Logo Przewdonik Katolicki

Test z człowieczeństwa

Michał Szułdrzyński
fot. Magdalena Bartkiewicz

Odruch pomocy nie jest wcale realizowaniem scenariusza Łukaszenki. On chce, byśmy tak samo jak on traktowali ludzi niczym mięso armatnie.

Patrząc na to, co dzieje się przy polskiej granicy, jest mi coraz bardziej wstyd. Wstyd, że jako społeczeństwo chyba nie zdajemy egzaminu z człowieczeństwa, w związku z kryzysem imigranckim.
Oczywiście sprawa jest bardzo skomplikowana, ma poziom polityczny, geopolityczny, ma poziom dotyczący wręcz zagrożenie militarnego. Rządzący mówią o hybrydowym ataku i nie można powiedzieć, że jest to argument pozbawiony podstaw. Za obecnym kryzysem stoi cyniczny reżim Aleksandra Łukaszenki, który mści się na Unii Europejskiej za życzliwość, jaką Zachód okazał protestującym przeciwko sfałszowanym wyborom z sierpnia ubiegłego roku. Opierając się na kłamstwie (migranci są informowani, że władze Białorusi bezpiecznie i legalnie doprowadzą ich do Niemiec), reżim białoruski stworzył państwowy system przemytu ludzi na naprawdę wielką skalę.
Oczywiste jest też, że Polska nie może nie bronić swoich granic. Wcale nie oburza mnie pomysł zbudowania muru na wschodniej granicy. Jeśli okaże się on skuteczny i nie będzie się dało przez niego nielegalnie przekroczyć granicy, działania Łukaszenki spełzną na niczym. Pewnie nie okaże się on szczelny w stu procentach, ale radykalnie utrudni polski szlak migracyjny.
Rozumiem też argumenty tych, którzy mówią, że w takiej sytuacji próby nie powinno się atakować polskich mundurowych, hejtować żołnierzy i funkcjonariuszy straży granicznej, lecz okazywać im wsparcie i lojalność, ponieważ chronią nasz dom przed działaniem obcych.
Ale w każdym momencie musimy pamiętać o tym, że narzędziem ataku Łukaszenki są ludzie. Perfidia jego strategii polega na tym, że naszej granicy nie szturmują wojska, czołgi czy transportery opancerzone. Naszą granicą szturmują ludzie, którzy zostali zwiedzeni obietnicami migracji do bezpieczniejszej i bogatszej części świata. Trudno mi się pogodzić z myślą, że gdzieś po bagnach na polsko-białoruskiej granicy błąkają się też rodziny z dziećmi, które chciały dla nich lepszej przyszłości. Niektórzy uciekli z Afganistanu, gdzie właśnie talibowie wprowadzają swój okrutny reżim, który uniemożliwi kobietom edukację.
Gdy widzimy młodych i zdrowych mężczyzn, którzy rozrywają polskie zasieki, by się potem przesiąść w furgonetki, które mają ich zawieźć za Odrę, niekoniecznie czujemy współczucie. Przeciwnie, wtedy chcemy jeszcze bardziej stanowczej reakcji.
Ale nie powinniśmy usypiać sumienia. Rodziny z dziećmi to ludzie, bliźni, potrzebujący pomocy, przeprowadzający na nas test z naszego człowieczeństwa. Odruch pomocy – i tu trzeba się przeciwstawić części prorządowej narracji – nie jest wcale realizowaniem scenariusza Łukaszenki. On chce, byśmy tak samo jak on traktowali ludzi jak mięso armatnie. On nim strzela, my je odbijamy.
Nie mówimy przecież o tym, by wszystkich bez wyjątku do Polski wpuszczać. Mówimy o tym, by dać im schronienie, może do wiosny, szansę na ubieganie się w naszym kraju o azyl. Może musimy zbudować spore obozy dla uchodźców, by nikomu nie zabrakło kąta na przeczekanie zimy. A tych, którzy uciekli z krajów, które nie są objęte wojną, trzeba – trudno, że na nasz koszt – odstawić samolotem do domu: do Turcji, Jordanii czy Iraku. Ale czy rzeczywiście wszystko, na co nas stać, to odstawić ich z powrotem do lasu?

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki