Smutek tropików

Pisał o antycywilizacji białego człowieka. Stawiał pytania o honor, o dobro i zło, o prawdę. Sto lat temu zmarł Joseph Conrad: marynarz i pisarz, Polak i Anglik.
Czyta się kilka minut
fot. Wikimedia
fot. Wikimedia

Na początku XX w. Conrad pisał: „Nie ma już Europy. Jest tylko uzbrojony, handlujący kontynent, gdzie współzawodnictwo ekonomiczne zmienia się powoli w walkę na śmierć i życie i gdzie otwarcie głosi się ogólnoświatowe ambicje. Mylili się wszyscy ci zwolennicy wolnego handlu, którzy sądzili, iż ludzie, którzy razem robią interesy, będą żyć w pokoju. Industrializm i komercjalizm (…) trwają gotowe, prawie niecierpliwe, żeby uchwycić za oręż. Pieniądze były wszystkim”. Zmarły sto lat temu Joseph Conrad przewidział nasz świat. Nie był jednak prorokiem, tylko bacznym obserwatorem zmian zachodzących na jego oczach. Witał epokę pary, a wraz z nią ekspansję kolonializmu na skalę dotąd niespotykaną. Upadek cywilizacji, wyzysk, niemoralną eksploatację, odczłowieczenie w okrucieństwie, niepowstrzymaną żądzę pieniądza.
Nie był to świat, o jakim marzył jako młody chłopiec, zaczytując się w Pracownikach morza Victora Hugo, choć trudno nazwać tę historię optymistyczną. „Kiedy byłem małym chłopczykiem, miałem namiętność do map” – to zdanie, często przez siebie powtarzane, włożył w usta Marlowa, bohatera Jądra ciemności. Wychowany w patriotycznej i wywrotowej atmosferze rodzinnego domu (do tego stopnia, że rodzice ubierali go na czarno jako wyraz żałoby po wolnej Polsce), jeszcze przed wybuchem powstania styczniowego doznał traumatycznych doświadczeń. Ojciec, Apollo Korzeniowski, literat i tłumacz, zaangażowany w konspiracyjne antycarskie plany, został osadzony w warszawskiej Cytadeli, a potem, razem z żoną, matką Konrada, skazany na zsyłkę. Na Syberię pojechali całą rodziną, po drodze matka zmarła. W 1863 r. przeniesiono ich do Czernihowa na Ukrainie, ale zamiast lepiej, było gorzej: Konrad miał dwanaście lat, kiedy został sierotą.
Pięć lat później znalazł się w Marsylii i zaczął pracę jako marynarz. Kolejne dwadzieścia lat spędzi na statkach angielskich, uzyska angielskie obywatelstwo i zda egzamin na kapitana. A potem zacznie pisać i z Konrada Korzeniowskiego przemieni się w Josepha Conrada.

Zgroza
Dokładnie pamiętam scenę z filmu Czas apokalipsy Francisa Coppoli, inspirowanego opowiadaniem Conrada, kiedy umierający pułkownik Kurtz mówi te straszne słowa przyprawiające o gęsią skórkę: „Horror, horror”. Wiadomo, że mówi o wojnie i o kondycji człowieka, o swojej kondycji, tak jakby pojął właśnie prawdziwe oblicze tego świata. „Zgroza” w ustach Kurtza z Jądra ciemności Conrada skierowana jest w świat kolonialny, w makabrę afrykańskiego państwa pod inwazją białego człowieka. Przyglądał się temu podczas swoich morskich podróży, bo oprócz tego, że pływał po oceanach i morzach, zajrzał do „jądra ciemności”, w głąb afrykańskiego kontynentu. Pod koniec XIX w. Conrad dostał pracę jako kapitan na belgijskim parowcu, który wpłynął rzeką Kongo na Czarny Ląd. Być może przewoził nielegalnie broń i niewolników, o czym Conrad mógł nie wiedzieć. Wystarczyło mu to, co widział. Swoje afrykańskie doświadczenia przypłacił chorobami i załamaniem psychicznym. „Zdecydowanie żałuję, że tu przyjechałem. Nawet gorzko żałuję” – pisał z Konga Conrad i dodawał po powrocie, że wolałby o wszystkim, co zobaczył, zapomnieć.
Relacje międzykulturowe potrafił zrozumieć Conrad jak nikt, a co najważniejsze, jego obserwacje są wciąż aktualne. Nie jest trudno dzisiaj czytać jego powieści i opowiadania, w wielu odnajdziemy „dziś”, w którym żyjemy. Choć zdarza się, że ktoś zarzuca mu powielanie i utrwalanie stereotypów na temat Afryki i jej mieszkańców, jak postkolonialni aktywiści. Na przykład nigeryjski pisarz Chinua Achebe twierdził, że Conrad był jednym słowem „cholernym rasistą”. Autora Jądra ciemności bronili jednak inni afrykańscy literaci. Przecież owe rasistowskie refleksje w Jądrze ciemności wypowiada nie pisarz, a opowiadający historię Marlow, który z kolei prezentuje głos pokolenia. Poza tym Marlow nigdzie nie pochwala wyzysku. Nie mówiąc o tym, że owa tytułowa ciemność odnosi się do obcości i lęku przed nią. „Niepojętość”, wobec której staje zwykły człowiek, powtarza się w wielu powieściach i opowiadaniach Conrada.

Nie tylko Jądro ciemności
Jądro ciemności spopularyzowane przez luźną adaptację Coppoli i film Nicolasa Roega z 1993 r., w którym zagrali Tim Roth i John Malkovich, wydaje się wielu czytelnikom najlepszą powieścią Conrada. My pamiętamy za to Lorda Jima. Książka, którą za swoją busolę uważało pokolenie Kolumbów, a potem czytały ją kolejne pokolenia polskich uczniów, zniknęła jakiś czas temu z listy lektur.
Za najwybitniejszą wielu krytyków uważa jednak niezbyt w Polsce znaną powieść z 1904 r. Nostromo, szczególnie lubianą w Ameryce Południowej. Conrad zaczął ją pisać pod wpływem oderwania się Panamy od Kolumbii, stworzył fikcyjne latynoskie państwo i doskonale oddał atmosferę charakteryzującą ówczesną Amerykę Łacińską: napięcia społeczne, rządy dyktatorów i rewolucje. Tajnego agenta, powieść z 1907 r., również zainspirowało prawdziwe wydarzenie – wybuch bomby w Greenwich. Zginął wtedy anarchista, który planował wysadzić budynek obserwatorium. Chociaż Conrad w przedmowie zaznacza, że nie jest zwolennikiem anarchii i rewolucji, niektórzy traktowali ją niczym księgę motywacyjną. Wiadomo, że czytał ją japoński pisarz Yukio Mishima, który próbował przeprowadzić zamach stanu, a kiedy mu się nie udało, popełnił seppuku. W swojej biblioteczce miał ją też Ted Kaczynski, Unabomber, terrorysta amerykański, który twierdził, że walczy z cywilizacją opartą na nowoczesnej technice. W Tajnym agencie rozczytywali się Amerykanie po zamachu 11 września 2001 r., być może próbując zrozumieć, jak rodzi się terroryzm.
Tego problemu dotyka też późniejsza powieść W oczach Zachodu, której bohaterem jest rosyjski student. Przy okazji pisarz rozprawia się tu ze Zbrodnią i karą Dostojewskiego i jej odbiorem na Zachodzie. Nie przepadał za Dostojewskim, chociaż badacze twórczości Conrada potrafią wykazać wiele wspólnych motywów i inspiracji. Dla Conrada mistrzem byli Flaubert i Turgieniew, poważał Prousta. Pisał po angielsku, którego nauczył się krótko przed trzydziestymi urodzinami, świetnie mówił po francusku.

Conrad a sprawa polska
Wybór języka był dla polskich twórców niezrozumiały. Niektórzy mieli mu to za złe, np. Eliza Orzeszkowa wręcz nie kryła swojego oburzenia. „Ten pan, który po angielsku pisuje powieści poczytne i opłacające się wybornie, o mało mię ataku nerwowego nie nabawił. Czułam, czytając o nim, taką jakąś rzecz śliską i niesmaczną podłażącą mi pod gardło” – pisała. I dalej: „Zdolność twórcza to sama korona rośliny, sam szczyt wieży, samo serce narodu. I ten kwiat, ten szczyt, to serce odbierać narodowi swemu i oddawać Anglosaksonom, którym ptasiego mleka nie brakuje, dlatego, że drożej za nie płacą!”. „Wstyd!” – grzmiała Orzeszkowa.
Conrad na te zarzuty nie odpowiadał, przy jakiejś okazji tylko powiedział, że gdyby nie język angielski, to by w ogóle nie pisał. Lubił powtarzać, że to język wybrał jego, że po polsku pisać po prostu nie potrafi. Mieszkał na angielskiej prowincji z angielską żoną i dziećmi. Dom przypominał trochę podolskie dworki. Polską niezbyt się przejmował, ale posądzanie go o zaprzedanie duszy dla koniunktury to duża przesada. Tym bardziej, że wcale się na swojej pracy nie wzbogacił.
Przyjechał do Polski tylko raz, latem 1914 r., dosłownie w przededniu wybuchu I wojny światowej. Chciał swoim najbliższym pokazać pejzaże swojego dzieciństwa. Przed frontami schronił się u swoich kuzynek, pań Zagórskich, w Zakopanem, gdzie pozostał kilka tygodni w ich willi „Konstantynówka”. Przez ten czas miał intensywny kontakt z polskimi twórcami (wśród nich z Żeromskim) i zaczytywał się w polskiej prozie. Aniela Zagórska, jego przyszła tłumaczka, mówiła, że książki wręcz połykał, nie nadążała z przynoszeniem kolejnych. Zainteresował się też oczywiście sytuacją polityczną kraju, ale był raczej pesymistą, uważał, że pomysł Piłsudskiego to kolejny przepis na porażkę. Przed wyjazdem zobowiązał się działać dla sprawy polskiej niepodległości w Wielkiej Brytanii i rzeczywiście zrobił to, pisząc esej Zbrodnia rozbiorów. Kilka lat później miał zamiar przeprowadzić się do wolnej już Polski, ale nic z tego nie wyszło. Polski szlachcic herbu Nałęcz odmówił królowi Jerzemu V przyjęcia angielskiego tytułu szlacheckiego. Zmarł kilka miesięcy później, 3 sierpnia 1924 r., prawdopodobnie z powodu zawału serca. Schorowany, nękany przez nawracającą depresję.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 34/2024