Głos na puszczy

Białowieża mocno odczuła stan wyjątkowy.
Ludzie tam żyjący pewnie już nigdy nie będą tacy sami.
Czyta się kilka minut
Zielone światło zapalane przed domami otwartymi dla uchodźców pozostało tylko symbolem. Ludzie potrzebujący pomocy kryją się w lasach. Nikt już nie chodzi po wsi fot. Enri Canaj/Magnum Photos-Forum
Zielone światło zapalane przed domami otwartymi dla uchodźców pozostało tylko symbolem. Ludzie potrzebujący pomocy kryją się w lasach. Nikt już nie chodzi po wsi fot. Enri Canaj/Magnum Photos-Forum

W Białowieży żołnierzy prawdopodobnie jest więcej niż mieszkańców. Na ulicach wojskowe samochody i pojazdy opancerzone. W tym również rosomaki, transportery wyposażone w armatę, które laikom kojarzą się natychmiast z czołgami. Nad wsią latają helikoptery. Wojskowe pojazdy są wszędzie, również tam, gdzie wcześniej nikt wjechać nie mógł. W końcu to puszcza, teren chroniony, dom wolno żyjących żubrów, wilków i rysi. Jak one to przeżywają, trudno powiedzieć: z pewnością odczuwają stres, związany z hałasem i zupełnie innym ruchem ludzi.

Czy trzeba spakować walizkę?
Ludzie bez wątpienia przeżywają to jeszcze bardziej. Na ulicach rozmawia się głównie o tym. Kiedy zaczną strzelać? Dlaczego ktoś ma umierać w lesie? Jakie kolejne pojazdy się pojawiły? Momentami przypomina to psychozę. Nikt nie uprzedził mieszkańców. Nikt z nimi nie rozmawiał. Nie wiedzą, czy będzie to trwało rok, czy pół roku. Co z ich biznesami, z normalnym życiem? Czy wpuszczą turystów? Bo jak żyć, skoro z turystyki tu żyją? Do granicy prostą drogą są stąd trzy kilometry. Jeśli coś się stanie, kto będzie się przejmował cywilami z Białowieży? Będą pierwszymi ofiarami wojny. Nikt im nie przypomniał, jakie są alarmy bombowe. Czy się chować do piwnicy, czy uciekać. Czy trzeba mieć spakowaną walizkę? Im nie chodzi o strach, ale o logistykę. Żeby w razie czego mieli szansę na działanie.  
Ale to nie wojsko jest tym, co jest najtrudniejsze dla mieszkańców Białowieży. Są narażeni na to, że bez żadnego przygotowania spotykają ludzi. Ludzi umierających, wycieńczonych, rannych, przerażonych. „Narażeni” to nie jest adekwatne słowo. Nie są przygotowani, ale pierwsi do lasu wychodzą, żeby tych umierających ludzi spotkać. Żeby ich znaleźć, dopóki oddychają. Żeby na wiosnę w czasie spaceru do lasu nie znajdować ich ciał albo ogryzionych przez zwierzęta kości.

Nadzieja, która zawiedzie
– Pierwszego uchodźcę bardzo się przeżywa – mówi pani Anna. Tak naprawdę ma na imię inaczej, ale to ja decyduję, że nie chcę go podawać. Dzięki temu mam pewność, że jej nie zaszkodzę. – Budowaliśmy we wsi ścieżkę. Wiedzieliśmy już, że mogą iść, że są wypychani. To było dwóch młodych chłopców, zmęczonych, zmarnowanych, ale poza tym w dobrym stanie. Szli normalnie przez wieś. Nie mieli pojęcia, że zaczęły się push-backi, że coś im grozi. Pierwszą rzeczą, o jaką poprosili, były powerbanki, żeby podłączyć telefon. Nie mieliśmy ich przy sobie. Koleżanka zadzwoniła po męża. Zanim on podjechał, na miejscu była już policja, ktoś musiał donieść. Nie zdążyliśmy nawet zareagować. Ale policja zachowała się porządnie. Stali ze dwie godziny. Pozwolili im naładować telefony, przebrać się, najeść. Ale pamiętam ich oczy. Patrzyli z taką ufnością, z takim przekonaniem, że im pomagamy! A my wiedzieliśmy, że to na nic. Że dajemy im nadzieję, która się nie spełni, bo za chwilę ktoś wsadzi ich do samochodu i wywiezie na granicę. My to wiemy – oni jeszcze nie. Jeszcze są ufni i przekonani, że ich uratowaliśmy. Przeżyłam to bardzo mocno. Miałam przed oczami wojenne filmy, te obrazki, kiedy ktoś wywożonym w wagonach ludziom podaje trochę wody. Przecież ta woda niczego już nie zmieni. Ale dla tych ludzi jest ważna, czy można zachować się inaczej? Czy jeśli uratujemy tych ludzi, nie sprawimy, że szlak będzie utrzymywany i przez nas więcej osób zginie? A może trzeba tych pięćdziesięciu poświęcić, żeby ratować kolejnych pięć tysięcy? Ale co mamy powiedzieć tym tutaj? Trudno, musicie umrzeć, żeby następni nie przyszli i nie umarli? To są dylematy, przed którymi stajemy każdego dnia. Jak się zachować w sytuacji, w której nie ma dobrego rozwiązania? Ale nie przechodzimy obojętnie obok człowieka. Pomagamy. Ale te pytania zostaną nam w głowach.

