Logo Przewdonik Katolicki

Rodzicielskie troski

Michał Gryczyński
Fot.

I po wakacjach. Przynajmniej dla dzieci, które rozpoczynają kolejny rok szkolny. My wprawdzie nie będziemy wyśpiewywać jak niegdyś: "pójdziemy do szkółki pracować jak pszczółki", za to możemy zapytać własne pociechy, czy cieszą się, że powracają do szkolnych ławek. Mam wrażenie, że nie odpowiedzą nam chóralnym: taaak!, bo szkoła jaka jest każdy widzi. Ale i nam, ludziom...

I po wakacjach. Przynajmniej dla dzieci, które rozpoczynają kolejny rok szkolny. My wprawdzie nie będziemy wyśpiewywać jak niegdyś: "pójdziemy do szkółki pracować jak pszczółki", za to możemy zapytać własne pociechy, czy cieszą się, że powracają do szkolnych ławek. Mam wrażenie, że nie odpowiedzą nam chóralnym: taaak!, bo szkoła jaka jest każdy widzi.
Ale i nam, ludziom dorosłym, dane jest przeżywać każdego roku we wrześniu ambiwalentne uczucia. Z jednej bowiem strony zazdrościmy nieco młodziakom owych pięknych, zielonych lat, które są już, niestety, dawno za nami. A zarazem odczuwamy swoistą ulgę, że sami nie musimy się już martwić ani powtórkami materiału, ani tradycyjną serią klasówek. Za to przyjdzie nam oczekiwać na kolejne pomysły oświatowe urzędasów Ministerstwa Edukacji; na pewno zadbają znowu o to, abyśmy mieli okazję nieco się pomartwić. Jedną z innowacji oświatowych jest, jak pamiętamy, rozszerzenie obowiązku szkolnego na sześciolatków. Na komentarz szkoda słów, więc przytulmy do piersi te wszystkie biedne brzdące, które pozbawione będą całego roku z najbardziej beztroskiego okresu życia. Szkoda, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat nikomu nie starczyło odwagi, aby podjąć się próby likwidacji tego nieszczęsnego ministerstwa, które przecież, tak naprawdę, nikomu do niczego nie jest potrzebne. A już na pewno nie uczniom, czy nauczycielom.
Jako rodzice mamy powody także do innych wrześniowych frustracji. Musimy przecież wyprawić swoje pociechy, starsze i młodsze, do szkoły, czyli zaopatrzyć je w podręczniki i przybory, opłacić ubezpieczenia, wszystkie składki klasowe i wreszcie te na Radę Rodziców. Kiedyś przeżywaliśmy ów czas trochę mniej boleśnie, bo przynajmniej młodsze dzieci przejmowały podręczniki po starszym rodzeństwie. I to nie tylko w sytuacji, kiedy w rodzinie pojawiał się "co rok prorok" ale nawet wtedy, gdy dzieci dzieliło kilka lat różnicy. Od pewnego już czasu stało się to jednak praktycznie niemożliwe, bo podręczniki zmieniają się jak w kalejdoskopie, a ministerstwo robi co może, aby tych zmian było jeszcze więcej. I tak np. moja młodsza córka, która jest "królikiem doświadczalnym", ponieważ należy do pierwszego rocznika gimnazjalistów, uczy się obecnie w liceum. Niestety, żadne podręczniki starszym rodzeństwie nie są jej przydatne, więc pozostaje nam oddać dwa kartony wypełnione książkami wprost na makulaturę. Jeśli, rzecz jasna, ktoś ją jeszcze skupuje. A ceny wielu podręczników mogą przyprawić o ból głowy, choć właściwie nie wiadomo dlaczego tak się dzieje, bo przy wysokich nakładach, w jakich są wydawane, powinny kosztować znacznie mniej.
Tak, tak, czcigodni utracjusze raju, kto ma gromadkę dzieci musi się nieźle o tej porze roku uwijać i ma, doprawdy, nad czym myśleć. Choć zdarzy mu się czasem usłyszeć, tu i ówdzie, sarkastyczne słowa: "A kto ci kazał mieć tyle dzieci?", to radziłbym się nimi nie przejmować. Czy ci, którzy tak mówią, nie zasługują raczej na współczucie, skoro zdradzają nie tylko swój brak życzliwości wobec dzieci i rodzin wielodzietnych, ale i głęboko skrywane rany sprzed lat? Kto wie, może sami nie mieli nazbyt szczęśliwego dzieciństwa?
Trzeba jednak przyznać, że większość ludzi dobrze rozumie owe rodzicielskie troski i tylko ministerialnym szamanom od edukacji nie starcza, jak zwykle, wyobraźni.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki