nie ukrywam jednak, że dopiero na miejscu zrozumiałem, jak wiele musi się człowiek ciągle uczyć. Z pokorą musiałem przyjąć prawdę, że zaczynam zupełnie nowy etap życia, a otaczająca mnie rzeczywistość przekracza moje dotychczasowe wyobrażenia o pracy misyjnej. Odkrywałem więc powoli nowy świat, nowych ludzi, nowy Kościół. To była taka kilkuletnia "szkoła życia", w której ciągle czegoś się uczyłem...
Na przykład czego?
- Och, przykładów znalazłoby się wiele... Musiałem m.in. pogodzić się z faktem, że w Ameryce Łacińskiej ludzie są bardzo emocjonalni, łatwo ulegają nastrojom, a nierzadko także pod wpływem chwilowych doznań podejmują ważne decyzje. Ich aktywność opiera się na całkowitej spontaniczności. Wiele działań podejmowanych jest bez jakichkolwiek planów, a nawet jeśli one istnieją, to efekt końcowy rzadko bywa z nimi zgodny. Tak więc należy ich zachęcać do systematycznej pracy, nauki i modlitwy, ale także uczyć pewnej organizacji i dyscypliny we wspólnym działaniu.
Praca misyjna w Wenezueli rozpoczęła się dla Księdza od "rzucenia na głęboką wodę"...
- Faktycznie. Na początku pracowałem wspólnie z miejscowym proboszczem, jednak już po trzech tygodniach uległ on wypadkowi i zostałem sam. Parafia miała cztery kościoły i dwadzieścia pięć kaplic. Nie było lekko. Trudne początki wynikały też z nieznajomości tamtejszych realiów - temperamentu mieszkańców, języka, sposobu życia. Jednak wraz z upływem czasu zdobywałem niezbędną wiedzę, poznawałem ludzi i coraz lepiej odnajdywałem się w tej nowej sytuacji.
Wyobrażam sobie, że taki początek mógł nie nastrajać zbyt optymistycznie. Ale chyba nie było aż tak źle, skoro już wkrótce uznano, że poradzi sobie Ksiądz na samodzielnej placówce?
- Tak, to prawda. Po kilku miesiącach zostałem skierowany przez miejscowego biskupa do parafii liczącej dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców. Swoim obszarem obejmowała ona pięć ubogich dzielnic miasta. Występowały tam typowe dla takich społeczności problemy: bieda, wysoka przestępczość i bezrobocie. Nie ma co ukrywać, w takim środowisku praca duszpasterska jest niezwykle trudna. Jednak były "światełka w tunelu". Bardzo żywy jest na przykład wśród Latynosów kult Matki Bożej, czego wyrazem był bardzo rozwinięty Legion Maryi, który zastałem w mojej parafii. Już na początku udało mi się też zainicjować dzieło Drogi Neokatechumenalnej. Nie zapomniałem również o młodzieży. Wspólnie założyliśmy m.in. teatr.
Chciałabym jeszcze na koniec naszej rozmowy zapytać o pracę Księdza w USA. Jak ona wygląda?
- Posługę kapłańską w Stanach Zjednoczonych pełnię od dwóch lat. Pracuję w parafii, w której dużą część mieszkańców stanowią Latynosi. Ich masowa obecność sprawia, że w naszej wspólnocie obowiązują dwa oficjalne języki: angielski i hiszpański. Z racji mojej poprzedniej pracy w Wenezueli, powierzono mi troskę o duszpasterstwo imigrantów wywodzących się ze strefy języka hiszpańskiego. Kiedy pokonałem już barierę języka angielskiego, a do tego potrzebny był znów pewien czas, podjąłem także pracę duszpasterską z drugą grupą językową, czyli... z Amerykanami. Kościół w USA i cała jego aktywność jest bardzo dokładnie zorganizowana i zamknięta w pewne formy działania. Wszędzie jednak potrzeba dużego, osobistego zaangażowania kapłana w przybliżanie ludzi do Boga i Kościoła.
Dziękuję za rozmowę
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













