Chciałbym nawiązać do Ewangelii z Niedzieli Dobrego Pasterza. Dlaczego uczniowie nie pojęli tej przypowieści Jezusa o pasterzu. Jeszcze raz zapytali o nią, to znaczy, że ta pasterska metafora nie dotarła do rybaków?
– Nie wiem, dlaczego uczniowie nie zrozumieli tej przypowieści, ale pewne jest, że poznawanie Jezusa to temat intrygujący. Obraz pasterza to kolejny, w którym Jezus przedstawia siebie. W ten sposób zmusza do konfrontacji z tym wizerunkiem. Reakcje są różne. Od tej, że dobrze jest, iż mam kogoś, kto chce mnie prowadzić i się mną interesuje. Albo: nie potrzebuję takiej osoby w ogóle, nawet jak ktoś się przedstawia jako ten, kto chce mi pomóc, towarzyszyć i jasno pokazywać drogę. Wolność jest wielkim darem, dlatego reakcje są zróżnicowane. Czasami potrzeba czasu, aby przyjąć przesłanie Jezusa. Coś zrozumiemy od razu, a niekiedy potrzeba nawet lat. Tego czasu, dodatkowych wyjaśnień potrzebowali apostołowie, uczniowie, a także, i nie raz (lub często), my. Obraz Jezusa jako Dobrego Pasterza przekonuje, że On jest po stronie człowieka i chce go prowadzić ku prawdziwemu życiu. Tak się składa, że w tym roku papież Leon w Orędziu na Światowy Dzień Modlitw o Powołania przywołuje spojrzenie na Jezusa jako dobrego pasterza w ujęciu ewangelisty Jana, którego dosłownie nazywa „pięknym pasterzem”. To wyrażenie oznacza pasterza doskonałego, autentycznego, godnego naśladowania, który jest gotów oddać życie za owce. Kiedy zgodzimy się na odkrywanie piękna w Jezusie, to możemy zobaczyć, że Jego piękno pomaga nasze życie uczynić pięknym, nawet jeśli aktualnie jest nieciekawe, grzeszne czy pozbawione sensu. Papież Leon zachęca, aby odkrywanie takiego Jezusa – Pasterza, który fascynuje, dokonywać przez zatrzymanie się, modlitwę i słuchanie słowa Bożego.
To jest też ten pasterz, który w innym miejscu Ewangelii u św. Łukasza w 15 rozdziale porzuca 99 owiec, żeby znaleźć jedną. Więc może nam się to wydawać irracjonalne nawet z naszego punktu widzenia, żeby zostawić całe stado!
– Tak, te obrazy są niezwykłe. Jezus przekonuje do siebie, przekonuje, że zależy Mu na każdym człowieku. To są Jego konkretne działania. Nawet jeśli ja czuję się jako ostatni, najbardziej zagubiony, to właściwie On pokazuje, że w Jego sercu jestem tą osobą, o której myśli i do której chce dotrzeć najbardziej. To są takie paradoksy… Ja, który myślę, że jestem przekreślony, czyli nie jestem kandydatem do takiego świętego stylu bycia, odkrywam dzięki Ewangelii, że ci, którzy najbardziej czują się odrzuceni, są najbardziej uprzywilejowanymi w sercu Jezusa, których On chce odnaleźć. Chce ich odnaleźć i pokazać, że dla każdego jest droga życia i to nie byle jaka, przez to, co się w życiu wydarzyło, ale droga wyjątkowa, która przynosi szczęście. Odkryłem w tym roku trzy definicje powołania, które Leon nam daje i w których widzę troskę Boga o człowieka.
Nawiązując do słów papieża Leona, nie chodzi o piękno w sensie estetycznym, tylko o coś, co nas zachwyca, co nas ma pociągać, prawda?
