Logo Przewdonik Katolicki

Pełzająca prywatyzacja

Piotr Wójcik
fot. Grzegorz Michałowski PAP

Wbrew zapowiedziom obecny rząd nie zwiększył poziomu finansowania służby zdrowia. Coraz więcej obywateli korzysta więc z prywatnej opieki medycznej, a najubożsi po prostu w ogóle z niej rezygnują.

Służba zdrowia co jakiś czas staje się na chwilę głównym tematem debaty publicznej. Zwykle ma to miejsce przy okazji strajku jednej z grup zawodowych związanych z opieką medyczną lub pojawieniem się nowego pomysłu na jej reformę.
Tym razem, dosyć niespodziewanie, jej problemy wypłynęły na wierzch przy okazji debaty nad dofinansowaniem mediów publicznych. Opozycja zaproponowała, by te 2 miliardy złotych przenieść na onkologię, na co partia rządząca niespecjalnie chciała przystać. Opozycja zaczęła więc snuć narrację, że rządzący wolą dać miliardy prezesowi TVP Jackowi Kurskiemu, a rząd zaczął się bronić, że od 2015 r. nakłady na opiekę medyczną wyraźnie wzrosły. W całej tej dyskusji dobro pacjentów było na ostatnim miejscu, nikt się nimi nie przejmował, chodziło tylko o wywarcie odpowiedniego wrażenia.
Polska służba zdrowia zasługuje na dużo poważniejszą debatę, bo problemów jest w niej co niemiara. I pomimo nominalnego wzrostu środków problemy wcale nie zanikają.
 
Wzrost, którego nie było
Kluczowym argumentem przywoływanym przez rządzących jest bardzo wyraźny wzrost środków wydatkowanych z Narodowego Funduszu Zdrowia oraz budżetu, który miał miejsce od 2015 r. W ostatnim roku rządów koalicji PO–PSL wydatki na opiekę medyczną opiewały na 79,3 mld zł, tymczasem w 2018 r. wyniosły już 97 mld złotych. Licząc od 2011 r., publiczne środki na ochronę zdrowia wzrosły aż o 29,2 miliarda. Jednak nieprzypadkowo w porównaniach międzynarodowych mało kto podaje wydatki na służbę zdrowia nominalnie, jeszcze w krajowej walucie. Najczęściej wykazuje się je w relacji do PKB, żeby uwzględnić krajowe ceny i płace. I tu się okazuje, że niewiele się w czasie rządów PiS zmieniło. W roku 2015 sektor finansów publicznych wydał na opiekę medyczną 4,44 proc. PKB, a w 2018 było to 4,51 proc. Tak więc praktycznie wydatki się nie zmieniły, gdyż różnica rzędu 0,07 punktu procentowego nie jest w stanie doprowadzić do żadnej różnicy jakościowej w publicznym systemie ochrony zdrowia obywateli.
Z czego to wynika? Po prostu wzrost gospodarczy, a także wzrost płac oraz cen były tak wysokie, że wzrost nakładów na służbę zdrowia jedynie podążał za nimi. Rządzący po drodze nie wprowadzili żadnej systemowej zmiany, która przyczyniłaby się do relatywnego wzrostu nakładów na opiekę medyczną. W gruncie rzeczy ten wzrost nakładów, którym tak chwalą się rządzący, jest zastanawiająco niski, gdyż obok wzrostu PKB następował też znaczny wzrost zatrudnienia – w ostatnim roku rządów PO–PSL pracę miało 63 proc. Polaków w wieku produkcyjnym, a w 2018 r. już 67,5 proc. Znacznie więc zwiększyła się liczba płatników składek. Najprawdopodobniej zostało to zniwelowane przez wzrost liczby samozatrudnionych – skoczyła ona o 200 tysięcy – którzy korzystają z preferencyjnego oskładkowania. A rządzący wprowadzili w ostatnim czasie kilka zmian zachęcających do otwierania jednoosobowych firm: mowa o „Małym ZUS” i obowiązującym od tego roku „Małym ZUS plus”.
Utrzymujemy więc niezwykle niski poziom finansowania służby zdrowia w porównaniu do naszego poziomu rozwoju. Spośród krajów Unii Europejskiej mniej w stosunku do PKB wydają tylko Łotwa i Rumunia. Słowacja wydaje na służbę zdrowia ze środków publicznych 5,4 proc. PKB, a Czechy nawet 6,2 proc. Przykładu krajów wysoko rozwiniętych, takich jak Niemcy czy Francja, nawet nie ma sensu tu przytaczać, gdyż różnice są gigantyczne. Tymczasem koszty opieki medycznej rosną nie tylko z powodu rosnących cen i płac, ale też wprowadzania nowych procedur medycznych czy nowych leków, które są zwykle dużo droższe niż starsze rozwiązania, przynajmniej na początku. Polska służba zdrowia nie korzysta więc w wystarczającym stopniu z postępu w medycynie, jaki zachodzi w ostatnich latach.
 