A po co do puszczy?
Miejscowi znają las. Znają go lepiej niż straż graniczna i lepiej niż żołnierze, którzy się wymieniają. Potrafią zaskoczyć żołnierzy, zachodząc ich niespodziewanie ze strony, z której tamci nikogo się nie spodziewali. Po lesie trzeba umieć chodzić. To nie jest zwykły las, to jest puszcza. Dziki teren, w który człowiek nie ingeruje od wieków. Pełen powalonych drzew, jarów, bagien i zwierząt. Latem jest tam niebezpiecznie, a co dopiero zimą, kiedy jest ciemno, mroźnie i pada śnieg.
Miejscowi do lasu chodzą na spacery. Pieszo albo rowerem. Z plecakami wypełnionymi kocami termicznymi, batonami energetycznymi, powerbankami. Czasem zatrzyma ich ktoś z mundurowych. Dokąd pani jedzie? Do puszczy. A po co? A po co teraz wszyscy jadą do puszczy? No tak.
Dyskusja się kończy. Ludzie mają prawo pomagać. Wojsko ani straż graniczna nie ma prawa im tego zabraniać. Wszyscy zgadzają się na te warunki. Jedni i drudzy robią swoje.

Byle nie umierali
Ci na rowerach i na spacerach liczą na przypadek: jeśli będą mieli szczęście, trafią na człowieka, który nie ma już prądu w telefonie albo trafił w dziurę bez zasięgu i nie może wezwać pomocy. Czasem jeżdżą po lesie trzy, cztery godziny. Zdarzały się dni, że trafiali tak na trzy, cztery grupy dziennie. A bywa, że i przez trzy dni nie ma nikogo. Pani Anna puszczę zna świetnie, więc często jeździ w kierunku bagien. Wie, że tamtędy prowadzi szlak i że stamtąd nie da się wezwać pomocy. Czasem spotykała ludzi, którym już było wszystko jedno, byle zabrać ich gdziekolwiek – jak starsza pani, która zgubiła się w lesie i chciała tylko, żeby choć przez chwilę ktoś się nią zaopiekował. Czasem spotykała ludzi, którzy nie chcą pomocy. Wtedy się wycofywała i trzymała kciuki, żeby im się udało. Nic więcej nie mogła zrobić.
Oprócz spacerowiczów są i ci, którzy wiedzą, w które miejsce iść i kogo tam znajdą. Dostają sygnał, muszą tylko trafić do punktów. Tak znalezieni mają większe szanse: w ekipach często jest wsparcie prawne, czasem nawet jakieś media. Trudniej jest ich wywieźć z powrotem do lasu, choć i to się zdarza.
– Jestem przekonana, że wiele ludzi leży już w bagnach. Jeśli nie mają możliwości kontaktu, to umierają. Nie wiemy o nich, ale kiedyś ich znajdziemy. Ich ciała znajdziemy – mówi pani Anna. – Jestem przeciwna budowaniu muru na granicy, ale myślę, że jeśli mają go budować, to niech zrobią to tu, w strefie puszczy. Żeby ci ludzie nie mogli przejść i żeby nie umierali. Bo gdzie indziej mają szansę. Tutaj szansy na przeżycie nie mają.

