Logo Przewdonik Katolicki

Morze

Natalia Budzyńska
fot. Unsplash

Myślę sobie, że nadmorskie miasta mają w sobie coś nieprawdziwego. Mnie w każdym razie wydaje się, że ktoś je postawił tak, jak układa się klocki. Jak na makiecie architekta czy jakiegoś aranżera przestrzeni.

Smutni panowie pochylają się nad ogromną makietą i przestawiają kartonowe atrapy, wyznaczając całe dzielnice, ulice, tory. Ponieważ nie ma nic bardziej owianego melancholią niż nadmorskie miasta, więc ci, którzy je zaprojektowali, ewidentnie byli smutni. Z jakiegoś powodu. Nie piszę o dawnych wioskach rybackich zamienionych w kurorty z wesołym miasteczkiem, lodogofrowymi budami i różnymi koszmarkami, przepraszam, pamiątkami znad morza. Ma to swój urok, ale tylko przez chwilę. Mam na myśli duże miasta, jak na przykład Gdańsk. Siedzę właśnie w hotelu w Sopocie, na niebie przewalają się ciemne chmury, od czasu do czasu zakrzyczy mewa. I choć do morza mam kwadrans na piechotę, to wydaje mi się, że słyszę jego szum. To oczywiście niemożliwe, ale tak jest zawsze.
Zaczyna się od podróży na północ, która nabrała magicznego wymiaru od czasu dzieciństwa. Mimo że za szybą samochodu nie zachodzą żadne większe zmiany – zupełnie inaczej niż w czasie podróży na południe, kiedy pejzaż ewidentnie zaczyna się wznosić – jestem pewna, że morze chowa się tuż za horyzontem. Kilkadziesiąt kilometrów od niego już udawało mi się słyszeć jego szum. A kiedy przyjeżdżałam na miejsce, zawsze z podnieceniem szłam szybkim krokiem na plażę „zobaczyć morze”, tak jakby miało mi uciec w każdej chwili. To dziwne podniecenie zostało mi do dzisiaj. Ta niecierpliwość, przyspieszone bicie serca, coś w rodzaju radości, choć nieoczywistej. Dojście do plaży przez las, uginające się wysokie sosny, wydmy i drewniane schody, na których zdejmowało się sandały, bo piasek nigdy nie był tak gorący, żeby nie dało się brnąć po nim na bosaka. Tak, to wygląda całkiem naturalnie.
Ale miasto, z kamienicami, wysokimi kościołami, tramwajami, sznurem samochodów, blokami? Wszystko to wygląda na tymczasowe dekoracje. Makietę z klocków lego. Ludzie biorą udział w tym przedstawieniu, nie zdając sobie z tego sprawy, statyści bez głównego aktora. Lubię obserwować ten ruch na ulicach. Wiem, że każda z mijanych przeze mnie osób ma prawdziwe życie, swoją niełatwą historię, a jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że znalazłam się na chwilę w jakiejś Atlantydzie, która zaraz zniknie przykryta morzem.
To tylko ułuda, w której miło się pogrążyć, uciekając przed „teraz”. A świat drży i ja nie chcę o tym zapomnieć. Cały czas myślę o dziewczynach w Afganistanie, uchodźcach na Lesbos i o tych znacznie bliżej, koczujących na naszej wschodniej granicy. Podczas gdy molo się bawi.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki