i to nie jest frazes, ale najgłębsza prawda o nas i naszej godności.
Lubiłem odwagę i szczerość, z jaką Benedykt XVI podejmował różne tematy, w tym te ważne i trudne. Jednym z nich było chrześcijańskie rozumienie miłości. Możemy usłyszeć nieraz, że słowo to zostało zdezawuowane, używane w sposób dowolny stało się nic nieznaczącym pojęciem. Pamiętam, jak ktoś skomentował kiedyś kazanie, mówiąc ironicznie: „Znów o miłości Boga? Wyświechtane, chyba nie miał czasu się przygotować albo pomysłu na coś ambitniejszego”.
A jednak miłość znajduje się w centrum chrześcijańskiego przepowiadania. W Pierwszym Liście św. Jana znajdziemy treściwą definicję Boga: jest Miłością (1J 4, 16). A ponieważ Bóg jest wspólnotą Osób, relacja między nimi jest właśnie relacją wzajemnego obdarowywania się miłością. A skoro zostaliśmy stworzeni przez Boga na Jego obraz i podobieństwo (Rdz 1, 26: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam”), oznacza to, że jesteśmy wezwani do upodobnienia naszych relacji na wzór tej, która jest w Nim. Jesteśmy powołani z miłości i do miłości – i to nie jest frazes, ale najgłębsza prawda o nas i naszej godności.
W atmosferze, gdy z jednej strony dezawuuje się miłość jako zajęcie dla pięknoduchów, sprowadza ją jedynie do fizycznej przyjemności albo czyni z niej tak metafizyczny przedmiot, że nieosiągalny dla przeciętnego śmiertelnika, Benedykt proponuje odważnie podjąć temat. I w swoich rozważaniach nie ucieka od cielesności, ale właśnie od niej wychodzi, ukazując ją jako ważny aspekt ludzkiego życia.
Jest to o tyle ważne, że w historii chrześcijaństwa nazbyt intensywnie podkreślano nieraz wyższość ducha nad ciałem, co czyniło rozumienie naszego człowieczeństwa bliskie ujęciu platońskiemu – jakoby dusza była więźniem ciała, z którego musi się wyzwolić. W biblijnym rozumieniu człowiek jest jednością duszy i ciała. Mamy zgubną tendencję do rozdzielania tych dwóch rzeczywistości i rozpatrywania ich rozdzielnie, co prowadzi nas do błędnych wniosków. Rozmawiałem o tym nieco z Tomaszem Grabowskim OP w PK 51–52/2024 (tekst jest dostępny w internecie). Nie można więc mówić o miłości, choćby najwznioślejszej, wyłączając z niej to, co kryje się za pojęciem eros. W tym numerze przypomina nam o tym Elżbieta Wiater, sięgając nie tylko do J. Ratzingera, ale i swego ulubionego anglikańskiego powieściopisarza C.S. Lewisa.
Wydaje się, że właściwe rozumienie tej pojęciowej triady, o której pisze Benedykt XVI: eros, philia, agape, jest konieczne do poprawnego rozumienia naszej seksualności, która nie jest problemem, ciężarem, a już na pewno nie wadą, a darem od Boga. Jedno, to umiejętnie z tego daru skorzystać, zgodnie z intencją Ofiarodawcy. Drugie, to nie uczynić z tej dziedziny życia w każdym calu brudnej. Mamy wyjątkową skłonność do skrupulatnego, może nawet częściej nadmiernie skrupulatnego, rozliczania się z tak zwanych grzechów nieczystych, dzieląc nieraz włos na czworo, dociekając, czy owo spojrzenie było już grzeszne, a dotyk przekroczył dopuszczalną granicę. Zupełnie za to przechodzimy do porządku rzeczy nad wypowiadanymi przez nas słowami, które stanowiąc obmowę, oszczerstwo, osąd, są poważnymi wadami, o których Jezus mówi wiele razy i dość dobitnie. Nie przywiązujemy zbytniej wagi do tego, czy nasze relacje są rzeczywiście braterskie, ukierunkowane na wzajemną pomoc, choć właśnie to przykazanie pozostawił Jezus w Wieczerniku – miłość agape, czyniąc z niej oś swego przepowiadania. Erosowi Jezus uwagi nie poświęca praktycznie wcale. Znamienne jest to nasze odwrócenie proporcji.
A jeśli mówimy o miłości, to ważna jest nie tylko teoria, ale przede wszystkim praktyka. Pytamy więc o rytuały w miłości. Angelika Szelągowska-Mironiuk pisze na naszych łamach: „Uczucia powinno się okazywać każdego dnia, a nie jedynie od święta, zaś same rytuały nie utrzymają miłości między ludźmi. Niemniej dzień zakochanych czy inne ważne dla związku rocznice ukierunkowują naszą uwagę na wdzięczność oraz na wyjątkowość łączących nas więzi”.
Można się zżymać na walentynki, że to komercja, że z Zachodu, że świeckie święto, że hołdowanie hedonizmowi. Chrześcijanin się nie zżyma, tylko wykorzystuje okazję do tego, by w tym, co przynosi codzienność, odnaleźć ślady Boga. Więcej, chrześcijaństwo „od zawsze” wykorzystywało cudze święta, by odnaleźć w nich ziarna prawdy, prowadzące do całej Prawdy. Tak możemy również spojrzeć na walentynki. Jako okazję do tego, by zatrzymać się i przypomnieć sobie, czym w istocie jest miłość. Czy wciąż rozumiemy jej głębię, czy pozostajemy już tylko na poziomie pustych frazesów.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