Kto zrozumie żołnierzy
Pani Anna przez pewien czas sama chodziła do lasu. A potem w niedzielę usłyszała, jak ksiądz czyta Ewangelię o przykazaniu miłości Boga i człowieka. To było jak uderzenie. Usłyszała, wstała i wyszła. Musiała się przejść. Potem wróciła i zapytała księdza, jak oni jako parafia to przykazanie będą wdrażać. Nie miała pretensji. Jeśli już, to do siebie. Mówi, że to ona jest Kościołem i przez dwa miesiące nie poszła do księdza i nie powiedziała, że trzeba coś zrobić. Czuje, że zawiodła i dziś bierze to na klatę. Dziś w Białowieży powstaje Namiot Nadziei. To ma być przestrzeń dla wszystkich. Nie wszyscy pójdą do lasu z plecakiem, „na spacer”. To jest trudne. Ale ktoś może przynieść dary. Ktoś może przyjść na dyżur. Ktoś żeby porozmawiać. Namiot ma pełnić funkcję pomocną, ale też terapeutyczną dla tych, którzy pomagają – i dla tych, którzy czują się bezradni w tym, że pomóc nie mogą. Nawet dla tych, którzy się boją i którzy uważają, że tak właśnie granicy bronić trzeba.
– Nie jesteśmy przeciwko żołnierzom – mówi pani Anna. – Im też chcemy pomóc, chcemy budować zaufanie. Czasem widząc, jak traktują ludzi, trudno jest się do tego przemóc. Ale przecież nie wiem, jak to jest być żołnierzem. Nie wiem, jak to jest musieć wykonywać rozkazy. Gdzie jest granica, za którą mogą powiedzieć „nie”? Ale czy czulibyśmy się bezpiecznie z wojskiem, które odmawia wykonywania rozkazów? Nie rozumiemy, więc nie możemy mówić o nich, że robią dobrze czy źle. Oni też nie są przygotowani na te emocje. Myślę, że oni też po tym wszystkim potrzebować będą psychoterapii. A my? Rozumiem, że jest granica, że trzeba jej bronić. Rozumiem, że nie można jej otworzyć i przyjmować wszystkich. Ale my nie możemy zostawić ludzi umierających w lesie czy między drutami. Na to nie da się patrzeć obojętnie.

forum-0643301404.jpg

Puszcza to nie jest zwykły las. Zejście z wytyczonej drogi, zwłaszcza w ciemności i mrozie, dla zbłąkanych ludzi oznacza śmierć fot.  Enri Canaj/Magnum Photos-Forum

Wróci przeszłość
Czego się boją ludzie w Białowieży? Że granica pęknie? Że zaleje ich „fala” migrantów, którzy będą gwałcić i zabijać? 
– Kiedyś jak przez wieś szła grupa młodych chłopców, to starsze panie wybiegły z domów, zaraz zorganizowały dla nich ubrania i jedzenie. Nie bały się. Jak ktoś mieszka sam i jest starszy albo chory, to się boi, wiadomo. Ale zwykle nie. Ci ludzie są tak słabi, że często nie mają siły podnieść ręki albo utrzymać butelki z wodą. Przed nimi byśmy nie uciekali. I nie przed muzułmanami. Ale przed Białorusinami tak. I przed ich wojskiem. Jesteśmy na wschodniej granicy, gdzie jest mieszanka kultur, religii i narodowości. Jak wejdzie obce wojsko, to się w ludziach obudzą demony. Wróci cała niewyjaśniona i bolesna przeszłość. O tym nikt nie myśli. Poza tym na ludzi działa to nieustanne straszenie w mediach muzułmanami i imigrantami. Myślałam, że Kościół pomoże jakoś ich otworzyć. Że powie ludziom: „Nie bójcie się, pomoc jest pomocą, musimy pochylić się nad człowiekiem. Co się z nim dalej dzieje, to już do nas nie należy. Jest prawo, są służby, które będą o tym decydować. Ale my nie możemy nie pomóc”.

Nie dzielić
Jak można pomóc tym, którzy pomagają? Na razie wszyscy są zgodni, że nie brakuje ani rzeczy, ani pieniędzy. Ludzie w Polsce okazali się wrażliwi i hojni, mimo medialnych obrazów, które przeczą tej tezie. Na ile zapasów wystarczy, nie wiadomo. Jeśli nie będzie ludzi w lesie – na długo. Jeśli będą – zapasy w magazynach skończą się w kilka dni.
W jednym pomagający są zgodni. Największą pomocą dziś jest nie dzielić. Tam, na płaszczyznach lokalnych, tkana jest misterna sieć zaufania między mieszkańcami, aktywistami, parafiami, służbami. Oni tam muszą współpracować, iść na kompromisy, porozumieć się. Mieć pewność, że jeśli się na coś umawiają, to tak się stanie, nawet jeśli nie zostało zapisane w żadnym prawie. To jest wielka praca, której na zewnątrz nie widać, której nie może być widać. Tę sieć zaufania łatwo jest zerwać, kiedy siedzi się kilkaset kilometrów dalej i wydaje surowe sądy, nastawiające jednych przeciwko drugim. – Posłuchajcie tych, którzy tu żyją. Posłuchajcie, co przeżywają, jakie emocje nimi targają, z jakimi dylematami się mierzą – mówi pani Anna. – My najbardziej potrzebujemy tego, żeby nas, żyjących tutaj i wychodzących do lasu z różnych pobudek łączyć. Nie oceniać nas i nie nastawiać jednych przeciwko drugim. Ci, którzy stoją z boku i łatwo oceniają, tylko dzielą. Z tego nie może być nic dobrego.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 50/2021