Donald Trump nie zwalnia tempa i zdaje się mieć jakiś pomysł na niemal każdy problem geopolityczny globu. Większość z nich przyprawia komentatorów i analityków o potężny ból głowy. Podczas wizyty premiera Izraela Trump zapowiedział przejęcie przez USA kontroli nad Strefą Gazy, wyburzenie pozostałych tam budynków, stworzenie turystycznej oazy i przesiedlenie dwóch milionów Palestyńczyków w bliżej nieokreślone miejsce w którymś z krajów arabskich. Konsekwencje choćby próby wcielenia tego „projektu” w życie trudno sobie nawet wyobrazić.
Głównym obszarem zainteresowania administracji Trumpa jest jednak handel. USA są przekonane, że obecny kształt międzynarodowej wymiany handlowej jest dla nich niekorzystny. Dotyczy to w pierwszej kolejności najbliższych sąsiadów, potem Chin, a w perspektywie zapewne również Europy. Specyficzny model prowadzenia polityki przez Trumpa, który najpierw wykrzykuje groźby, a potem z większości się wycofuje, utrudnia prognozowanie. Przykładowo, według BBC szokujący plan dla Strefy Gazy ma przysłaniać prawdziwy cel, jakim jest porozumienie z Iranem. Można jednak powiedzieć, że jakiejś formy globalnej wojny celnej nie unikniemy.
Cła z góry na dół
Wbrew pozorom, działania nowego prezydenta USA nie są determinowane sytuacją międzynarodową tylko wewnętrzną. Stany Zjednoczone są trapione przez szereg problemów społecznych i ekonomicznych, które wyniosły Trumpa drugi raz do władzy. Wiodącym problemem do rozwiązania jest nielegalna imigracja, która trafia do USA przede wszystkim przez południową granicę. Miliony osób z Ameryki Środkowej i Południowej starają się dostać do USA, które na tle obu Ameryk – nie licząc Kanady – wyglądają jak ziemia obiecana. Nielegalna imigracja jest przez mieszkańców USA wiązana ze wzrostem przestępczości oraz pauperyzacją klasy pracującej. Osoby niemające prawa do stałego pobytu zasilają najsłabsze, zwykle niewykwalifikowane, grupy zawodowe, jeszcze bardziej osłabiając ich pozycję. Nieuczciwi pracodawcy mogą ich swobodnie wyzyskiwać, nie przejmując się prawem, które pod tym względem za oceanem i tak jest wyjątkowo liberalne. Przecież nielegalny imigrant nie pójdzie poskarżyć się do sądu albo odpowiednich służb. Ci, którzy nie dostaną nawet wyjątkowo marnego zatrudnienia, zasilają natomiast grupy przestępcze, których w USA jest wyjątkowo dużo i bywają uzbrojone po zęby.
Wydawałoby się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby uszczelnienie granicy oraz legalizacja pobytu tych migrantów, którzy zwyczajnie pracują. Zamiast tego drugiego Trump wybrał jednak masowe deportacje do krajów pochodzenia, chociaż w pierwszej kolejności dotyczyć to będzie osób mających na koncie przestępstwa. Gdy pierwszy samolot transportowy z imigrantami trafił do Kolumbii, Bogota odmówiła przyjęcie kolejnych. Waszyngton momentalnie zagroził jej wtedy nałożeniem zaporowych 25-procentowych ceł, co spotkało się z niemal automatycznym złagodzeniem stanowiska Kolumbii i zgodą na przyjmowanie deportowanych obywateli.
W odniesieniu do Meksyku USA mają znacznie bardziej złożone oczekiwania. Południowy sąsiad powinien nie tylko grzecznie przyjmować imigrantów, ale też uszczelnić granicę zarówno pod względem przepływu ludzi, jak i nielegalnych substancji. Tym razem nie chodzi w pierwszej kolejności o kokainę, z której przemytem amerykańska agencja DEA walczy od dekad, ale o fentanyl – niezwykle silnie uzależniający opioid, który zbiera w USA śmiertelne żniwo. Jego nielegalną produkcją zajmują się m.in. meksykańskie kartele, które przy wykorzystaniu szlaków przetartych przez kokainę przemycają go do Stanów. Trump zagroził więc nałożeniem 25-procentowych ceł na Meksyk.
Meksykańska lewicowa prezydent Claudia Sheinbaum początkowo zapowiadała zdecydowany sprzeciw wobec linii Trumpa, mówiąc nawet o pomocy dla obywateli jej kraju przebywających nielegalnie w USA. Gdy Trump po zaprzysiężeniu zawiesił decyzję o cłach na Meksyk na miesiąc, Sheinbaum zorientowała się, że ten nie żartuje, i zgodziła się na przesunięcie aż 10 tys. żołnierzy do ochrony granicy oraz walkę z przemytem narkotyków i broni. Analogiczna sytuacja miała miejsce w odniesieniu do Kanady, którą Trump dodatkowo postraszył ocleniem importu paliw. Ottawa wdroży plan graniczny kosztem 1,3 mld dolarów w celu m.in. zapobieżenia przemytu fentanylu, a nawet stworzy stanowisko o przedziwnej nazwie „car ds. fentanylu” (Fentanyl Czar), którego szczegółów jeszcze nie poznaliśmy.
Oddajcie nasze fabryki
Trump w tym przypadku użył więc ceł do celów innych niż czysto gospodarcze. Chciał wymusić groźbami działania Meksyku i Kanady, co zresztą błyskawicznie zadziałało. Oba państwa były tak skłonne do kompromisu, gdyż eksport do USA to dla nich jedna z podstaw gospodarki. W 2023 r. Meksyk legalnie wyeksportował do USA towary warte 443 mld dolarów, będąc największym z dostawców dóbr do Stanów ze wszystkich krajów świata. Kanada sprzedała do USA towary warte 400 mld dolarów, co uplasowało ją na trzecim miejscu. W drugą stronę popłynęły towary o znacznie mniejszej wartości – eksport USA do Meksyku wyniósł 300 mld dol., a do Kanady 326 mld. Ta nierównowaga, zwana deficytem handlowym, jest też jedną z przyczyn fascynacji Trumpa cłami.
Największy deficyt handlowy USA notują w relacjach z Chinami. Państwo Środka jest drugim po Meksyku największym dostawcą towarów nad Potomak – mowa o równowartości 414 mld dol. Równocześnie jednak Chiny zakupiły z USA towary warte ledwie 137 mld. Deficyt USA w handlu z Chinami wynosi więc aż 277 mld dolarów. Według Trumpa prowadzi to do wyprowadzki miejsc pracy, szczególnie w przemyśle, a w rezultacie do pauperyzacji całych regionów USA. Chodzi przede wszystkim o tak zwany Pas Rdzy, czyli cztery niegdyś zamożne postprzemysłowe stany (Michigan ze słynnym Detroit na czele, Ohio, Indiana i Pensylwania), które w krótkim czasie spadły do grona najbiedniejszych. Deficyt w handlu z Chinami jest jednak obarczany winą za ogólną degradację pozycji klasy pracującej w USA. Chiński przemysł produkcyjny dostarcza przecież towary przeróżnego rodzaju, nie tylko motoryzację, w której specjalizował się Pas Rdzy.
Co więcej, Amerykanie oskarżają Pekin o nieuczciwą konkurencję. Państwo Środka ma celowo osłabiać własną walutę, by sztucznie obniżyć ceny swojego eksportu i za pomocą dumpingu wygryzać producentów z innych krajów. Poza tym Chiny są oskarżane o kradzież technologii, które pozwalają im rozwijać własne zaawansowane branże. W rezultacie zagrożeni stają się również pracownicy zajmujący się bardziej wyrafinowaną produkcją, a Chiny stają się coraz poważniejszym rywalem w kontekście walki o światową hegemonię. Jeszcze za czasów administracji Joe Bidena Waszyngton wprowadził zakaz eksportu najbardziej zaawansowanych układów scalonych do Chin, który został jednak prawdopodobnie przełamany tak zwanym importem pośrednim. USA rozciągnęły więc ograniczenia eksportowe wiodących półprzewodników niemal na cały świat, co rykoszetem uderzyło też w Polskę (pisaliśmy o tym w „Przewodniku 5/2025).
W tym przypadku nie doszło nawet do negocjacji. I to nie z powodu braku chęci ze strony USA, ale oporu Chin, które nawet nie zamierzały rozmawiać, powołując się na łamanie przez Waszyngton przepisów Światowej Organizacji Handlu (WTO) – zresztą stworzonej przez same USA. Wcześniej o to samo USA oskarżały jednak Chiny, więc Waszyngton czuje się usprawiedliwiony i 6 stycznia wprowadził 10-procentowe cła na cały import z Chin. Te ostatnie nie pozostały jednak dłużne i uruchomiły ograniczenia eksportu szeregu metali rzadkich w celu „obrony interesu narodowego”. Poza tym wprowadziły 15-procentowe cła na węgiel i gaz z USA oraz 10-procentowe na 72 kategorie amerykańskich produktów.
Europa czeka
Skutki mogą być poważne. Chociaż wprowadzone przez Trumpa cła wydają się umiarkowane, to trzeba pamiętać, że dołożą się one do wcześniejszych, selektywnych ceł uruchomionych m.in. przez Bidena i samego Trumpa w pierwszej kadencji. Mowa chociażby o 100-procentowych cłach na import chińskich samochodów elektrycznych. Według analizy Ośrodka Studiów Wschodnich, w pierwszej kadencji Trumpa efektywny poziom ceł w relacjach z Chinami wzrósł z 2 do 11 procent. Najnowsza decyzja podniesie je do 20 proc. Poza tym Trump zniósł również bezcłowy import niewielkich paczek towarów, kupowanych w popularnych także w Polsce chińskich sklepach internetowych (m.in. Alibaba). Wcześniej zwykli Amerykanie mogli kupować w Chinach bezcłowo towary do wartości 800 dolarów. W 2023 r. takich paczek było miliard, więc łącznie składa się to na całkiem istotny segment handlu między oboma państwami.
Dokładne efekty wprowadzonych przez Trumpa ceł na Chiny są przedmiotem sporu między ekonomistami. W jego środowisku panuje przekonanie, że protekcjonizm połączony z gwałtownym wzrostem eksploatacji paliw kopalnych, czyli dostępem do własnej taniej energii, pozwolą USA na odbudowę rodzimego przemysłu i stworzenie tysięcy nowych miejsc pracy. Sceptycy zauważają jednak, że odbudowa fabryk potrwa przynajmniej kilka lat, tymczasem skutki negatywne takiej polityki będą odczuwane niemal automatycznie. Po pierwsze, cła istotnie wyhamują wzrost gospodarczy w USA, który jest w dużej części oparty na imporcie. Po drugie, doprowadzi to do wzrostu cen, który uderzy przede wszystkim w mniej zamożną część społeczeństwa, częściej kupującą towary made in China, czyli właśnie w tę grupę, której Trump przynajmniej deklaratywnie zamierza pomóc i która na niego masowo zagłosowała.
W kolejce na działania Trumpa czeka Unia Europejska. Chociaż państwa UE pojedynczo nie są w czołówce partnerów handlowych USA, to UE jako całość jest na samym szczycie. W 2023 r.
sprzedała ona do USA towary warte łącznie ponad pół biliona euro. USA zanotowały 156 mld euro deficytu w handlu z UE, co było drugim wynikiem po Chinach. Trump zapowiadał już bliżej nieokreślone cła na import z UE, jednak wciąż skończyło się tylko na deklaracjach. Od Europy USA oczekują przede wszystkim większych nakładów na zbrojenia, mając przy tym nadzieję, że tę nową broń przynajmniej w części zakupi od producentów amerykańskich. Wojna celna z Europą mogłaby tym planom zaszkodzić. Jak na razie wygląda na to, że na Starym Kontynencie Trump będzie chciał robić interesy, czego dowodem chociażby kontrowersyjna propozycja złożona Ukrainie, by ta w zamian za dalszą pomoc wojskową zabezpieczyła dla USA dostęp do metali rzadkich, których nad Dnieprem jest bardzo dużo. To przyda się Amerykanom w związku z ograniczeniami wprowadzonymi przez Pekin.
Gdyby USA jednak wprowadziły taryfy na handel z UE, przechodzący obecnie kryzys europejski przemysł mógłby to wyraźnie odczuć. Polska teoretycznie wydaje się bezpieczna. Według danych przytoczonych przez ekonomistę Ignacego Morawskiego w programie ,,Układ Otwarty" Igora Janke, zaledwie jedna setna polskiego PKB jest wypracowywana dzięki bezpośredniemu eksportowi do USA. Jednak doliczając do tego eksport pośredni – głównie przez Niemcy – robi się już 2–2,5 proc. PKB. Polska pośrednio odczułaby również ewentualny kryzys w tych gospodarkach europejskich, dla których handel z USA jest istotny. Eksportujemy przede wszystkim do innych krajów UE, więc recesja u naszych głównych partnerów handlowych byłaby bardzo niekorzystna.
Największym zagrożeniem dla Polski byłoby jednak rozejście się UE i USA. Ta pierwsza to podstawa naszego rozwoju gospodarczego, a te drugie to fundament bezpieczeństwa. Musielibyśmy stanąć przed przysłowiową koniecznością wyboru mamy lub taty. USA potrzebują jednak sojuszników do ekonomicznej rywalizacji z Chinami, a Europa wydaje się najlepszym wyborem. Ten najgorszy scenariusz jak na razie jest więc bardzo mało prawdopodobny, ale sam fakt, że się pojawił, już powinien niepokoić.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













