Logo Przewdonik Katolicki

Lepsze jutro było wczoraj

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

"Weszłam do sklepu i co widzę... Na stoisku mięsnym nie ma żadnej wędliny. Uważam, że przed świętem 22 Lipca powinno być lepsze zaopatrzenie. Co mają jeść ludzie pracy?" - tak brzmi wpis do książki skarg i wniosków jednego ze sklepów sieci Społem z 1988 roku. To typowy przykład paszkwilu na ludową władzę. Czy ktoś bowiem może wątpić w wyższość socjalistycznej dystrybucji...

"Weszłam do sklepu i co widzę... Na stoisku mięsnym nie ma żadnej wędliny. Uważam, że przed świętem 22 Lipca powinno być lepsze zaopatrzenie. Co mają jeść ludzie pracy?" - tak brzmi wpis do książki skarg i wniosków jednego ze sklepów sieci Społem z 1988 roku. To typowy przykład paszkwilu na ludową władzę. Czy ktoś bowiem może wątpić w wyższość socjalistycznej dystrybucji artykułów spożywczych? Jedynie wróg klasowy...


Dziś, kiedy masowo zalewają nas wybrakowane produkty zgniłego Zachodu, gdy piękne, budzące podziw całego świata socrealistyczne budynki z lat 50-tych oszpecone zostały reklamami Coca-Coli i innych symboli imperializmu, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jak mogło do tego dojść?
Dlaczego piękna, przestronna i zielona Nowa Huta stopniowo zatraca swój dumny robotniczy rodowód? Dlaczego dziś, po warszawskiej Trasie W-Z nie suną już smukłe wołgi, rącze żiguli, wiecznie zapracowane kamazy i nasze swojskie - jakżeż miłe sercu każdego Polaka - syreny? Miast tego widzimy na co dzień wiecznie psujące się toyoty, pamiętające czasy Hitlera volkswageny i inne zdegenerowane okazy kapitalistycznego zapóźnionego przemysłu motoryzacyjnego. Dlaczego tak się stało? W którym momencie zatraciliśmy naszą komunistyczną czujność?

Wzmożona kontrola dźwignią społecznego zaufania


Kiedy 22 lipca 1944 r. najwięksi polscy patrioci skupieni w Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego (powstałym dwa dni wcześniej w bratniej Moskwie) uchwalali manifest PKWN, nikt chyba nie miał wątpliwości, że oto dokonuje się historyczna chwila.
Potem referendum, reforma rolna, nacjonalizacja przemysłu, likwidacja własności prywatnej - tego niezrozumiałego przeżytku burżuazyjnego myślenia - zjednoczenie polskiego ruchu robotniczego, w końcu powstanie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - wszystko to było jak najpiękniejszy sen.
Każdy wiedział, co ma robić. Niczym doskonale dopasowane, naoliwione trybiki potężnej maszyny, złączeni w sojuszu robotniczo-chłopskim śrubowaliśmy kolejne rekordy produkcyjne. Przykładem byli dla nas przodownicy tacy jak Pstrowski i Sołdek - ich nazwiska wymawialiśmy z nieomal nabożnym namaszczeniem.
Nad wszystkimi sferami życia codziennego unosił się dobry duch Partii, która niczym rodzona matka wyczuwała wszelkie problemy i pragnienia nurtujące obywateli.
"Materializm dialektyczny jest to światopogląd partii marksistowsko-leninowskiej. Nazywa się ono materializmem dialektycznym, dlatego że jego podejście do zjawisk przyrody, jego metoda badania zjawisk przyrody, jego metoda poznawania tych zjawisk jest dialektyczna, a objaśnienie przezeń zjawisk przyrody, jego pojmowanie zjawisk przyrody jak sama nazwa wskazuje, jego teoria jest materialistyczna"- pisał Julian Lider w swojej książce "Pogadanki o dialektyce i materializmie". Właśnie dzięki setkom podobnych, napisanych w niezwykle prosty i przystępny sposób opracowań, lud pracujący miast i wsi czynił szybkie postępy w przyswajaniu wiekopomnej myśli komunistycznej.
Rytm ludowej ojczyzny odmierzały kolejne brawurowo realizowane plany gospodarcze, dzięki którym nasz kraj zaczął stopniowo upodabniać się do swojego Wielkiego Starszego Brata: ZSRR.
Jakżeż jednak mogło być inaczej, skoro stery państwowej gospodarki, dzierżyli ludzie tak światli jak Czesław Busche, dyrektor naczelny Państwowej Centrali Handlowej, który w 1947 w nasyconej logiką wypowiedzi wyjaśniał, jak wielkim zagrożeniem jest funkcjonowanie zdegenerowanego prywatnego handlu: "Egzystencja zbyt wielkiej liczby sklepów detalicznych podnosi poziom kosztów, ponieważ każdy nowo powstały kupiec obniża obroty - już wprowadzonego; każdy z nich obsługuje w rezultacie mniejszą ilość klientów, musi podnieść ceny artykułów sprzedawanych, bo koszty ogólne rozkładają się na mniejszą ilość dokonanego obrotu".
Mimo sukcesów socjalistycznego państwa wróg ustroju nie spał. Sabotażyści, kułacy, zbankrutowani sanacyjni politycy - wszyscy oni czekali na jakikolwiek błąd ludowej władzy. Z całą wyrazistością potwierdzała się teoria Józefa Stalina, który ostrzegał, że wraz z rozwojem socjalizmu zaostrza się walka klasowa.
Pięknie ujął to Andrzej Mandalian w swoim poemacie "Śpiewam pieśń o walce klasowej":
"(...) Jeżeli traktor nie może orać,
jeśli siew nie osiągnie skutku,
jeśli łamie się w ręku norma,
a od majstra zalatuje wódką,
jeśli zamarł warsztatu ruch, spalił serce motor -
to fakt,
że działa klasowy wróg. (...)"

