Amerykańskie uderzenie na Iran sprawia, że nasza rzeczywistość staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Donald Trump, który zdecydował o wysłaniu bombowców strategicznych do zbombardowania irańskich obiektów jądrowych, wygrał raptem parę miesięcy temu wybory pod hasłem „Ameryka przede wszystkim”. Obiecywał przestać wydawać pieniądze amerykańskich podatników na eskapady wojenne USA, przede wszystkich obiecał odciąć pomoc dla Ukrainy. Jak tłumaczył w kampanii wyborczej, Stany powinny wydawać pieniądze amerykańskich podatników na ochronę własnych granic, nie zaś na pilnowanie cudzych. Znużeni słabą koniunkturą gospodarczą Amerykanie uwierzyli Trumpowi. Szybko się jednak okazało, że z Ukrainą sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się to prezydentowi – który obiecał zakończyć wojnę w 24 godziny – wydawało. Trump, mając ewidentną słabość do Putina, stwierdził, że doprowadzi do pokoju poprzez naciskanie Ukrainy. By się poddała. Ale ukraińskie władze nie były tym zainteresowane. Dzięki deklaracjom państw Europy, które obiecały swoją pomoc, Kijów nie skapitulował, więc wojna trwa, a Trump nie ma żadnego pomysłu na to, by się skończyła.
Dlatego też zamiast kończyć wojny, rozpoczął nową. Choć obiecał Amerykanom nową wersję izolacjonizmu, czyli Stanów, które zajmują się sobą, a nie są policjantem całego świata, po raz pierwszy od lat włączył się w nową wojnę. Owszem, kilka miesięcy temu wojsko amerykańskie zaczęło bombardować Jemen, ale celem USA była organizacja terrorystyczna – wspierana zresztą przez Iran – która zagrażała szlakowi handlowemu ze Wschodu na Zachód przez Morze Czerwone i Suez. Tym razem mamy jednak do czynienia z atakiem na suwerenne, niemal stumilionowe państwo, nie zaś na jakąś organizację terrorystyczną.
Nie dość, że Donald Trump zaangażował całą powagę Stanów Zjednoczonych w atak na Iran, to jeszcze został wciągnięty w tę wojnę przez izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu. Dzień przed inauguracją Trumpa Izrael i Hamas ogłosiły zawieszenie broni, a Trump tryumfował, że jeszcze nim objął urząd, udało mu się zakończyć jedną wojnę, która nigdy by nie wybuchła, gdyby to on był prezydentem. Nie dość, że w marcu Izrael wznowił wojnę w Gazie, to jeszcze w połowie czerwca sam zaatakował Iran. Po ponad tygodniu Trump więc dołączył do wojny Benjamina Netanjahu.
Gdy piszę te słowa, nie wiadomo, jak na całą sytuację zareaguje Rosja, czy Iran odpowie atakiem na bazy amerykańskie, ani jak potoczy się konflikt na Bliskim Wschodzie. Wiemy, że rosyjska agresja na Ukrainę schodzi – jeśli idzie o uwagę opinii publicznej – na dalszy plan, co Władimir Putin z pewnością będzie chciał wykorzystać. Z naszego punktu widzenia – choć Iran jest daleko – sytuacja robi się jeszcze bardziej niebezpieczna. Ameryka wbrew zapowiedziom wcale nie wycofuje się z wojen, po prostu chce prowadzić wojny na swoich warunkach. Wcale się więc nie będzie wycofywać, jak zapowiadał Trump, będzie się angażować, ale tylko tam, gdzie akurat uzna to za stosowne. Myśląc o naszym bezpieczeństwie, musimy być tego świadomi.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.








