Kilka dni temu na portalu onet.pl ukazała się rozmowa Szymona Piegzy z odpowiedzialnym za duszpasterstwo młodzieży w Polsce bp. Grzegorzem Suchodolskim. Dziennikarz wypytywał o coraz bardziej powszechny nad Wisłą fenomen odchodzenia młodych ludzi od Kościoła.
Okiem biskupa
Muszę przyznać, że miło było przeczytać wypowiedzi biskupa, który odpowiada na pytania prosto i szczerze, nie ograniczając swoich diagnoz do zrzucenia odpowiedzialności na laicyzację społeczeństwa, utylitarny styl życia (choć i one pojawiają się w analizach siedleckiego duchownego), wrogie media i ogólne zepsucie. Biskup Suchodolski przyznaje wprost, że wiele rzeczy w duszpasterstwie młodych kuleje, poczynając od niezrozumiałego języka, jakim posługują się duchowni, i drastycznego dystansu oddzielającego część z nich (z większością biskupów na czele) od młodych ludzi, a kończąc na zgorszeniu skandalami seksualnymi i tym wszystkim, co z nimi związane. Jednocześnie zauważa, że sytuacja nie jest zupełnie beznadziejna, bo młodzi ciągle są w Kościele, a popularność młodzieżowych spotkań chrześcijańskich świadczy, że mają się wcale nie najgorzej. Ponadto biskup zwraca uwagę na ciekawe, a dla wielu być może nieoczywiste, kierunki, w jakich powinno iść duszpasterstwo młodych, ze szczególnym akcentem na budowanie zdrowych i bezpiecznych relacji.
Podsumowując, można powiedzieć, że choć działania systemowe dałoby się skwitować kultowym dialogiem z filmu Kiler-ów 2-óch: „Kilka niedociągnięć jest…”, to nawet systemowa ociężałość nie jest w stanie zupełnie stłamsić autentycznego doświadczenia duchowego, które nieustannie przyciąga młodych ludzi do Boga.
Facebook prawdę ci powie
Przygotowując własną refleksję nad odchodzeniem z Kościoła ludzi z mojego pokolenia i młodszych, nie chciałem snuć kolejnej opowieści opartej na garści danych i moim widzimisię. Zgodnie z zasadą „nic o nas bez nas” poprosiłem na moich kontach na Instagramie i Facebooku, żeby sami milenialsi i zetki opowiedzieli o swoim doświadczeniu odchodzenia z Kościoła lub przeciwnie – o decyzji, by w nim pozostać. Muszę przyznać, że odzew przekroczył moje oczekiwania. Łącznie otrzymałem ponad osiemdziesiąt różnych historii i refleksji. Różnymi kanałami odezwali się bliscy znajomi i osoby, które mnie obserwują, choć się nie znamy. Ludzie, których pamiętałem z dzieciństwa, artyści, z którymi w różnych momentach życia przecięły się muzyczne drogi, osoby, którym towarzyszyłem w rekolekcjach Szkoły Kontaktu z Bogiem lub poznałem we wspólnotach młodzieżowych, osoby zranione w Kościele. Ludzie z różnych światów i kontekstów.
Punktem wspólnym było doświadczenie wiary i Kościoła. Doświadczenie, które dla wielu z nich jest ciągle źródłem życia i nadziei. Jednak w przypadku większości opowiedzianych mi historii, kiedyś było ono ważne, lecz z czasem stawało się coraz mniej jasne, coraz mniej znaczące i coraz bardziej obce. Z bardzo różnych przyczyn. Wiele z nich zostało opowiedzianych po raz pierwszy, bo po raz pierwszy ktoś w Kościele autentycznie się zainteresował ich doświadczeniem i zdaniem. Niektóre w formie krótkiej refleksji, inne jako długa historia życia. O każdym z tych doświadczeń można by długo opowiadać, czego w tym tekście nie jestem w stanie zrobić. Zarysuję zatem jedynie kilka głównych tematów, w jakie układa się ta wielowątkowa i niejednoznaczna opowieść o odchodzeniu młodych z Kościoła.
Obraz Boga. Narcystyczny tyran?
Jednym z często pojawiających się motywów rezygnacji z wiary jest obraz Boga, jaki od dziecka bywa wtłaczany w domu, na lekcjach religii, w homiliach czy w konfesjonale. Bóg wyłaniający się z tych opowieści to tyran, który stworzył niezbyt udany świat pełen zła. A nawet jeśli dobry, to łatwy do zepsucia przez ludzi, więc na jedno wychodzi. Następnie obwarował rzeczywistość szeregiem surowych norm moralnych, szczególnie dotyczących spraw związanych z seksualnością. Od tego momentu skrupulatnie przygląda się wszelkim wykroczeniom, jakich dopuszcza się człowiek, żeby go skarcić i upokorzyć już w tym życiu, a w przyszłości być może skazać na wieczne potępienie. Jak na narcystycznego tyrana przystało, domaga się przy tym, żeby oddawać mu cześć, kochać go i być mu wdzięcznym. Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, konstruując ten przerażający opis, to znaczy, że miał na swojej duchowej drodze bardzo dużo szczęścia.
Wiele osób zwyczajnie nie wytrzymuje presji życia w ciągłym lęku przed grzechem i karą, jaką Bóg za te grzechy prędzej czy później wymierzy. I odchodzi. Nasuwa się jednak pytanie, czy osoby, którym wpojono taki obraz Boga, rzeczywiście odchodzą od Chrystusa, czy od jakiejś diabelskiej karykatury?
Arogancja, pogarda, paternalizm
Papież Franciszek do znudzenia powtarza: „konfesjonał nie powinien być salą tortur, ale miejscem miłosierdzia Pana”. Nie bez powodu. Historiami osób, które w konfesjonale zostały potraktowane nie tylko bez delikatności i łagodności, ale z rozmysłem zawstydzane, wyśmiewane, lekceważone, czy wręcz skrzywdzone i złamane, można by zapełnić niejedną książkę. Sytuacja, w której człowiek wystarczająco już poraniony własną słabością, staje pokornie wobec dobrego Boga, który cieszy się nim i zawsze przyjmuje z czułością i miłością, zamiast być momentem uzdrowienia, staje się chwilą głębokiego zranienia, po prostu woła o pomstę do nieba. To historia wielu osób, które odchodząc od konfesjonału upokorzone przez księdza, nigdy więcej nie wróciły nie tylko do konfesjonału, ale w ogóle do wspólnoty Kościoła.
Jednak i postawa niektórych duchownych poza konfesjonałem „pomogła” wielu osobom podjąć decyzję o odejściu. Zaczynając od zwykłej niedostępności, arogancji, paternalistycznego podejścia do świeckich (zwłaszcza kobiet) oraz braku wrażliwości i wyczucia, przez ostentacyjnie luksusowy styl życia i publiczne popieranie danej partii politycznej, aż po skandale seksualne i próby ich ukrycia, niedopuszczalne traktowanie osób skrzywdzonych i pogardliwe podejście do osób LGBT+. Mniej ewidentne, ale również znaczące jest też pomieszanie pomocy w formowaniu sumienia z zastępowaniem go przez księży (zwłaszcza w intymnych relacjach między małżonkami). Jeśli do tego dołączymy niski poziom intelektualny i brak duchowej głębi, jakie niektórzy zarzucają wielu polskim księżom na podstawie kazań i rozmów, rysuje się dość mocny obraz tego, co skrótowo nazywa się wyświechtanym już nieco słowem „klerykalizm”.
Na marginesie warto zauważyć, że wiele z tych klerykalnych schematów bywa powielanych przez niektórych świeckich liderów, którzy w arogancji, przemocowym przekazie i wątpliwej teologii wydają się stawać w zawody z najbardziej klerykalnymi duchownymi, czym potrafią równie skutecznie odstraszać ludzi co najmniej od swoich wspólnot, a czasem i od Kościoła w ogóle.
Antybohaterowie i bohaterowie w sutannach
Jaka jest w Kościele proporcja między przypadkami skrajnie odpychającymi, będącymi (anty)bohaterami opowieści o odchodzeniu z Kościoła, a księżmi, którzy pojawiali się w historiach osób, dla których Kościół jest domem? Księżmi, którzy niejednej osobie pomogli wejść w kontakt z żywym Bogiem i subtelnie towarzyszą wielu ludziom w ich codzienności przez przyjaźń, towarzyszenie duchowe, w końcu przez pięknie i rzetelnie celebrowane sakramenty? Trudno powiedzieć. Faktem jest, że jedni i drudzy – mimo zmniejszającej się roli księży w społeczeństwie i samym Kościele (sic!) – wciąż realnie wpływają na życie ludzi. Destrukcyjnie lub wspierająco.
„W Kościele jestem dla Boga, a nie dla księży, więc nie odejdę z powodu złych księży” – oczywiście to bardzo mądre podejście. Ale nie zawsze możliwe do wdrożenia. Choćby w sytuacji, gdy ktoś doświadczył ze strony księdza krzywdy, która zniszczyła mu życie i wszystko, co takiej osobie kojarzy się z krzywdzicielem, może sprawiać ból nie do zniesienia. Myślenie o byciu w Kościele przestaje być wtedy czarno-białe.
Święta triada: intelekt, modlitwa i bliskość
Ciekawą grupę stanowią osoby, które zrezygnowały z wiary na podstawie refleksji intelektualnej. Niezależnie od doświadczeń w Kościele, nieraz bez jakichkolwiek urazów i zgorszeń, po prostu stwierdziły, że bardziej uczciwie intelektualnie jest uznać przed samymi sobą, że tak naprawdę po prostu nie wierzą. Że ich przekonania na temat świata są nie do pogodzenia z opowieściami, jakie znamy z Objawienia. Że tak naprawdę nie są w stanie uczciwie uwierzyć w istnienie Boga, zmartwychwstanie, niepokalane poczęcie czy życie po śmierci. A w Kościele przecież nie ma miejsca na zbyt daleko idącą dyskusję, kontrowersje i wątpliwości. Przynajmniej taki obraz Kościoła wydaje się najbardziej rozpowszechniony.
Z drugiej strony nie brakuje osób, które wierzyły i praktykowały na swój sposób, często w duchu tradycyjnej pobożności lub na kanwie doświadczeń charyzmatycznych. W pewnym momencie następuje kryzys, poczucie wypalenia i pustki. Pierwszą reakcją bywa rozpaczliwa próba doświadczenia tego, co było kiedyś. Okazuje się to jednak niemożliwe, bo zgodnie z prawidłami życia duchowego nasza duchowość i modlitwa zmieniają się i przechodzą przez różne fazy. Wobec niemożliwości wykrzesania dobrze sobie znanych doświadczeń duchowych wiele osób rezygnuje z wiary w ogóle, w poczuciu, że dotychczasowe doświadczenia były iluzją.
Choć zarówno głęboka refleksja indywidualna, jak i aspekt modlitewno-emocjonalny są ważnymi elementami w dojrzałym chrześcijaństwie, to nie wyczerpują one doświadczenia wiary. Czytając Ewangelię, trudno nawet powiedzieć, żeby były elementami kluczowymi. Jezus Chrystus całym swoim życiem wskazywał przede wszystkim na miłość wzajemną ze szczególnym uwzględnieniem ubogich i wykluczonych. Być może historie, które złożyły się na powyższą syntezę, musiały się potoczyć w ten sposób, być może nie. Jednak na kanwie tych opowieści nasuwa się wniosek, że gdy refleksja intelektualna, osobiste doświadczenie duchowe i odnajdywanie Boga w doświadczeniu ludzkiej bliskości i miłości są ze sobą połączone, kryzys w jednej z tych sfer nie sprawia, że rozpada się doświadczenie wiary. Przeakcentowanie jednej przy zaniedbaniu pozostałych czyni bardziej podatnymi na dezintegrację całego doświadczenia wiary. Pytanie, w ilu parafiach, kościołach i duszpasterstwach ludzie są naprawdę głęboko wprowadzani we wszystkie trzy elementy tej świętej triady?
Lekceważenie wartości młodego pokolenia
Wśród różnych elementów odpychających dla młodych ludzi jest systemowe lekceważenie lub wręcz wrogość wobec wartości, które są dla nich ważne. Ekologia, wrażliwość na sytuację mniejszości i migrantów, czy troska o siebie i własne granice to niekoniecznie przejawy „ideologicznego zaczadzenia”, jak bywają postrzegane i oceniane przez wielu ludzi Kościoła. Jeśli spojrzeć głębiej na ważne dla młodszych pokoleń tematy, to w swoim rdzeniu mają one wartości zgoła ewangeliczne: miłość do siebie i bliźniego, troska o najsłabszych, realizacja przykazania JHWH z Księgi Rodzaju, by troszczyć się o stworzony świat. Jednak jeśli zamiast spotkania i wspólnej refleksji, w czym się zgadzamy i co możemy zrobić razem, a dopiero w dalszej kolejności spokojnej i merytorycznej dyskusji na temat tego, co nas różni, młodzi spotykają się z lekceważeniem i pogardą wobec spraw ważnych dla ich pokoleń, trudno się dziwić, że odchodzą.
Co dalej?
Być może wiele z tych historii mogłoby się potoczyć inaczej, gdybyśmy jako ludzie Kościoła mieli trochę więcej wrażliwości i uważności na drugiego człowieka, na to, co dla niego ważne i trudne. Gdybyśmy sobie więcej towarzyszyli w poszukiwaniu Boga, a o Jego Objawieniu mówili z większą pokorą i łagodnością. W opowieściach o odejściu z Kościoła pojawiają się też głosy radykalnie rozbieżne z tym, czym jest Kościół w swojej istocie, więc może niektóre drogi po prostu muszą się rozejść. Choć i w takich sytuacjach drugi człowiek może czuć się przez nas darzony szacunkiem, serdecznością i miłością, mimo różnic w poglądach. Słuchając jednak zarówno opowieści o odchodzeniu, jak i o pozostawaniu, troska wspólnoty Kościoła o milenialsów i zetki mogłaby się sprowadzić do kilku bardzo prostych postulatów.
1. Budowanie Kościoła bliskiego, relacyjnego, przyjmującego. Tak ludzkiego, że aż Bożego. Takiego, w którym każdy może czuć się bezpieczny, usłyszany, chciany i kochany. Niezależnie od poglądów czy stanu cywilnego, pochodzenia czy tożsamości, orientacji seksualnej czy statusu społecznego. Kościoła, w którym jesteśmy sobie bliscy i tak jak potrafimy, troszczymy się o siebie. Nie unikniemy nieporozumień i zranień, ale w takim „ekosystemie miłości” zdrowieje się szybciej.
2. Wprowadzanie w pogłębioną modlitwę dającą proste i bezpośrednie doświadczenie Boga, który jest miłością, oraz w doświadczenie rozeznawania duchowego i „odnajdywania Boga we wszystkich rzeczach”, jak postulował św. Ignacy Loyola.
3. Solidna formacja intelektualna, pozwalająca zrozumieć dynamikę życia duchowego oraz tego, co w nauczaniu Kościoła jest istotne, a co wtórne.
To pewnie kropla w morzu potrzeb. Ale osobiście wierzę, że kropla drąży skałę. Nasze małe decyzje zmieniają rzeczywistość. Jak powiedział w przywołanym na początku wywiadzie bp Grzegorz Suchodolski: „Gdybym nie wierzył, że dziś także jest to możliwe, to już dawno spakowałbym manatki”.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!












