Logo Przewdonik Katolicki

Wielkopostne odsłony lęku i nadziei - odsłona pierwsza - zagubienie

Dariusz Piórkowski SJ
il. A. Robakowska/PK, Wikipedia, Adobe Stock

Mając świadomość, że nie żyjemy w próżni, a czasy są niepewne, chciałbym w kolejnych tygodniach Wielkiego Postu przyjrzeć się różnym formom lęku. Św. Tomasz z Akwinu pisał, że lęk jest uczuciem, które dotyczy zła przyszłego i równocześnie trudnego do uniknięcia. Obawiamy się czegoś, co może nadejść, ale dzięki wyobraźni przeżywamy to zło tak, jakby było już obecne. Gdy jakieś zło staje się naszym rzeczywistym udziałem, rodzi się w nas smutek. Dlaczego? Ponieważ wszyscy nakierowani jesteśmy na dobro. Zło nie jest naszym przeznaczeniem. W każdej sytuacji lękowej nadzieja ma ostatnie słowo. Jak więc lęku uniknąć albo jak go złagodzić, a przynajmniej nie pozwolić mu nad nami zapanować? Czy lęk może być też objawem czegoś dobrego? Co zrobić, kiedy lęk zapowiada zło, od którego nie ma już ucieczki?

Gęste ciemności zgromadziły się nad naszymi placami, ulicami i miastami; owładnęły naszym życiem, napełniając wszystko ogłuszającą ciszą i przygnębiającą pustką, która przechodząc, paraliżuje każdą rzecz – czuje się to w powietrzu, dostrzega się w  gestach, mówią to spojrzenia. Jesteśmy przestraszeni i zagubieni” – mówił Franciszek podczas modlitwy na placu św. Piotra 27 marca 2020 r. Nigdy nie czytałem tak mocnych, naszpikowanych zmysłowością, metafizyką i napięciem słów jakiegokolwiek papieża. Wydawać by się mogło, że to co najwyżej piękny literacki opis, poruszający serce. Ale czy rzeczywiście? Mija prawie rok. Ciemności nie rozwiały się. I nie dotyczą już tylko tego, co pandemia sama jakoś sprowokowała, ale coraz częściej – i to całą siłą – ujawniają to, co od dawna było w nas ukryte. 

Mechanizm ciągłej ucieczki
Zacznijmy od specyficznego rodzaju lęku, który nazywam zagubieniem. Myślę, że czas pandemii w wielu osobach wywołał ten dokuczliwy stan, a w niektórych zwiększył jego natężenie. Zagubienie jest czymś na podobieństwo wewnętrznego klimatu, którym się oddycha. Właściwie „przedmiotem” naszego lęku w czasie zagubienia jest pewna pustka, którą trudno znieść. Nie czujemy się wtedy swobodnie, jakbyśmy znaleźli się nagle w nieswoim świecie. Chcielibyśmy ten stan szybko zmienić, ale nie potrafimy. Nie, nie mam na myśli jedynie grzechu. Można wieść całkiem cnotliwe życie, a jednak być zagubionym. Nie wiadomo, w którą stronę iść. Trudno uchwycić sens tego, co się robi, i całego swego życia.  Załamują się bądź rozpadają pewne wyobrażenia o sobie, świecie i Bogu. Wiara okazuje się infantylna bądź magiczna. Więzi międzyludzkie rozluźniają się albo stają się drażliwe. Pomiędzy nami wypiętrzają się mury. Dziwimy się swoim reakcjom. To, co dotąd wydawało się oparciem, osuwa się nam spod nóg. Co więcej, w doświadczeniu zagubienia wychodzą z nas reakcje, których dotąd nie dopuszczaliśmy. Nie było na to czasu. Byliśmy zbyt zaabsorbowani, zabiegani, zajęci tysiącem spraw. Zagubienie demaskuje w nas mechanizm ciągłej ucieczki przed sobą w aktywizm, płytkie relacje, natłok bodźców i wrażeń. Ale obnaża brutalnie coś znacznie ważniejszego: nieprzyjmowaną przez nas prawdę, że opieramy się bardziej na sobie niż na innych, dużą ufność pokładamy w posiadaniu, tytułach, własnych ambicjach i osiągnięciach. Gdy zostajemy tego pozbawieni, paraliżuje nas lęk. Właśnie pandemia przymusiła nas i wciąż przymusza do pozostania w domach. Nie można uciec od siebie. Trzeba się zmierzyć z tym, co w nas tkwi. Niełatwą konsekwencją tego zmagania jest zagubienie – niekoniecznie negatywne doświadczenie.

Wyciągnąć ręce do innych
Przypomina mi się scena z początku Ewangelii według św. Jana, kiedy to dwaj uczniowie oczekujący z napięciem na Mesjasza idą za Jezusem po wskazaniu Go przez Jana Chrzciciela. Zawsze zdumiewało mnie pytanie Jezusa, które On kieruje do uczniów Jana, a są to zarazem Jego pierwsze słowa w tej Ewangelii: „Czego szukacie?” (J 1, 38). Uderza mnie, że Jezus pyta o „coś”, a nie o „kogoś”. Zwykle zaczynamy szukać, gdy coś zgubimy albo wtedy, gdy bardzo pragniemy coś zdobyć. Oczywiście, nie chodzi tu tylko o przedmioty. Zagubienie bardzo mocno wiąże się z utratą tego, co dotąd wydawało się nasze i oswojone. Kto z nas nie pragnie cieszyć się stabilizacją i pewnością? Lęk ukryty w zagubieniu bierze się stąd, że w miejsce tego, co tracimy bądź utraciliśmy, nie pojawiło się jeszcze nic w zamian. Właśnie z tej wyrwy zionie pustka. Chyba nikt nie lubi takiego oczyszczającego doświadczenia. My ludzie kochamy mieć kontrolę praktycznie nad wszystkim, ale wtedy nie pozostaje już w nas ani krztyna miejsca na zaufanie i rozwój.  
Jeśli zajrzymy niemalże na sam koniec Ewangelii według św. Jana, widzimy zagubioną i zapłakaną Marię Magdalenę, która nie może znaleźć zmarłego Pana. Szuka kogoś, kogo nie ma tam, gdzie ona myśli, że powinien być. Ale w tym momencie pojawia się sam Jezus, by pozwolić Marii się odnaleźć i wyprowadzić ją z zamknięcia w jej świecie. A nie jest to już osoba, która żyje w grzechu. Ona kocha Jezusa. Zmartwychwstały konfrontuje ją z podobnym pytaniem co na początku, choć o znamiennej różnicy: „Niewiasto (…) „Kogo szukasz?” (J 20, 15). To już pytanie o konkretną osobę, a nie o „coś”. Cała Ewangelia według św. Jana pokazuje drogę, którą musi przejść każdy chrześcijanin. Od poszukiwania czegoś do odnalezienia Kogoś. Sens naszemu życiu nadają relacje osobowe, nie tylko relacje z rzeczami. Jeśli chcemy wyjść z zagubienia, musimy wyciągnąć ręce do innych lub przyjąć ich pomocną dłoń. Otworzyć serce. Nie bać się własnych słabości i ran. Zostawić coś za sobą. Wypuścić z rąk to, co wydaje nam się bezcenne.

Sami jesteśmy zranieni
Gdy w innych Ewangeliach Jezus mówi o zagubieniu, ma na myśli wierzących, którzy z różnych powodów, formalnie bądź duchowo, odłączyli się od wspólnoty Kościoła. To też smutny owoc pandemii. Jezus sugeruje, że być może zostali zranieni, zaniedbani bądź zgorszeni przez wspólnotę. Nie poradzili sobie z ciężarem swoich słabości i wątpliwości. Przygniótł ich własny upadek. Nie znaleźli zrozumienia w swoim zagubieniu. W Ewangelii według św. Mateusza Jezus nazywa te osoby zabłąkanymi owcami  (Mt 18, 12). Co ciekawe, nie  wspomina o wielu zagubionych owcach, o jakiejś masie, lecz o jednej, konkretnej, mającej swoją historię, swój dramat, swoje zagubienie. Nie można bowiem szukać jakiegoś tłumu ludzi, lecz tylko konkretną osobę. Zagubieni to nie wrogowie Kościoła, lecz ci, którzy w nim są, choć chwilowo z różnych racji odeszli od niego. To wierzący pozostający z dala od stada, zranieni przez najbliższych, zgorszeni przez członków własnej wspólnoty, przeżywający swoje rozterki w izolacji i samotności. 
W adhortacji Amoris laetitia papież Franciszek nazywa ich wszystkich najsłabszymi dziećmi Kościoła, naznaczonymi miłością zranioną i zagubioną (Por AL., 291). Kto wie, czy te dzieci nie stanowią większości Kościoła? Czy jest ktoś wśród nas, kto nie zmaga się z różnego rodzaju ranami, zagubieniem i zwątpieniem? Czy nie znamy ludzi z naszego otoczenia, którzy cierpią z tego powodu? Sami jesteśmy zranieni, ale doświadczywszy spotkania z Jezusem, także w życzliwości drugiego człowieka, mamy iść po śladach zagubionych braci i sióstr, aby ich znaleźć. Jak stawać się dla nich pasterzami, którzy przywracają nadzieję i zaufanie do wspólnoty, do drugiego człowieka? Pandemia dramatycznie obnażyła, jak nieporadni jesteśmy w tej misji. To prawda, że Jezus każe szukać owiec zabłąkanych, ale wcale nie gwarantuje sukcesu. W przypowieści o zagubionej owcy używa trybu przypuszczającego, kiedy mówi o poszukującym pasterzu: „jeśli uda mu się ją znaleźć” (Mt 18, 13). Nie wszystko od nas zależy. Czy jednak w ogóle obchodzi nas los zagubionych owiec, które być może żyją z nami w tym samym domu albo obok nas? Czy dostrzegamy płaczące Marie Magdaleny i wychodzimy im naprzeciw?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki