Chaosu ciąg dalszy

Cła to moje ulubione słowo – stwierdził Donald Trump podczas spotkania z pracownikami US Steel w Pensylwanii. W czasie spotkania, jak można się domyślić, ogłosił nowe cła na stal i aluminium, które mają już sięgnąć 50 proc. i objąć wszystkie kraje świata.
Czyta się kilka minut
Mural przed hutą stali w Hamilton, Ontario, Kanada, 4 czerwca 2025 r. | fot. Cole BURSTON/AFP/East News
Mural przed hutą stali w Hamilton, Ontario, Kanada, 4 czerwca 2025 r. | fot. Cole BURSTON/AFP/East News

Te ostatnie zapewne nie polubią tego kroku, gdyż USA uderzają w jeden z ważniejszych sektorów branż produkcji przemysłowej. Odczucia innych dla prezydenta USA nie są jednak szczególnie istotne. Najbardziej interesują go jego własne emocje, a obecnie jest zasadniczo zadowolony z siebie.

Nogi za pas?
W 2024 r. USA były największym importerem stali na świecie. Kupowały ją przede wszystkim z Kanady i Meksyku, ale dużymi dostawcami były również Brazylia, Unia Europejska czy Korea Południowa. Czy cła utrzymają się dłużej, trudno powiedzieć. Komentator „Financial Timesa” Robert Armstrong nadał Trumpowi pseudonim TACO – akronim określenia Trump Always Chickens Out (Trump zawsze bierze nogi za pas). Jest więc całkiem prawdopodobne, że także z tych działań ostatecznie się wycofa.
Tak przecież zrobił z szumnie zaprezentowanymi podczas Dnia Wyzwolenia masowymi cłami na cały świat, włącznie z najbiedniejszymi krajami globu, jak i nawet niezamieszkanymi wyspami. Zawiesił je równie nieoczekiwanie, pozostawiając tylko 10-procentowe cła na wszystkich, co na tle wcześniejszych zapowiedzi wyglądało już całkiem znośnie. W ten sposób Trump dał innym czas na przekonanie go, że warto z nimi handlować. Zupełnie inne podejście ma do Państwa Środka, które uważa za głównego wroga USA na świecie.
W rywalizacji Waszyngtonu z Pekinem „na liczby” obie stolice doszły naprawdę wysoko. Stanęło na stawce rzędu 145 proc., która zabiłaby jakikolwiek handel między oboma krajami. Po pewnym czasie Waszyngton i Pekin doszły jednak do wstępnego porozumienia, które zakładało czasowe obniżenie stawek na 30 dni o 115 pkt. proc., czyli do i tak całkiem wysokich. Jednym z głównych celów administracji amerykańskiej jest uderzenie w chiński potencjał produkcyjny, co jak na razie jej się udaje, nawet pomimo wycofywania się z najbardziej radykalnych działań. W maju tego roku chińska aktywność produkcyjna skurczyła się najbardziej od września 2022 r., gdy świat był pogrążony w kryzysie barier podażowych. Indeks PMI w przemyśle, który oznacza wzrost lub spadek zamówień (granicą jest 50 pkt.), wyniósł ledwie 48,3 pkt. To oznacza, że w chińskiej produkcji przemysłowej nie dzieje się dobrze. „Niepewność w otoczeniu handlu zagranicznego wzrosła, potęgując trudności gospodarcze w kraju” – powiedział Wang Zhe, starszy ekonomista w Caixin Insight Group, cytowany przez Business Insidera.
Wcześniej Trump wycofał się z nałożenia 50-procentowych ceł na produkcję z Unii Europejskiej. Najpierw nieoczekiwanie zagroził nimi na portalu X, narzekając, że negocjacje handlowe z UE nie idą wystarczająco dobrze. Następnie odbył rozmowę z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, po której zgodził się na zawieszenie nowych taryf do lipca. W tym czasie Waszyngton i Bruksela mają prowadzić negocjacje handlowe dotyczące zarówno ceł, jak i zapewne kursów walut.

