Możemy zacząć? Dopijam właśnie zimną kawę…
– Nie zgadzaj się na półśrodki! Chyba że lubisz zimną?
Jak się nie ma, co się lubi, to się…
– …to się przyzwyczaja do półśrodków. Na początku wydają się one niegroźne, może jedynie trochę irytujące. W dodatku potrafimy je na pozór racjonalnie wytłumaczyć: bo dzieci potrzebują, bo mężowi trzeba pomóc, bo przyjaciółka ma problemy… Naprawdę źle robi się wtedy, kiedy w naszym słowniku rozgości się „MUSZĘ”. Muszę umyć okna, posprzątać w sobotę, codziennie ugotować dwudaniowy obiad. To „MUSZĘ” projektuje nas negatywnie, jest jak ciężki plecak, który same wkładamy sobie na ramiona. To pułapka. Mądrością kobiet jest zatrzymać się i pomyśleć, czy muszę pić zimną kawę.
Jasne. Ale przecież naprawdę muszę gotować i prać. Staram się to zamienić na „CHCĘ” i myć podłogę z miłością, ale…
– …ale to trudne. Zgoda. Można pomyśleć: „Chcę mieć umytą podłogę”. Nie przepadam za jej myciem, ale ponieważ lubię odpoczywać w czystym domu, zrobię to. Niby wychodzi na to samo, ale akcenty są zupełnie inaczej rozłożone. Myślę, że można się wściekać, kiedy w dodatku żyjemy w rodzinie wielodzietnej i po każdym trzeba podnieść jakiś papier, skarpetkę czy klocek. Poza delegowaniem obowiązków dzieciom, warto jednak zmienić nastawienie i przestać się wściekać na bałagan, a zacząć błogosławić. Podnoszę brudną skarpetkę, którą – jasne, ktoś inny powinien wrzucić do kosza – ale równocześnie uświadamiam sobie, że… ona do kogoś należy. Do kogoś, kogo bardzo kocham. Cieszę się więc, że mogę ją sprzątnąć. I zaczynam się modlić za jej właściciela.
Pierwszy raz spotkałyśmy się kilka lat temu, by porozmawiać o błogosławieństwie kryzysu. Do dziś prowadzisz warsztaty „Złamana, ale nie bezsilna”, ale tym razem chcę Cię zapytać o spotkania dla kobiet „Spełniona w domu i pracy”. Spełniona, czyli jaka?
– Spełniona kobieta to taka, która rozumie samą siebie, która wie, czego naprawdę pragnie. Dla mnie przełomowy był moment, kiedy zrozumiałam, że nie jestem w stanie być szczęśliwa, jeżeli nie zatroszczę się o każdy ważny obszar mojego życia. Zrozumiałam, że mam poukładać cztery najważniejsze sfery: ciało, ducha, serce i rozum. Nie ma prawdziwego pokoju bez równowagi między nimi.
I tak: ciało to troska o zdrowie, o wygląd, o akceptację siebie w tym wymiarze cielesnym i codzienny ruch. Duch to świadome życie w relacji z Bogiem, to poczucie misji, zrozumienie zadania, które mam do wypełnienia na ziemi. To jedność z Bogiem, relacja osobowa z Nim, to nasłuchiwanie, do czego mnie powołuje. Z tego wynika świadome wejście we wszystkie swoje role i świadomość hierarchii tych ról. Mówiąc „serce”, mam na myśli dbałość o relacje w tych wszystkich rolach – jaka jestem jako żona, matka, córka, przyjaciółka, ale też szefowa i sąsiadka? Powinnam też określić swoje zadania w tych rolach, a potem świadomie planować czas na zadbanie o te relacje.
Wreszcie rozum i wiedza konieczna do wypełnienia swoich obowiązków. Mam dbać o swój rozwój, zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i osobistej, poszerzać swoje horyzonty, nieustannie się uczyć.
A spełniona w macierzyństwie? W domu?
– Przyglądająca się swoim pragnieniom, które pochodzą od Boga, i podążająca za nimi. Kiedy rodziłam pierwsze dzieci, po tygodniu byłam w biurze i byłam z tego dumna. Bardzo lubiłam swoją pracę, nie wyobrażałam sobie życia bez niej. Byłam młodą, ambitną kobietą, miałam flow, szybko mogłam się pozbierać po porodzie, organizm mi na to pozwalał, dobrze się czułam, inni patrzyli na mnie z podziwem. Tak wtedy miałam.
Po narodzinach trzeciego dziecka już nie byłam taka hop do przodu, potrzebowałam pobyć w domu. A gdy narodziła się najmłodsza córka, pomyślałam, że pewnie już nie urodzę więcej dzieci i w ogóle nie chciałam iść do biura. Moje potrzeby się zmieniały.
To smutne, kiedy kobieta nie może przeżywać swojego macierzyństwa tak, jakby tego pragnęła. Czasem jest to niemożliwe z powodów finansowych, kiedy np. chciałaby zostać w domu z dzieckiem, ale musi zarabiać pieniądze. Innym razem otoczenie atakuje tym, co „wypada”. Ja miałam odwagę, by robić to, co chcę. Ale miałam też szczęście, że nie ulegałam presji: „należy”, „wypada”, „trzeba”. Nie jest to tylko moją zasługą, bliscy wspierali moje decyzje.
A kiedy uporczywe „powinnaś” zagłusza całą resztę?
– Boża kobieta, która przegląda się w Panu Bogu, umie rozeznać, gdzie ma być na tym etapie jej życia. Jeśli ufa Bogu i z Nim konsultuje swoje sprawy, ufa też sobie, ma dystans, nie przeżywa rozdarcia. Chciałabym, aby każda kobieta miała spokój, że może powiedzieć, co myśli; ufność, że zostanie to wysłuchane, i nadzieję, że da się to poukładać.
Ufać sobie samej. Piękne.
– Ufać sobie to mieć odwagę spotykać się z sobą w uczciwości. To nie grać, nie udawać przed swoim odbiciem w lustrze.
Znasz to uczucie, że wszędzie jest Ciebie za mało? Że chcesz być w domu dla męża i dzieci, a równocześnie musisz zarabiać lub po prostu chcesz to robić, bo lubisz swoje zajęcie, bo daje Ci oddech? Jak nie żyć z nieustannym poczuciem winy, że nigdzie nie jestem na sto procent?
– To jest wyzwanie. Myślę, że kobiety zawsze miały takie dylematy, bo jak świat światem miały swoje pasje, zainteresowania, może z tą różnicą, że częściej wiązało się to z obowiązkami domowymi, co wynikało z uwarunkowań kulturowych. Ja też zawsze czerpałam radość z pracy, a równocześnie moim wielkim pragnieniem było posiadanie dużej rodziny i czworga dzieci. Sądzę, że te rzeczywistości można pogodzić. Więcej – są kobiety, jak ja, dla których łączenie domu z pracą zawodową jest drogą do równowagi. Decyzja, że chcę być i tu, i tu, była dla mnie wręcz stabilizująca – będąc w domu, nabierałam dystansu do spraw zawodowych i odwrotnie. Był w moim życiu okres, kiedy chciałam pracować mniej, ale raz – z powodów finansowych nie miałam takiej możliwości, dwa – w pewnym sensie praca była łatwiejsza niż trudny etap w życiu rodzinnym. Wtedy zawsze potrzebne jest zatrzymanie, namysł i szukanie właściwego rozwiązania z pomocą Bożą lub mądrego człowieka. Byłoby wspaniale, gdyby kobiety mogły podejmować takie decyzje w wolności. I te decyzje są różne, bo przecież każda z nas jest inna.
Jaką jesteś mamą?
– Wymagającą i konsekwentną – bo w życiu wszystko ma konsekwencje. Mam chyba małą obsesję na punkcie słowa „konsekwencja”, bo widzę, że wiele matek nie wymaga od swoich dzieci, nie uczy ich, że każde działanie ma określony skutek, co nie zmienia faktu, że konsekwencje, które dotykają dziecka, bolą także mnie. Myślę, że jestem też mamą rozmodloną. Od zawsze otaczam je modlitwą, a od momentu kryzysu w małżeństwie szczególnie. Chwyciłam wtedy krzyż Chrystusa i powiedziałam, że za nic w świecie go nie puszczę. Nie mam lepszego pomysłu na uratowanie mojej rodziny niż codzienna obecność na Mszy św. Jestem też mamą rozmawiającą, choć wiem, że sporo pracy przede mną, jeśli chodzi o słuchanie. Jestem mamą pracującą i, jak wspomniałam, był moment, że byłam też zbyt mało obecna. Jednak najbardziej na sercu leży mi, aby być Bożą mamą.
Rozwijają się różne inicjatywy promujące planowanie dla kobiet. Czy rola mamy i przedsiębiorczyni lub pracownika jest aż tak trudna, że potrzebne są nam szczególne rady, programy?