– Tak, on nawet używa takiego zwrotu, że nie chodzi tu o spojrzenie oczyma ciała, ale o coś głębszego: kontemplację i wewnętrzną głębię. Mówiąc o powołaniu, pokazuje coś, co jest nowe lub w nowy sposób odkryte. Najpierw zaznacza, że powołanie jest projektem miłości i szczęścia. Jest to coś, co jest zaprojektowane i przez kogo – zaprojektowane przez Boga. To, co mnie uderza, to przypomnienie, że powołanie to nie nakaz, jakiś z góry ustalony schemat, do którego trzeba się dopasować, lecz jest to dar, który warto odkrywać. Za tym Bożym wołaniem, czyli za tym powołaniem, stoi jakiś projekt, który jest do odkrycia przed kandydatem, osobą, która chce się z tym zmierzyć. Tu akurat Leon XIV bardzo mocno akcentuje, że do tego potrzeba ciszy wewnętrznej, wsłuchania się w Boga, ale i w siebie, czyli w to, co tak naprawdę jest we mnie. Kolejną papieską definicją jest odkrycie powołania jako intymnego dialogu z Tym, który powołuje. Trzecie – też bardzo ciekawe spojrzenie – że powołanie nie jest aktem jednorazowym czy definitywnym. Oczywiście tak, jeśli myślimy o decyzji wyboru szczegółowego powołania; kiedyś trzeba się określić. Jednak sam termin powołania pokazuje coś, co cały czas się odkrywa. Wybierając, cały czas mogę na nowo odkrywać zamysł Boga, który faktycznie z tym powołaniem się wiąże, więc nie jest to coś statycznego. Wielu ma w ogóle problem ze słowem powołanie. Dla niektórych to słowo brzmi archaicznie lub brzmi funkcjonalnie tylko jako rozkaz, a mało w tym tego, co jest istotą – dialogu.
Pierwsze skojarzenie – powołanie do wojska.
– Powołanie Boże jest zbudowane na dialogu między powołującym a powołanym. To jest coś, co wymaga ciągłego przypominania.
W Ewangelii Jezus mówi, że owce znają Jego głos, znają głos Pasterza. Wydaje się, że powołanie to jest rozeznawanie, jakieś pytanie, próba szukania tego głosu właśnie. Jak to jest? Czy znamy ten głos Pana jako wierzący, czy ciągle musimy go szukać?
– Cierpliwie odkrywam, że głos Pana Boga jest zarazem delikatny i mocny oraz że on potrzebuje wsłuchania się z naszej strony. Z jednej strony go znamy, ale czasami w sposób taki trochę powierzchowny. Czyli ja w sumie wiem mniej więcej, co Jezus mógłby powiedzieć, i wielu z nas nawet jest w stanie to powiedzieć. Potrzebujemy jednak zatrzymania się, aby wsłuchać się w słowa Pana Boga nie tylko intelektualnie, ale przede wszystkim sercem. To jest droga, którą potrzebujemy odkryć na nowo. Wymogi są trudniejsze, bo słów mamy dość sporo dookoła. Stworzyć sobie taką przestrzeń, gdzie ja mogę pobyć z tym głosem bardziej osobiście, bardziej intymnie, bardziej na spokojnie. To na pewno nie zostanie bez echa, bo mogę zaskoczyć się odkryciem czegoś, co Bóg chce tylko mi zakomunikować. To jest fascynujące, że te dialogi nie są z góry już uszykowane jako szablony. To tak nie jest. Może być szablon „Pójdź za mną”: zatem idę lub nie idę. Ale co to dla mnie znaczy, to jest coś już głębszego i potrzebuję przestrzeni, aby to usłyszeć.
Myślę, że to zadanie, jak przekonać do tego, żeby słuchać, stoi też przed Komisją ds. Duszpasterstwa Powołań w Konferencji Episkopatu Polski, której ksiądz jest członkiem, ale widzę też, że są w tym gremium osoby świeckie. Czyżby to było nie tylko duszpasterstwo powołań do prezbiteratu czy życia zakonnego, ale powołania w ogóle?
– Sama Komisja pokazuje, że powołanie dotyczy wszystkich w Kościele. Nie tylko myślimy o kapłaństwie i zakonie, ale o każdym powołaniu. Mówimy o pójściu za Jezusem, o drodze do świętości, o przeżywaniu życia w perspektywie wiary. Każdego roku Krajowa Rada Duszpasterstwa Powołań organizuje różne spotkania, szczególnie dla tych, którzy towarzyszą i pomagają w rozeznaniu drogi życia. Jesienią takie spotkanie odbywa się na Jasnej Górze, a drugie na wiosnę, w różnych częściach Polski. W tym roku tematem refleksji jest droga z domu do powołania. Więc temat domu, jakikolwiek on jest, jest rzeczywistością, z której wszyscy wychodzimy. Właściwie ten dom trzeba na nowo odkryć jako dar i docenić wszelkie dobro. Jednak nie można przekreślać tych, którzy mówią, że pochodzą z domów nie za ciekawych, i odkrywają wołanie Pana Jezusa do różnych powołań, zarówno do kapłaństwa, zakonu, ale i do małżeństwa czy do konsekracji. Czym ten dom jest? Jakie kto ma wychowanie itd. Jakie są konsekwencje tego, co w moim domu, w dzieciństwie czy w wieku dorastania się działo? To są bardzo ważne pytania.
Często słyszę zaproszenia na modlitwę o nowe powołania kapłańskie, zakonne, misyjne. Modlimy się o rodziny, które już są. Natomiast takiej modlitwy o powołanie do życia w rodzinie jeszcze nie słyszałem.
– Znalazłem taką, której podejmują się salwatorianie i jest to w ramach Tygodnia Modlitw za Powołanych do Małżeństwa – tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego do Niedzieli Trójcy Świętej. Projekt nazywa się „Tak na Serio”. Odbywają się już kolejne edycje tej inicjatywy, która zrodziła się z bardzo – jak oni opisują – prostego doświadczenia. Kiedyś studenci siedzieli na tarasie domu zakonnego salwatorianów i rozmawiali o powołaniach, i ktoś się prowokacyjnie zapytał, czy małżeństwo to też powołanie. I tak się zaczęło. Salwatorianie zaczęli, więc kto wie, może ten całkiem słuszny głos nabierze też rozmachu szerszego, bo oprócz sprawy podstawowej, jaką jest modlitwa, rodzą się też inicjatywy, które pomagają na ten temat spojrzeć po prostu szerzej.
Zastanawiam się nad perspektywą, jaka rysuje się dla młodych lub nieco starszych mężczyzn, którzy wybierają się do seminarium. Co, jeśli nie odnajdują się w roli nauczyciela religii? Nie każdy ma do tego talent, ma za to inne.
– Najpierw muszę odkryć, czy kapłaństwo jest moją drogą, którą dla mnie chce Pan Bóg. Pomocą w rozeznaniu i przyjęciu powołania jest seminarium, to podstawowe zadanie dla tego miejsca. A druga to kwestia charyzmatów. Charyzmat jest dany dla wspólnoty i on wprawia tę wspólnotę w ruch i w działanie. Musi być dobrze rozeznany i potwierdzony przez przełożonych. W Kościele jest miejsce na hierarchię i charyzmaty. Oba te wymiary wzajemnie się potrzebują. Od samego początku formacji jest ważne, aby kandydat do kapłaństwa odkrył, jakimi charyzmatami obdarzył go Pan Bóg i jak będzie mógł służyć Kościołowi. Oczywiście najważniejsze w kapłaństwie jest sprawowanie sakramentów świętych i głoszenie słowa Bożego, ale odkrycie talentów to też Boża sprawa.
Nauczanie religii to też pewna kwestia finansowo-organizacyjna dla księdza czy dla parafii. A gdyby ksiądz powiedział, że on tak naprawdę nie widzi siebie w roli nauczyciela i chciałby podejmować inne inicjatywy w swoim życiu?
– Jestem bardzo zbudowany tym, co stało się w Poznaniu, kiedy Wydział Katechetyczny zapytał księży – przy tej spadającej liczbie godzin religii w szkole – co myślą o katechezie w ogóle, ale nie tylko, czym ona jest, ale jak siebie widzą w katechezie. Jeden z punktów dotyczył tego, czy ksiądz chce dalej uczyć, czy – można powiedzieć – odkrywa właśnie ten charyzmat pedagogiczny, czy nie. Znam osobiście takiego księdza, który dał taki sygnał Wydziałowi Katechetycznemu i nie uczy w szkole. Jest to pewne pytanie, które można sobie nawet zadać: czy widząc moje funkcjonowanie w szkole, moje bycie tam, odkrywam, że to jest miejsce, które nie tylko daje życie innym, ale też daje życie mi? To pytanie wymusiła sytuacja, ale nie powiedziałbym, że to jest pytanie, które jakościowo zmniejsza chęć pracy tych księży, którzy powiedzą „nie” katechezie. Ksiądz, którego znam, jakby zamknął dla siebie drzwi katechezie w szkole (chociaż jak przyznaje, doświadczył tam wiele radości), a otworzył takie, które wcale nie mniej go angażują, a wręcz przeciwnie, angażują go w takie obszary, na które do tej pory nie miał aż tyle czasu czy po prostu sił. To jest bardzo ważny temat i potrzebny dzisiaj w Kościele. Każda sytuacja jest jednak inna i wymaga spokojnego, roztropnego podejścia.
Wróćmy na koniec do obrazu dobrego – czy jak napisał papież Leon: pięknego – pasterza. W erze, w jakiej żyjemy, i różnorodności, i rozwoju osobistego, i jakiejś równości, poczucie bycia częścią stada, ale jednak owcą, może być niezbyt atrakcyjne. Z drugiej strony mówiliśmy o przygotowaniu do bycia pasterzem. Trzeba umieć wtedy grać na wspólnotę. Jeśli istnieje kryzys powołań, to może jest to raczej kryzys wspólnoty, tego, że szukamy swojego miejsca w Kościele i nie zawsze potrafimy je odnaleźć?
– Ja tak też patrzę na tych, którzy w Jezusie szukają życia, że On przede wszystkim chce dać życie w pełni i ostatecznie doprowadzić do tego życia, które ma trwać na wieki, czyli zbawienia. Ale On też uczy czegoś, co dziś jest bardzo pokaleczone, czyli uczy być w relacjach, a także w więziach. Mnie to bardzo fascynuje, a teraz coraz bardziej, że Jezus przyszedł na ziemię jako jedna z Osób Trójcy, a więc przyszedł z doświadczenia wielkiej relacji, która jest relacją miłości i wzajemności. Przyszedł ze świata, za którym wszyscy tęsknią, czyli każdy chciałby mieć jakąś więź, jakąś relację, jakąś wspólnotę, która tak naprawdę jest wspólnotą dla jego życia, bezpieczną, dobrą, życiodajną. Ta wspólnota istnieje od wieków w Trójcy i ma w Niej swój wzorzec.
Ciekawa jest konsekwencja pójścia za Jezusem, który pozwala odkryć swoje powołanie szczegółowe, ale też powołanie we wspólnocie Kościoła. Każdy ma swoje miejsce i zadanie w tej wspólnocie. Dlatego jest też coś niezwykłego, co się bardzo akcentuje dzisiaj, że prezbiter ma tożsamość relacyjną. To prawda, że przede wszystkim ma być specjalistą w sprawach duchowych, jak przypomniał nam Benedykt XVI, ale patrząc na Jezusa, duchowny mógłby być jednym z bardzo dobrych specjalistów szkoły uczenia relacji i więzi, czyli bycia we wspólnocie. Najpierw samemu się tego ucząc. To jest bardzo ciekawy aspekt i myślę, że dzisiaj bardzo potrzebny w kryzysie i w pokaleczonych relacjach.
Ks. Przemysław Tyblewski
Prefekt roku propedeutycznego Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu (od pięciu lat umiejscowionego w Kaliszu). Członek Komisji KEP ds. Duszpasterstwa powołań.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















