Logo Przewdonik Katolicki

Coś się zmieni?

Michał Gryczyński
Fot.

Niedawne "święto z lamusa", czyli rocznica manifestu PKWN, znowu wzbudziła w niektórych osobach nostalgię za przeszłością. To, zapewne, skutek kłopotów z pamięcią. Pewien jegomość wzdychał za tym "nieświętym świętem", wspominając dzień wolny od pracy, defilady i potańcówki, festyny z piwkiem i kiełbaską, Pałac Kultury i jakiś nowy most. Brak mi słów, zwłaszcza, że bajał...

Niedawne "święto z lamusa", czyli rocznica manifestu PKWN, znowu wzbudziła w niektórych osobach nostalgię za przeszłością. To, zapewne, skutek kłopotów z pamięcią. Pewien jegomość wzdychał za tym "nieświętym świętem", wspominając dzień wolny od pracy, defilady i potańcówki, festyny z piwkiem i kiełbaską, Pałac Kultury i jakiś nowy most. Brak mi słów, zwłaszcza, że bajał on również coś o odrodzeniu narodowym, jakby nadal wierzył w rzewną historyjkę o powstaniu manifestu, choć nie wierzą w nią już nawet starzy towarzysze partyjni. A dla nich był to przecież symbol początku nastania tzw. władzy ludowej.
Jak było naprawdę? Po bankiecie na Kremlu wykonawcy planów Stalina przybyli samolotami z Moskwy do Chełma, aby zainstalować rząd nad Wisłą. Potem przez pół wieku usiłowano nam wmawiać, że manifest powstał w Warszawie, a ogłoszono go w Chełmie, ale to bolszewicka mitologia. Bo nie był on polski, tylko sowiecki - nawet nie w Polsce go pisano, lecz w Moskwie, a poprawki nanosił Stalin - i nie służył odrodzeniu, tylko zniewoleniu naszego narodu. A PKWN powołano tydzień wcześniej, zawierając również tajne porozumienie z Sowietami, ustalające granice na tzw. linii Curzona, przez co utraciliśmy m.in. Wilno oraz Lwów. Samo zaś święto obchodzone było 22 lipca, bo właśnie tego dnia wieczorem Radio Moskwa nadało tekst manifestu.
A tak przy okazji: jego pokłosiem były m.in. dekrety nacjonalizacyjne, niezgodne z Konstytucją marcową 1921 r., na którą ówczesne władze się powoływały. Chyba już najwyższy czas, aby wypowiedział się w tej sprawie Trybunał Konstytucyjny, bowiem do chwili obecnej ciążą one na naszej rzeczywistości? Pomimo kilkunastu lat tzw. transformacji ustrojowej, od socjalizmu typu sowieckiego do socjalizmu typu unijnego, w Rzeczpospolitej nie uregulowano kwestii własności, zagrabionej w tamtych czasach. Jak długo jeszcze nasze państwo zamierza pełnić rolę "pasera"? Przed rozwiązaniem problemu reprywatyzacji uchylały się - ponoć z obawy przed zachwianiem finansowych podstaw budżetu - kolejne ekipy rządowe. Rządom lewicowym nawet się specjalnie nie dziwię, bo musiałyby przyznać, że miał miejsce rabunek, ale dla pozostałych ekip rządowych powinien to być wyrzut sumienia. I nikt tego grzechu zaniechania im nie odpuści, bo przecież nie wystarczy przeprosić za kradzież, trzeba jeszcze oddać ograbionemu jego własność. Swego czasu SLD proponowało wprawdzie reprywatyzację na poziomie dziesięciu procent, ale trudno to nazwać salomonowym rozwiązaniem. Bo albo się komu coś należy, albo nie, a własność to przecież nie "znaleźne".
O 22 lipca nie zapomniała "Naszość", ustawiając w Poroninie, gdzie niegdyś stał na cokole Lenin, tekturowy pomnik Leszka Millera. Swój sprzeciw wyraził ponoć wójt Poronina, pewnie z obawy o reakcję górali. Trudno się dziwić, bo górale to lud bitny, a do entuzjastów SLD raczej nie należy; gdyby pomyśleli, że to autentyczni wielbiciele Millera, mogłyby pójść w ruch ciupagi. Ale, na szczęście, nic takiego się nie stało i po "Człowieku z marmuru" oraz "Człowieku z żelaza", doczekaliśmy się "Człowieka z tektury".
Ale 22 lipca to także rocznica afery Rywin-Michnik. Dzięki jej ujawnieniu, trochę się dowiedzieliśmy o prawdziwym obliczu TVP, związkach grupy trzymającej władzę z grupą trzymającą kasę i o handlu ustawami. Tylko kto wierzy, że teraz coś się zmieni?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki