Logo Przewdonik Katolicki

Gdzie są te dzieci?

Michał Gryczyński
Fot.

Ostatni felieton zakończyłem nutką niepokoju o przyszłość swoich dzieci. Bo też przed referendum akcesyjnym euroentuzjaści coraz chętniej odwołują się do najmłodszych obywateli Rzeczpospolitej. Spece od telewizyjnego marketingu politycznego dwoją się i troją, aby wytworzyć wśród młodocianej gawiedzi swoistą modę na UE. Miejsce siermiężnej reklamy doby schyłkowego Gomułki ("Chcesz...

Ostatni felieton zakończyłem nutką niepokoju o przyszłość swoich dzieci. Bo też przed referendum akcesyjnym euroentuzjaści coraz chętniej odwołują się do najmłodszych obywateli Rzeczpospolitej. Spece od telewizyjnego marketingu politycznego dwoją się i troją, aby wytworzyć wśród młodocianej gawiedzi swoistą modę na UE. Miejsce siermiężnej reklamy doby schyłkowego Gomułki ("Chcesz mieć rower? To sobie kup!"), zastąpiła bardziej wyrafinowana, adresowana także do nas, rodziców: "Pomyśl, jaka będzie przyszłość Twoich dzieci: Paryż czy Mińsk?". Niewiele wprawdzie z tego hasła wynika - bo, jak wiadomo, "i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu" - ale niepokój pozostaje. A o to, zdaje się, przede wszystkim chodzi.
Czego się jednak spodziewać po ludziach telewizji publicznej, której kierownictwo popadło niedawno w samozachwyt? Nawet wyjaśnienia szefa Europejskiej Unii Nadawców Telewizyjnych (EBU) nie pozbawiły prezesa Kwiatkowskiego i jego dworzan przeświadczenia, iż to właśnie oni są największymi "misjonarzami" Starego Kontynentu. Jak zwykle, oni wiedzą lepiej. A tymczasem kolejne przesłuchania przed sejmową komisją śledczą dowodzą, że w tym środowisku prawda nie ma najwyższych notowań. Zamiast jednak z nich dworować, zadbajmy lepiej o to, aby dokładniej zaimpregnować siebie i swoich bliskich, przed telewizyjną propagandą pro-unijną.
A można oczekiwać, że Dzień Dziecka będzie w tym roku szczególnie skażony takową propagandą. Mam jednak nadzieję, że każdy kto - jakby powiedział imć Onufry Zagłoba - na brak oleum w głowie się nie uskarża, zdoła uchronić swoje latorośle przed zainfekowaniem tanią demagogią. Bo ilekroć wygłasza się slogany na temat dzieci i zadekretowanej wobec nich przyjaźni, tylekroć doświadczenie rodzicielskie podpowiada mi, abym był ostrożny. Nic na to nie poradzę, że cała ta marketingowa sympatia do milusińskich wydaje mi się nieszczera. Zwłaszcza, gdy głos zabierają politycy, bo wielu z nich - zresztą nie od dzisiaj - uwielbia obfotografowywać się w towarzystwie dzieci oraz kwiatów. I dlatego powtarzam, raz jeszcze, że budzi się wówczas we mnie szczera wątpliwość: czy z podobnym uwielbieniem odnoszą się oni do rodziców owych dzieci, a także do ogrodników? A z tym, akurat, bywa rozmaicie.
O międzynarodowej opiece nad dziećmi mówi się od blisko stu lat: utworzono Międzynarodowy Związek Opieki nad Dzieckiem, potem UNICEF, a w końcu ONZ w 1959 r. uchwalił Deklarację Praw Dziecka. Ale czy najmłodszym obywatelom świata żyje się lepiej? Osobiście mam wątpliwości, ale niechaj każdy, zacny utracjusz raju, sam to oceni.
Gorzej jednak, że nadeszły czasy, w których rodzi się coraz mniej dzieci! Chyba zapomnieliśmy, że dziecko to nie tylko kosztowny kłopot i - jak powtarzają cynicy - "jedna gęba do wyżywienia więcej". Nie słuchamy jedynaków, którym śni się nie tyle nowy komputer, czy wakacyjny wyjazd do słonecznej Grecji, ile raczej brat albo siostra.
Kiedyś, zapewne, inaczej odmierzano szczęście rodzinne, skoro powtarzano: "Gdzie dzieci czworo - tam sporo, gdzie jedno - tam ledwo", i zaraz dopowiadano: "Gdy dziecię na świat przychodzi, nowy pęd się chleba rodzi". Bo wszyscy wiedzieli, że to także kolejne ręce, które np. zapracują na emerytury dla ustępującego pokolenia.
Dzieci brak, a fundusze emerytalne - choć te, w zamożnych krajach europejskich (m.in. Francji czy Niemczech) - coraz cieniej przędą. To co nas czeka?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki