Sitarowe czary

Ravi Shankar był indyjskim kompozytorem, nauczycielem, pisarzem i wirtuozem gry na sitarze. Stał się uznanym ambasadorem indyjskiej muzyki klasycznej, na której popularyzację miał bezprecedensowy wpływ.
Czyta się kilka minut
Ravi Shankar, indyjski sitarista i kompozytor (1970 r.) | fot. AF Archive/Cinetext/Morgan/East News
Ravi Shankar, indyjski sitarista i kompozytor (1970 r.) | fot. AF Archive/Cinetext/Morgan/East News

Pamiętają Państwo jedno z naszych niedawnych spotkań, podczas którego rozmawialiśmy (w ramach uprawianego tu przeze mnie monologu, który w swojej głowie nazywam rozmową właśnie) o płycie Waves Bruce’a Liu? Wziął w jej ramach na tapet twórczość między innymi Erika Satiego, jednego z najbardziej ekscentrycznych kompozytorów fin de siècle, wielbiciela awangardy i prekursora wielu wywodzących się z niej kierunków artystycznych.
Był uwielbiany i wzgardzany, fascynował i przerażał. Krytycy okrzyknęli go genialnym błaznem, a on sam rozsmakował się w wymyślaniu nazw dla własnych kompozycji, które albo były całkowitymi neologizmami, albo w żadnym stopniu nie odnosiły się do muzyki, za to nawiązywały do antycznej Grecji, albo brzmiały jak… Trzy utwory w formie gruszki. W jednym z poświęconych Satiemu opracowań znalazłam taki fragment komentujący ten uprawiany często przez niego zabieg: „Muzyka wykształcała sobie pewne formy, które z reguły okazywały się gorsetem nazbyt dla niej ciasnym. Dlatego też nie ma dwóch utworów jednakowo skonstruowanych i dokładnie mieszczących się w ustalonych schematach. Łączenie schematycznych nazw tych form z nadawanymi utworom poetyckimi tytułami wyszydził zjadliwie Erik Satie, opatrując niektóre swoje kompozycje takimi tytułami, jak: Trzy utwory w formie gruszki, Flakowate preludia dla psa itp. Interesujące, prawda? I co najpiękniejsze – zupełnie niepozbawione sensu. Po co wpychać w ramy zjawisko, któremu znacznie przecież bliżej jest do żywiołu niż do zamkniętej – nomen omen – formy?

Instrument w formie gruszki
Zachęcam Państwa jak zawsze do przekonania się na własnej skórze, jak ona może brzmieć. Trzy utwory… trwają ok. 13 minut, znaleźć je można właściwie wszędzie – na portalach streamingowych i na YouTubie, na którym dodatkowo można śledzić zapis nutowy. Absolutnie tego od Państwa nie oczekuję, sygnalizuję jedynie, że jest taka możliwość i że niekoniecznie trzeba po nią sięgać tylko wtedy, kiedy umie się ten muzyczny język odczytywać; z mojego doświadczenia współpracy z ludźmi, którzy nie mają za sobą edukacji muzycznej, jasno wynika – otwartość, ciekawość i pewien rodzaj zaufania, jakim obdarza się swój słuch i muzyczną wyobraźnię potrafią odegrać kluczową rolę. Nie wierzcie mi na słowo, sprawdźcie!
A skąd w ogóle pomysł na gruszkę? Czy to dlatego, że pisząc do Państwa te słowa w środę bladym świtem, umilam sobie ten proceder kubkiem gorącej kawy i pokrojoną gruszką właśnie? Bynajmniej. Dziś chciałabym opowiedzieć Państwu o instrumencie, którego kształt przypomina gruszkę właśnie (czyli – o instrumencie w formie gruszki) i który w rękach pewnego wyjątkowego muzyka oznaczał ni mniej, ni więcej – czary.

Ambasador muzyki indyjskiej
Ravi Shankar urodził się 7 kwietnia 1920 r. w Waranasi i zmarł 11 grudnia roku 2012 w San Diego. Był indyjskim kompozytorem, nauczycielem, pisarzem i przede wszystkim znanym i uwielbianym na całym świecie wirtuozem gry na sitarze. Stał się uznanym ambasadorem indyjskiej muzyki klasycznej, na której popularyzację miał bezprecedensowy wpływ. Powiedział kiedyś: „Jeśli coś osiągnąłem, to to, że byłem w stanie otworzyć drzwi naszej muzyce na Zachodzie”. Współpracował między innymi z George’em Harrisonem z Beatlesów, Johnem Coltrane’em – saksofonistą jazzowym i Philipem Glassem – arcyciekawym kompozytorem minimalistą (mam nadzieję, że kiedyś będziemy mieli okazję o nim porozmawiać, bardzo bym tego chciała!). W 1989 r. Shankar pierwszy i ostatni raz odwiedził Polskę, występując w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Komponował muzykę filmową, baletową, ragi indyjskie (również będące tematem na osobną opowieść; pokrótce – ragi opisywane są jako typ melodii i tonu charakteryzujący się konkretnym wyrazem emocjonalnym i będący podstawą do improwizacji. Utwory dzielą się na męskie – raga i żeńskie – ragini, odpowiadają im też określone bóstwa, które noszą te same nazwy i często bywają przedstawione w formie artystycznej). Shankar skomponował także dwa koncerty na sitar i nagranie jednego z nich stało się przyczynkiem do dzisiejszych rozmyślań. Czym jest sitar, zapytacie. Poza tym, że instrumentem w kształcie gruszki? Jest tradycyjnym indyjsko-perskim instrumentem o długiej i ciekawej historii. Składa się z długiego gryfu, gruszkowatego i wypukłego pudła rezonansowego i sześciu, siedmiu lub ośmiu strun, które kiedyś były jelitowe (może Państwo pamiętają, wspominałam o tych strunach przy okazji tekstów o muzyce dawnej; zespoły wykonawstwa historycznie poinformowanego w dużej mierze właśnie z nich korzystają), a dziś są metalowe, oraz kilkunastu strun burdonowych, z których dźwięk wydobywa się za pomocą szarpania strun metalowym plektronem. Gdybym miała porównać do czegoś brzmienie sitaru – jest metaliczne, jasne, ale i głębokie, szalenie charakterystyczne i zapadające w pamięć, której jest nośnikiem – zwłaszcza w przypadku rodziny Shankarów; tradycję Raviego kontynuuje jego córka, Anoushka Shankar (prywatnie młodsza siostra Nory Jones). Bardzo polecam całkiem świeże nagranie z koncertu Jacoba Colliera, który zaprosił Anoushkę do wspólnego wykonania utworu A Rock Somwhere. Materiał pochodzi z koncertu w Amsterdamie i chociaż pojawił się na YouTubie zaledwie dwa miesiące temu, ma już ponad 400 tys. wyświetleń. Coś niesamowitego!

Takich historii chce się słuchać
Albumem, który zainspirował mnie do dzisiejszej opowieści, jest nagranie pierwszego koncertu na sitar Raviego Shankara, który powstał na zamówienie London Symphony Orchestra w 1970 r. Premierowe wykonanie dzieła odbyło się w londyńskiej Royal Festiwal Hall 
28 stycznia 1971 r. – i to właśnie to nagranie zostało wydane ponownie. Cztery sitarowe ragi w połączeniu ze znakomitą orkiestrą i korespondencją zróżnicowanych muzycznych tradycji, która zaowocowała wypracowaniem wspólnego, niezwykle inspirującego języka. Tworzenie ponad podziałami, przenikanie się i unikanie formy, z poszanowaniem kulturowych osiągnięć i tego, na czym oba dziedzictwa się opierają. Takich historii chce się słuchać. Takie historie otwierają nas na nowe w sposób, którego – nomen omen – nie sposób przewidzieć. Spróbujcie. Warto!

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 13/2025