Ambitny program Partii pomostem w XXI wiek


Wydawało się, że sprawiedliwość dziejowa jednak zatriumfuje. Naród skupiony wokół jedynie słusznego programu PZPR, kierowanej wizjonerską ręką Towarzysza Gierka rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatniej.
To z tego właśnie okresu pochodzą nasze najpiękniejsze wspomnienia. Czy można bowiem zapomnieć o tych chwilach euforii, jaką dawało masowe uczestnictwo w 1-majowych pochodach? Albo o niezapomnianych niedzielach czynu społecznego, w czasie których brataliśmy się z mieszkańcami okolicznych pegeerowskich gospodarstw? Nas, mieszczuchów, ogarniała wtedy zazdrość, gdy przypatrywaliśmy się prostemu i beztroskiemu życiu mieszkańców Pegeerów, złączonych w braterskim rolniczym kolektywie.
Wszystko szło ku lepszemu. Kierownictwo partii zapowiadało przecież, że na początku lat 80-tych prześcigniemy pod względem produkcji i spożycia na jednego mieszkańca najbardziej rozwinięte kraje Europy Zachodniej:RFN, Francję i Wielką Brytanię.
Zdawały się to potwierdzać doniesienia jak zawsze precyzyjnej i wiarygodnej Trybuny Ludu, mówiące o wzroście z 31,8 milionów w 1981 roku do 34,4 milionów w 1983 roku liczby Amerykanów żyjących poniżej oficjalnej uznanej granicy ubóstwa.
Czym wobec problemów świata kapitalistycznego były zatem nasze chwilowe bolączki?
Kartki na artykuły codziennego użytku i ich ścisła reglamentacja? Przejściowe, czy też doprawdy sporadyczne przypadki niedoborów ilościowo-jakościowych w sklepach tzw. handlu uspołecznionego?
Wszystko to zresztą miało swoje - jak to się mówiło - pryncypialne uzasadnienie.
Tak też było w przypadku klienta, który w 1983 roku najzupełniej niesłusznie dokonał wpisu do księgi skarg i zażaleń jednego ze sklepów: "Na wystawie są wystawione różne sery żółte, ale w sklepie nie ma ich w sprzedaży. Co to za zwyczaj reklamowania towaru, którego nie ma w sklepie? Proszę o wyjaśnienie". Kierownik sklepu: "Sklep bierze udział w konkursie. Zrobiono więc wystawy konkursowe, na których umieszczono atrapy towarów. Samych towarów od dłuższego czasu niestety brak w sprzedaży". Jak więc widać w grę wchodziły rzeczy znacznie wyższej wagi, niż głupie kilka kostek sera.
A długie kolejki do sklepów? Czyż to nie w nich właśnie hartowała się ta niespotykana w innych ustrojach więź społeczna? Te braterskie relacje między współkolejkowiczami i przyjaźnie zawierane podczas romantycznych zimowych nocy spędzanych w społecznym staniu do sklepu meblowego? Po czymś takim rano szło się do pracy jak na skrzydłach, jakby lepszym, czystszym...

Partia ta sama, ale nie taka sama


A potem nastała słynna zima stulecia i czas zmasowanego ataku sił kontrrewolucji na naszą ukochaną socjalistyczną ojczyznę. Wtedy - w 1981 roku - dzięki nieugiętej, bohaterskiej postawie generała Ślepowrona udało się jeszcze powstrzymać antysocjalistycznych wichrzycieli z tzw. "Solidarności", opłacanych przez swoich zachodnich mocodawców.
Z jaką radością wciągaliśmy wówczas w nozdrza ten specyficzny zapach kojarzący się z powracającą normalnością - cudowną mieszankę pośniegowego błota i wesoło dymiących koksowników, wokół których gromadzili się nasi wojacy w świeżo wyfasowanych gumofilcach. I ten uspokajający rytmiczny warkot tankietek, pozostawionych "na chodzie" z powodu mrozu, o piątej nad ranem przed naszymi 16-piętrowymi mrówkowcami.
Cieszył wówczas nawet najmniejszy drobiazg - ot, choćby i to, że przynajmniej nie słychać stukotu mleczarza...
Niestety, spokój okazał się pozorny. Zbyt mało było w naszej partii Towarzyszy pokroju Albina Siwaka - wypróbowanych, oddanych sprawie i twardych, tak jak ten prosty betoniarz.
Nie odważono się na "pryncypialność i konsekwencję w urzeczywistnianiu podstawowych pryncypiów merytorycznych marksizmu-leninizmu, a jednocześnie plastyczność w zakresie taktycznych środków i metod walki" - jak słusznie podpowiadali w 1982 roku Towarzysze z KW PZPR w Gdańsku.
Bezideowość, nihilizm, szemrane interesy części naszych młodszych Towarzyszy - to nie mogło zakończyć się dobrze. Reszta była już tylko coraz dalszym odchodzeniem od pryncypiów marksizmu-leninizmu (na czele z podstępnym urynkowieniem cen), aż do ostatecznego upadku ludowej ojczyzny.
Dziś, kiedy większość Polaków uważa, że w Peerelu żyło im się lepiej, znów czuć powiew tamtych minionych wspaniałych dni. Bo któż z nas nie marzy, by przenieść się choć na chwilę w lata 50. na pole walki ze stonką ziemniaczaną, czy też - tak jak w 1968 roku - pomagać Partii swoim ramieniem przyozdobionym dumną opaską członka ORMO?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki