Myślę o nim zwłaszcza w chwilach niepokoju. Gdy nie wiem, jak poradzić sobie z różnymi wyzwaniami codzienności, jak odczytywać trudne do przyjęcia zdarzenia w Kościele, jak nie ulec poczuciu bezradności wobec iście szatańskiego paroksyzmu zła, które bezczelnie i bezkarnie pustoszy nasz biedny świat. I staram się odgadnąć, co by powiedział...
W tych dniach (18 maja) upływa 20 lat od śmierci profesora Stefana Swieżawskiego – wspaniałego chrześcijanina, wytrawnego filozofa, prawdziwego mędrca. A zarazem człowieka skromnego, przyjaznego i radosnego. Miałem wielki zaszczyt spotykać się z nim w ostatnich latach jego bogatego życia, słuchając zarówno wspomnień (np. o Karolu Wojtyle, którego był przyjacielem), jak i obserwacji dotyczących bieżących wydarzeń: w polityce, Kościele, świecie.
Pragnienie spojrzenia na świat jego oczyma przeżywa dziś zapewne wielu bliskich i znajomych Profesora, bo chęć wysłuchania kogoś mądrego wzrasta w miarę postępowania naszej konfuzji wywołanej panoszeniem się zła. Oczywiście nie wiem tak do końca, co mówiłby dziś, próbuję to sobie rekonstruować na podstawie tego, co przekazywał, w mowie i piśmie, w trakcie swojego 97-letniego życia.
Sprawa kluczowa: było to życie naznaczone nadzieją. Widział i przeżył bardzo wiele, ale zawsze pozostawał człowiekiem chrześcijańskiej nadziei. Takim byłby zapewne i dzisiaj. Z uznaniem przyjąłby więc niedawną bullę Franciszka zapowiadającą jubileuszowy Rok Święty 2025. Papież nadał jej tytuł Nadzieja zawieść nie może, i choć przynosi ona katalog licznych cierpień nękających dziś ludzkość, to przestrzega przed marazmem i zachęca do życia nadzieją, bowiem, przekonuje papież, „patrząc na upływający czas, mamy pewność, że dzieje ludzkości i każdego z nas nie biegną w kierunku ślepego zaułku czy ciemnej otchłani, ale są ukierunkowane na spotkanie z Panem chwały”. To bardzo Franciszkowe, ale i bardzo „Swieżawskie”.
Jestem pewien, że jego entuzjazm wzbudziłby też synod o synodalności, którego prace stały się wołaniem o Kościół bardziej inkluzywny, czyli włączający, a nie wykluczający, i bardziej otwarty na dialog z otaczającym światem.
I wreszcie: Profesor, jedyny świecki audytor
II Soboru Watykańskiego zza żelaznej kurtyny, także dziś powtarzałby z przekonaniem, że Kościół Soboru to Kościół wspólnotowy, służebny, otwarty. O takim Kościele marzył i taki też starał się budować.
Taki Kościół, pokorny i silny jednocześnie, ale silny prawdziwie, bo bazujący nie na mocy instytucji, lecz na sile ducha i świadectwa – będzie ugruntowywał w wierze tych, którzy w nim są, i przyciągał jeszcze w nim nieobecnych. Taki – i tylko taki – Kościół przekona wszystkich do ponadczasowej prawdy swojego nauczania, piękna swojej kultury, mądrości swoich dogmatów. Budowanie zaś takiego Kościoła jest zadaniem wszystkich uczniów Mistrza – dziś i aż do skończenia świata.
Myślę, że i dziś to właśnie przypomniałby nam Profesor. Żal, że go już między nami nie ma łagodzą intuicje, że jednak wiemy, jak brzmiałyby jego dzisiejsze podpowiedzi.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.








