Słońce, morze, łąki, lasy… i nawet jednego peta na ziemi. Bardzo bym nie chciał, aby ten tekst odebrano jako wakacyjną reklamówkę, ale ja naprawdę czułem się tam jak w raju. Jedyna różnica – ciało odczuwa zmęczenie długim chodzeniem. Sprawił to tydzień spędzony nad łotewskim brzegiem Bałtyku. Tydzień murowanej pogody, jakiej w tym roku w Polsce skąpi nam natura.
Jurkalne to po łotewsku „wzgórze nad morzem”. Stary kościółek, ukryta w gąszczu zieleni plebania, budynek dawnej gospody i kilkanaście domów, rozrzuconych w zieleni czystej trawy. Nawet blok mieszkalny, jaki pozostał po czasach kołchozu, nie razi, bo niknie w tym oceanie piękna. A piękno potrafi tu przemawiać, bowiem cały ten krajobraz jest tylko dla ciebie. Można tu chodzić godzinami po klifach, dorównujących najbardziej malowniczym zakątkom polskiego wybrzeża – i nie spotkać żywej duszy. A jest przecież środek sezonu. Tutaj wszystko jest bardziej rozległe i puste. I czystsze.
Od plemienia do katolickiej parafii
Kościółek w Jurkalne jest filią parafii w Alsunga, „Alszwanga” – jak mówili dawni Kurowie, jesteśmy przecież w sercu historycznej Kurlandii. Między obiema miejscowościami rozciąga się kilkunastokilometrowy pas boru, z żywicznymi sosnami, prostymi jak maszty żaglowca. Alsunga przypomina obrazek w starej książce dla dzieci: krzyżacki zamek, rozmiarami przypominający raczej spory dwór, tuż za nim wały pogańskiego grodziska, wreszcie skromny ryneczek z białym kościołem na wzgórzu, za którym szumi sitowie jeziora. Eh, rzucić to wszystko i przenieść się tutaj na stałe…
Parafia pokrywa się rozmiarami ze starym terytorium plemiennym, jeszcze sprzed podbojów przez zakon kawalerów mieczowych. Oba kościoły, w Alsunga i Jurkalne, są świątyniami katolickimi. W zachodniej Kurlandii stanowią katolicką wyspę otoczoną protestanckim morzem. Wiarę Lutra przynieśli tu Niemcy, którzy do 1920 r. panowali nad Kurlandią w charakterze feudalnych baronów. Na początku XVII w. jeden z nich, dziedzic Alsungi von Schwerin, pojął za żonę piękną Polkę. Pani Barbara z Konarskich postawiła jednak warunek: ślub będzie katolicki. Baron zgodził się, przeszedł na katolicyzm i skłonił do tego samego poddanych. Ich potomkowie mieszkają do dziś w Alsunga i Jurkalne.
Nazywają się Suiti. Od reszty kurońskich Łotyszy różni ich strój, zaśpiew mowy i obyczaje. Legenda głosi, że kobiece chusty, przypominające łowickie pasiaki, przywiozła tu ze sobą pani Barbara. Ja jednak podejrzewam, że świadczą one o znacznie starszej genezie miejscowej odrębności. Jeszcze w XIV w. mówiono tutaj językiem Liwów, ludu z grupy fińskiej, którego ostatni przedstawiciele wymarli całkiem niedawno, bo na początku bieżącego stulecia. Ale było to dalej na północ, na niedostępnym turystom przylądku Kolka.
Dziś tradycyjne kobiece stroje obejrzeć można podczas obchodów święta Ligo, łotewskiej wersji nocy świętojańskiej, której początki biorą się oczywiście jeszcze z czasów pogańskich. Mężczyźni, udekorowani sporych rozmiarów wieńcami z liści, także stanowią wdzięczny obiekt dla fotografów.
Rosyjski węgiel i Kościuszko
Najbliższym miastem powiatowym dla tych okolic jest Windawa, po łotewsku Ventspils, czyli „gród u ujścia rzeki Wenty”. Historyczne centrum uwodzi krzywiznami drewnianych domków. Na miejscu grodziska kawalerowie mieczowi, lokalna odmiana krzyżaków, postawili niewielki zameczek (tutejsze zabytki, w odróżnieniu od pomników przyrody, są mniejsze rozmiarami od polskich). Jego otynkowane gotyckie mury do dzisiaj strzegą wejścia do portu.
Strzegą najwyraźniej niedbale. Stojąc na nabrzeżu, przyglądam się wyładunkowi węgla z masowca „Gretke Oldendorff”. Nazwa rodem gdzieś spod Hamburga, ale… Biegły w szperaniu po zakamarkach wirtualnej sieci przyjaciel sprawdza od ręki: jednostka zbudowana w 2015 r. w Chinach, armator rejestrowany w liberyjskiej Monrovii, jego statek na portugalskiej Maderze… Aż ćmi w oczach od tej egzotyki. Jaki z tego wniosek? Oczywisty: statek wypłynął 26 czerwca z Ust Ługi koło Petersburga, do Windawy dopłynął następnego dnia i od tego czasu – już piąty dzień – wyładowują zeń tony węgla. W taki to sposób Łotwa, a wraz z nią zjednoczona Europa, omijają sankcje nałożone na Rosję po ataku na Ukrainę.
O rosyjskiej obecności w mieście przypomina też widok kopuły prawosławnej cerkwi. Windawa jest miastem portowym, które jeszcze za carskich czasów ściągnęło do siebie rosyjskich kupców. Jednak generalnie zachodnia część Kurlandii była i jest najmniej zrusyfikowanym regionem Łotwy. Tutaj po rosyjsku dogadasz się jedynie ze starszymi ludźmi, łotewska młodzież rozmawia z obcymi tylko po angielsku. Po rosyjsku też od biedy czasem można, ale trochę głupio.
„Wartości europejskie” – tu mówimy o nich z ironią – nie opanowały jednak bez reszty okolicy. Wzdłuż muru okalającego luterański kościół w Windawie dostrzegam rząd leżących kamiennych figurek: to pomniczki nienarodzonych dzieci. Symbol nienachalny, a tak bardzo wymowny.
W Polsce nazwa „Windawa” nic nikomu nie mówi, a przecież miasto to warte jest naszej uwagi. Chociażby dlatego, że wiosną 1794 r. dotarli aż tutaj, w walce z Moskalami, powstańcy Kościuszki.
Między Zachodem i Wschodem
W ciągu całego tygodnia murowanej pogody trafił mi się jeden krótki deszczyk. Kogo można spotkać po deszczu na pustej plaży w Jurkalne? Oczywiście… prymasa Łotwy. Arcybiskup Rygi Zbigniew Stankiewicz kroczy po podmywanym falami piasku na czele kilkunastoosobowej grupy rekolekcjonistów obojga płci. Jeden z nich dźwiga sporych rozmiarów krucyfiks.
Abp Stankiewicz jest łotewskim Polakiem. Absolwent ryskiej politechniki i były bankowiec przyjął święcenia kapłańskie już po czterdziestce. Skromnością obejścia mógłby zawstydzić niejednego z naszych purpuratów.
Na Łotwie, gdzie mieszka niecałe dwa miliony ludzi, kilkusettysięczna wspólnota katolicka grupuje się głównie w Łatgalii, na wschodzie kraju. Przeważają Łotysze, jest także sporo Polaków. Tutaj, w zachodniej Kurlandii, katolików jest niewielu, zaś Polaków nie ma prawie wcale. Jednak proboszcz Alsungi Vjaczeslavs Bogdanovs doskonale mówi po polsku. Pytam go, czy chodzą stąd pielgrzymki do Agłony, głównego sanktuarium katolickiego w Łatgalii. Nie chodzą, nie ma takiego zwyczaju. Za daleko.
Polska, jak większość europejskich krajów, ma swoją Północ i swoje Południe. Niewielka i rozciągnięta równoleżnikowo Łotwa jest tego zróżnicowania pozbawiona. Ma za to własny Zachód i Wschód. Kto widział Łatgalię i zarazem okolice Jurkalne, ten wie, że to dwa różne światy – choć umieszczone w jednym małym państwie.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














