To nie są teoretyczne dywagacje

Według sondażu pracowni SW Research dla portalu rp.pl 40,1 proc. osób uważa za możliwe, że wybory zostały sfałszowane. Do tego dochodzą kontrowersje związane z izbą Sądu Najwyższego, która stwierdziła ważność wyboru prezydenta.
Czyta się kilka minut
Gdy Sąd Najwyższy stwierdzał ważność wyboru nowego prezydenta, przed budynkiem zebrały się dwie grupy demonstrantów | fot. Adam Burakowski/East News
Gdy Sąd Najwyższy stwierdzał ważność wyboru nowego prezydenta, przed budynkiem zebrały się dwie grupy demonstrantów | fot. Adam Burakowski/East News

Nie sposób nie dziwić się sytuacji, w której głosy oddane na jednego kandydata zostają przypisane drugiemu. Nie ma prostszego liczenia głosów niż w drugiej turze wyborów prezydenckich, w której jest przecież tylko dwóch kandydatów. Jak podano, prokuratura wszczęła śledztwo w celu ustalenia, czy miała tutaj miejsce próba sfałszowania wyborów, czy też jednak mamy do czynienia z ludzką pomyłką.

Zorganizowanego fałszerstwa nie było
Trzeba jednak powiedzieć, że nieprawidłowości dotyczyły pojedynczych komisji, przy czym, jak się dość szybko okazało, w jednych obwodowych komisjach zamieniano głosy na korzyść Karola Nawrockiego, natomiast w innych na korzyść Rafała Trzaskowskiego. O ile można sobie wyobrazić, że w dzisiejszym politycznym rozgorączkowaniu zdarzyli się członkowie komisji, którzy chcieli „pomóc” popieranemu przez siebie kandydatowi, o tyle nie sposób mówić o fałszerstwie na masową skalę. Wykluczają to przede wszystkim mieszane składy komisji czy możliwość obecności mężów zaufania.
Krążące po internecie opracowania sugerujące możliwość masowego fałszerstwa okazały się oparte na błędnych podstawach metodologicznych. Wykazał to raport przygotowany przez zespół badaczy z Uniwersytetu Warszawskiego na zlecenie Fundacji im. Stefana Batorego. Dr hab. Dominik Batorski, dr hab. Jarosław Flis i dr Piotr Szulc przy pomocy modelu statystycznego pozwalającego przewidzieć „typowe” wyniki wyborcze dla każdej komisji porównali otrzymane rezultaty z danymi ogłoszonymi przez obwodowe komisje wyborcze. W 138 komisjach wyniki znacząco odbiegały od modelowych przewidywań. Różnice były rzędu 57 do 593 głosów. W 89 przypadkach różnice były korzystne dla Rafała Trzaskowskiego, a w 49 dla Karola Nawrockiego. „W tych pierwszych, Rafał Trzaskowski zdobył łącznie o 7727 głosów więcej niż wynika z przewidywania modelu. Z kolei w pozostałych Karol Nawrocki dostał o 5512 głosów więcej” – napisano w raporcie. Błędy miały „charakter incydentalny” i nie świadczą o istnieniu zorganizowanego fałszerstwa. „W wydarzeniu o tej skali nieprawidłowości są nieuchronne – zarówno te wynikające z ludzkich błędów, jak i te mające swe źródło w intencjonalnym naruszeniu reguł” – stwierdzono w raporcie.
Stworzenie więc atmosfery, w której znacząca część społeczeństwa dopuszcza możliwość sfałszowania tegorocznych wyborów, jest kolejnym przykładem na trwające od 10 lat niszczenie instytucji polskiego państwa. Nie powinno być natomiast wątpliwości, że ostatecznie ogłoszono zwycięstwo kandydata, który otrzymał najwięcej głosów. Niestety na tym nie kończą się problemy związane z wyborami.

W terminie czy starannie?
Efektem sugestii o fałszerstwie była ogromna liczba protestów wpływających do Sądu Najwyższego. Było ich 53 900 – ponad dziesięciokrotnie więcej niż w wyborach w 2020 r. (5847) a ponad tysiąckrotnie więcej niż w wyborach w 2015 r., kiedy było ich 58. Jednak nie była to rekordowa liczba protestów: w 1995 r., gdy wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski, złożono 593 238 protestów, czyli ponad dziesięciokrotnie więcej niż w roku bieżącym.
Zgodnie z art. 324 § 2 kodeksu wyborczego uchwałę o ważności wyborów Sąd Najwyższy podejmuje w ciągu 30 dni od podania wyników wyborów przez Państwową Komisję Wyborczą. Protesty przy tym można składać w ciągu 14 dni od podania wyników wyborów. Sąd Najwyższy realnie miał więc około dwóch tygodni na rozpatrzenie ponad 50 tys. spraw. Było to fizycznie niemożliwe – w skład Izby Spraw Publicznych wchodzi 18 osób.
Cóż można zrobić w takiej sytuacji? Żadnych wskazówek nie dawała sytuacja z 1995 r., bo choć wówczas było dziesięciokrotnie więcej protestów, dotyczyły one niemal wyłącznie jednej kwestii: nieprawdziwej informacji o wykształceniu kandydata, który wygrał wybory. Można było rozpoznać je więc wszystkie razem. Tutaj zarzucano złe policzenie głosów w poszczególnych komisjach wyborczych, przy tym wiadomo już było, że w niektórych tak się rzeczywiście stało.
W tym miejscu pojawia się pytanie, co jest ważniejsze – czy dochowanie trzydziestodniowego terminu, czy też staranne rozpoznanie wszystkich protestów (co przecież nie musiało oznaczać ponownego przeliczania wszystkich głosów)? Nauka prawa zna pojęcie terminu instrukcyjnego, czyli terminu wyznaczonego sądowi na rozpoznanie danej sprawy, który nie jest jednak bezwzględnie obowiązujący. W polskim prawie jest stosunkowo dużo terminów instrukcyjnych, których dochowanie często nie jest fizycznie możliwe (zwłaszcza przy brakach kadrowych w sądach) i powszechnie przyjmuje się, że są one raczej wskazówkami co do szybkości rozpoznania sprawy danego rodzaju niż terminami, których przekroczenie rodziłoby jakieś konsekwencje.
Niestety Sąd Najwyższy za ważniejsze uznał wydanie uchwały w terminie 30 dni, co oznacza, że realnie nie rozpoznano każdego protestu z osobna. Trzeba jeszcze przy tym odnotować raczej żenujące zachowanie, jakim było publiczne deprecjonowanie złożonych protestów (przed ich rozpoznaniem!) przez władze Sądu Najwyższego, czy zupełnie kuriozalną decyzję odmawiającą statusu uczestnika postępowania Prokuratorowi Generalnemu, choć art. 324 § 2 kodeksu wyborczego wprost mówi, że uchwała o ważności wyborów podejmowana jest na posiedzeniu „z udziałem Prokuratora Generalnego”.

Wątpliwości wokół Izby Kontroli
Kolejnym problemem jest kwestia izby Sądu Najwyższego, która stwierdzała ważność wyborów. Konstytucja mówi tylko, że o ważności wyborów orzeka Sąd Najwyższy. Zmiana sprowadzona parę lat temu do ustawy o Sądzie Najwyższym powierzyła to zadanie Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Jednak w świetle orzecznictwa europejskich trybunałów izby tej nie można uznać za sąd wskutek wadliwego, politycznego trybu powołania jej członków. Stąd pojawił się wniosek Prokuratora Generalnego o wyłączenie sędziów tej izby. Jest tak bowiem, że jakakolwiek decyzja wydana przez sąd niewłaściwie obsadzony, po prostu nie istnieje.
Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dlaczego w takim razie nie kwestionowano analogicznej uchwały stwierdzającej ważność wyborów do parlamentu wydanej przecież przez tę samą izbę? Otóż rzecz polega na tym, iż zarówno konstytucja, jak i kodeks wyborczy inaczej opisują stwierdzanie ważności wyborów w odniesieniu do wyborów parlamentarnych a inaczej w odniesieniu do elekcji prezydenta. W szczególności art. 109 ust. 2 konstytucji mówi, że pierwsze posiedzenie sejmu i senatu jest zwoływane w ciągu 30 dni od dnia wyborów – i nie uzależnia tego od wcześniejszej decyzji Sądu Najwyższego. W praktyce parlament rozpoczyna normalną pracę, a Sąd Najwyższy wydaje decyzję zazwyczaj nieco później. Analogicznych uregulowań nie ma w odniesieniu do wyboru prezydenta, natomiast art. 131 ust. 2 pkt 3 konstytucji wymienia stwierdzenie nieważności wyboru prezydenta jako „przyczynę nieobjęcia urzędu po wyborze”. Tę różnicę interpretuje się często w ten sposób, że pozytywna decyzja Sądu Najwyższego jest warunkiem rozpoczęcia urzędowania przez prezydenta – inaczej niż w przypadku parlamentu.
Cały paradoks polega na tym, że – nie wnikając w faktyczne intencje – wniosek Prokuratora Generalnego zmierzał do tego, by nikt nie mógł kwestionować uchwały stwierdzającej ważność wyboru prezydenta, a tym samym prawidłowości wyboru Karola Nawrockiego na prezydenta Polski. Stwierdzenie ważności wyboru przez Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych powoduje wątpliwość, czy wybrany kandydat ma prawo do objęcia urzędu.

---

Może ktoś uznać wszystkie te wątpliwości za pozbawione znaczenia teoretyczne dywagacje prawnicze – w końcu przecież urząd ma objąć kandydat, który faktycznie wygrał wybory. Tak jednak nie jest. Zachowanie wszystkich procedur jest warunkiem funkcjonowania demokracji. Dziś nie ma realnych wątpliwości, kto faktycznie wygrał wybory, a protesty wyborcze w olbrzymiej większości pewnie i tak zostałyby oddalone. Co będzie jednak w sytuacji, gdy protesty będą dotyczyć prawdziwych naruszeń procedury wyborczej, w dodatku takich, które mogły wpłynąć na wynik wyborów? Czy wówczas ktoś nie powtórzy praktyki z tego roku, by nie rozpoznawać każdego protestu z osobna? I czy będzie istniał organ uznawany przez wszystkich, którego rozstrzygnięcie wszyscy przyjmą bez zastrzeżeń?
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 28/2025