Jak nie za bardzo osłabić dolara
Bo też trzeba pamiętać, że taryfy handlowe są tylko jedną z kwestii ekonomicznych, które Trump zamierza poruszyć w negocjacjach z innymi państwami. Prawdziwą bolączką amerykańskiej gospodarki jest według trumpistów pozycja dolara. Jako główna waluta rezerwowa jest rozchwytywana na całym świecie, więc jej cena jest stosunkowo wysoka. W rezultacie była jedną z przyczyn wyprowadzki przemysłu znad Potomaku. Produkcja made in USA była po prostu zbyt droga, więc amerykańskie zakłady wyprowadziły się gdzie indziej, m.in. do Meksyku, Chin czy wreszcie Polski.
Trumpiści chcą więc dokonać deprecjacji dolara względem innych głównych walut – złotego zapewne też, chociaż nas ratuje wyrównany bilans handlowy z USA, wszak kupujemy od nich sprzęt wojskowy na potęgę. Chcą to jednak zrobić w taki sposób, by nie stracić statusu globalnej waluty rezerwowej. I tu jest cała zagwozdka – jeśli FED działałby na zaniżanie własnej waluty, to inne banki centralne chciałyby się jej pozbyć, a to USA nie jest na rękę. Posiadanie globalnej waluty zapewnia mnóstwo korzyści, chociażby możliwość swobodnego zaciągania długów i tzw. luzowania ilościowego, co sprowadza się do zwiększania ilości gotówki w obiegu.
Jednostronna deprecjacja własnej waluty byłaby więc ryzykowna. Dlatego też USA zamierzają dokonać tego we „współpracy” z innymi krajami – wymuszając na nich aprecjację własnych walut względem dolara. Jak to zrobić? Główni teoretycy trumpizmu Zsoltan Pozsar i Stephen Miran, bliscy współpracownicy samego Trumpa, postulują wykorzystanie parasola ochronnego Waszyngtonu. Państwa, które będą chciały skorzystać z pomocy US Army, będą zmuszone do kupowania amerykańskich obligacji skarbowych, zapewniając w ten sposób utrzymanie globalnego statusu USD. Jeśli będą stawiać opór, wtedy może je czekać zwinięcie parasola ochronnego. Najbardziej zagrożone są tutaj Japonia i Korea Południowa, które pod względem bezpieczeństwa zależą od USA w ogromnej mierze.

Czołgi i chipy
Japonia jak na razie niewiele ugrała w rozmowach z Waszyngtonem. Tokio zaoferowało zwiększenie importu soi zza Oceanu, ale przede wszystkim stara się wdrożyć własny pakiet pomocowy dla eksporterów, by pomóc im znieść wyższe obciążenia nałożone na ich towary. Mowa m.in. o dodatkach na wydatki na paliwo. Jest to więc powrót klasycznych subwencji eksportowych, które teoretycznie są zakazane przez Światową Organizację Handlu (WTO). Stopniowo obecny porządek ekonomiczny świata jest więc rozmontowywany. Poza tym Japonia rozważa użycie swoich rezerw dolarowych wartych 1 bilion dolarów jako karty przetargowej w rozmowach z Waszyngtonem. Gdyby japoński bank centralny „rzucił” je na rynek, dolar by się załamał, podobnie jak jego status.
O „cichym kryzysie” mówi się w relacjach Korei Południowej z USA. Koreańczycy nie nakładają ceł na towary znad Potomaku na mocy umowy handlowej, więc zapowiedź nałożenia 25-procentowych taryf na ich produkty zmroziła Seul. Co więcej, Korea obawia się też zbyt dużego skupienia się USA na Chinach oraz porozumienia Trumpa z Kim Dzong Unem.
Jak na razie mapa nowych taryf nie wygląda szczególnie okazale. Według Trump Tariff Tracker, prowadzonego przez Atlantic Council, niemal cały świat obciążony jest 10-procentowymi taryfami. Tylko Meksyk i Kanada muszą się mierzyć ze stawką 25 proc., a Chiny z 30-procentową. Przy czym do tego dochodzą dodatkowe taryfy na poszczególne produkty, takie jak stal, aluminium, drewno, miedź czy chińskie pojazdy elektryczne.
„Nie chcemy produkować tenisówek i T-shirtów. Chcemy produkować sprzęt wojskowy. Chcemy robić duże rzeczy. Chcemy zajmować się AI i komputerami” – mówił Trump w nawiązaniu do wypowiedzi sekretarza skarbu Scotta Bessenta, który zapewniał, że USA nie potrzebują mieć rozwiniętego przemysłu tekstylnego. To dosyć zaskakujące, gdyż USA grożą też gigantycznymi cłami Wietnamowi i Bangladeszowi, czyli dwóm wielkim eksporterom tekstyliów.
Z Unią Europejską Waszyngton zamierza usiąść do poważnych rozmów. Elon Musk głośno postulował utworzenie między Europą a Stanami wielkiej strefy wolnego handlu z zerowymi taryfami celnymi. Problem w tym, że Muska wśród współpracowników Trumpa już nie ma. Jego kariera zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Gdy zaczął krytykować politykę taryfową, pozycja Muska osłabła, podobnie jak pozycja kierowanego przez niego Departamentu Efektywności (DOGE). Na stronie DOGE liczba zaoszczędzonych dolarów to 175 mld, a więc mniej niż 10 proc. zakładanej sumy.
W Polsce Rafał Brzoska jak na razie nie został potraktowany aż tak surowo i do deregulacji wspólnie z rządem wciąż się przymierza.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 24/2025