– Zapotrzebowanie na dobre rady wynika z nadmiaru bodźców. Całe otoczenie nas stymuluje. Z drugiej strony myślę, że kobiety zawsze chciały czerpać inspiracje od innych kobiet, podpatrywać je, by żyć lepiej, mądrzej, spokojniej. A czy nasza rola jest specyficzna? Pewnie tak. Warto więc odrzucić szkodliwe stereotypy: sprząta się tylko w sobotę; obiad musi być o 14.00; pranie robimy hurtem jednego dnia – i planować po swojemu. Dla mnie przełomowym odkryciem było, że nie muszę sprzątać trzy godziny ciągiem, ale kilka razy po pięć minut lub kwadrans. Tyle wystarczy, by uporządkować jedną półkę albo zebrać rozrzucone ubrania, i jest radość z szybkiego efektu. Po drugie, osobiście musiałam odkryć, że sobota nie musi być dniem sprzątania, że można codziennie po trochu. Epokowa zmiana nastąpiła, gdy wyliczyłam, ile jest warta godzina mojej pracy, i zaczęłam zlecać prace domowe innym osobom, które znają się na nich lepiej i w dodatku lubią je wykonywać.
I te głosy w głowie: „Zapłacić? Za mycie okien? Za pranie? Jak to?!”
– Boimy się oceny: „Nie umiesz się ogarnąć, co z ciebie za gospodyni? Kompletnie nie potrafisz się zorganizować”. A właśnie, że umiesz się zorganizować i dlatego zlecasz pracę innym! Przecież w latach przedwojennych w bardzo wielu domach byli lokaje, sprzątaczki, prasowaczki, zmieniło się to po wojnie. Na szczęście od pewnie 20 lat zmienia się znowu i mamy coraz większą otwartość i ochotę delegować swoje zadania.
W swoich warsztatach „Spełniona w domu i w pracy” poruszasz kwestię pieniędzy. Jak rozumiesz ich „udział” w poczuciu bycia spełnioną?
– Dbałość o finanse to następstwo pracy w obszarze umysłu. My, ludzie wiary, powinniśmy rozumieć, że wszystko, co robimy, robimy dla Pana, a więc wszystko mamy robić z pełnym zaangażowaniem. Głęboko wierzę, że każdy człowiek obdarzony jest przez Boga talentami i ma obowiązek je rozwijać. Właśnie dlatego pomagam kobietom odkrywać ich talenty i wykorzystać je również do zarabiania pieniędzy. Bo jeśli Boży człowiek zarabia, to może też swoją dziesięciną wspierać dobre dzieła. Potrzebujemy mądrych ludzi, którzy będą umieli zarabiać i zarządzać pieniędzmi. Znam wiele dziewczyn, które rodzą dzieci, prowadzą domy i z sukcesem rozwijają swoje biznesy. Dzieje się tak, bo podejmują wysiłek dobrej organizacji, testują różne sposoby pracy, uczą się odpuszczania tego, co nie jest ważne, współpracują z bliskimi czy z innymi kobietami. My, kobiety, mamy być twórcze i przedsiębiorcze jak dzielna kobieta z Księgi Przysłów. Oczywiście, może też być taki czas w życiu kobiety, kiedy rzeczywiście skupiona jest na wychowaniu dzieci. Biblia uczy nas, że jest czas rodzenia, czas siania, czas zbierania. Każdej kobiecie pomoże wiedza, w czym jest świetna. Odkrywając talenty, może poukładać siebie, mieć wysokie poczucie własnej wartości. Zaangażowanie we własny rozwój, wzrastanie w mądrości i wierze to najważniejsze powołanie kobiety.
Co robisz tylko i wyłącznie dla siebie?
– Gram w tenisa, oglądam filmy, czytam książki. Lubię iść do fryzjera, na masaż, dobrze się ubrać. Tylko czy na pewno robię to wyłącznie dla siebie? Kiedy się poruszam, mam więcej endorfin i wracam do domu z nową energią. Gdy mądrze dbam o siebie, robię to tak naprawdę dla całej rodziny. I żadnych wyrzutów sumienia.
Czego życzysz kobietom z okazji Dnia Matki?
– Miłości i wiary. Miłości do samej siebie, mówienia do siebie z miłością – tu zwykle mamy dużo do zrobienia. Życzę poczucia bycia umiłowaną córką Króla, tożsamości Bożej Księżniczki oraz miłości, którą potrafią dać i która wróci do nich oraz wiary: w Boga, męża, dzieci, drugiego człowieka i siebie.