Myśląc, że jestem skazana na nowości, publikowane w ilościach, o jakich nigdy nie śniło się wydawcom, przez co naprawdę trudno jest wyłowić coś wartościowego – a tu objawia się staroć, która czekała na mnie tyle lat. Tym większa jest to niespodzianka, że wydawało mi się, że temat reportaży dotyczących II wojny światowej mam w małym palcu. Jeśli nawet nie przeczytałam wszystkiego, co na ten temat w języku polskim wyszło, to przynajmniej słyszałam. O Kaputt Malapartego nie miałam pojęcia. Dziwne, biorąc pod uwagę, że wznowienie tej książki, która ukazała się w Polsce najpierw w 1962 r., pojawiało się w księgarniach w 2000 r., czyli właśnie wtedy, kiedy połknęłabym ten temat w jeden wieczór. Teraz nie trwa to tak szybko. Teraz dawkuję sobie grozę podaną przez Malapartego ze zdziwieniem w pięknym, lekko poetyckim stylu.
Był pół Włochem, pół Niemcem. Pracował w dyplomacji, w latach 20. jako attaché kulturalny w Warszawie. Poza tym publikował, pisał różne dziennikarskie rzeczy, brał udział w rautach i spotykał się z politykami. Dał się oszukać ideologii faszystowskiej, należał do włoskiej partii, ale Mussoliniego nie lubił. W końcu został nawet aresztowany i osadzony w więzieniu. W czasie II wojny światowej był korespondentem wojennym na froncie wschodnim, bywał w Rumunii, Finlandii, Rosji, Polsce. I napisał książkę – reportaż z tego czasu, czyli lat 1941–1943. Kiedy ją czytam, przypomina mi się film Idź i patrz Klimowa, którego bohater, kilkunastoletni chłopak jest świadkiem zbrodni dokonywanej przez Niemców na mieszkańcach rodzinnej wioski. Malaparte opisuje to, co widzi trochę w podobny sposób, czasem zastanawiamy się, co jest snem, co przywidzeniem, a co prawdą. Takie to wszystko nierzeczywiste. Mogłabym napisać, że największe wrażenie zrobił na mnie opis gościny u gubernatora Hansa Franka na Wawelu, albo w Belwederze u Ludwiga Fischera, te wszystkie swobodne rozmowy przy obiedzie czy wystawnych kolacjach, lekko niebezpieczne przekomarzania się, brawura Malapartego, włoskiego oficera, którego chronił korpus dyplomatyczny, a przy tym wielkiego miłośnika Polaków. Rzeczywiście, włosy stają dęba, kiedy Malaparte opisuje te lekkie towarzyskie pogawędki. Wyżyny grozy osiąga nawet nie wtedy, gdy pisze o masakrze rumuńskich Żydów zamkniętych w bydlęcych wagonach. Paradoksalnie najstraszniej jest wtedy, kiedy ofiarą wojny padają zwierzęta, dziesiątki koni zatopionych w jeziorze skutym nagłym lodem. Lodowe rzeźby końskich grzyw, które zaczynają tajać ogrzane wiosennym słońcem. Ten smród, choć go nie czuję, to jednak czuję. Groza.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