Wygaszanie popytu
Utrzymywanie permanentnego stanu niedofinansowania służby zdrowia ma wiele fatalnych skutków. Jednym z nich jest zwiększanie się kolejek do specjalistów oraz do poszczególnych świadczeń, o których pisaliśmy w „Przewodniku” dwa tygodnie temu. Skutków jest jednak więcej – kolejnym jest systematyczne popadanie w coraz gorszą sytuację finansową publicznych placówek. Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych opublikował raport, w którym wykazał sytuację finansową podmiotów w swojej branży. W latach 2015–2019 dług wszystkich szpitali powiatowych wzrósł z 1,2 do 1,7 mld zł, a więc o ponad 40 procent. Ze 120 przeanalizowanych szpitali aż 108 w 2019 r. zanotowało stratę. Cztery lata wcześniej pod kreską było jedynie 59 z nich. Jakie są powody tego stanu rzeczy? Przede wszystkim rządzący zmienili sposób finansowania placówek należących do sieci szpitali. Obecnie otrzymują one ryczałt na podstawie wykonania świadczeń w zeszłym roku. Jednak za nadwykonanie NFZ nie zwraca pieniędzy, tak jak to było wcześniej. Dostają one odpowiednio wyższe środki w kolejnym roku, jednak w nim już potrzeby są jeszcze większe i znowu wydatki przekraczają ryczałt. W ten sposób systematycznie zwiększa się ich zadłużenie.
Poza tym nakłady z NFZ nie nadążają za wzrostem płac w służbie zdrowia. Koszty osobowe w analizowanym okresie wzrosły o 37 procent, co samo w sobie jest pozytywne, gdyż wiele zawodów ze służby zdrowia zarabiało zdecydowanie za mało. Jednak za wzrostem ich pensji powinny iść równolegle większe nakłady, co się nie dzieje. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że szpitale te będą upadać. Tymczasem znaczenie szpitali powiatowych jest niebagatelne, gdyż są one najbliżej mieszkańców prowincji. Bez szpitala powiatowego pacjenci będą musieli udać się po świadczenie do najbliższego dużego miasta. Wielu z nich z tego powodu zrezygnuje, gdyż komunikacja zbiorowa na prowincji jest taka, jaka jest. Już teraz około 5 proc. polskiego społeczeństwa rezygnuje z niezbędnych świadczeń medycznych, gdyż nie ma jak dojechać do placówki medycznej. Jeśli szpitale powiatowe zaczną masowo upadać, bariera transportowa w zakresie dostępu do służby zdrowia zacznie być jeszcze większa.
Kolejnym zjawiskiem, z którym mamy do czynienia szczególnie w ostatnich latach jest systematyczne odchodzenie od systemu publicznej służby zdrowia na rzecz świadczeniodawców prywatnych. Niektórzy eksperci służby zdrowia, np. dr Maria Libura, mówią wręcz o pełzającej prywatyzacji. Zachodzi ona po cichu, nie poprzez wyprzedawanie publicznych placówek, lecz coraz większy udział prywatnej opieki medycznej. Publiczny system jest coraz mniej atrakcyjny dla Polaków, więc szukają prywatnej alternatywy. W latach 90. ten proces dotykał kolej z powodu celowego wygaszania popytu – obcinano połączenia w taki sposób, żeby ludziom nie opłacało się z niej korzystać.
O ile jeszcze w 2006 r. jedynie co czwarte gospodarstwo domowe kupowało świadczenia medyczne na rynku, to w 2016 r. robiło tak co trzecie. O ile w zeszłej dekadzie korzystanie z prywatnej służby zdrowia było podyktowane głównie dostępem do lepszej jakości specjalistów, o tyle obecnie zdecydowanie dominującym czynnikiem są zbyt długie kolejki. W 2018 r. prawie jedna trzecia ogólnych wydatków na zdrowie nad Wisłą pochodziła ze środków prywatnych. Przeciętnie w OECD prywatne środki odpowiadają jedynie za 18 proc. sumy nakładów na ten cel. Za Odrą prywatne pieniądze to jedynie 15 proc. wydatków na ochronę zdrowia. Już teraz publiczna służba zdrowia stanowi jedynie dwie trzecie całego systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Jeśli wciąż będziemy utrzymywać jej niedofinansowanie, pod koniec nadchodzącej dekady publiczna służba zdrowia będzie stanowić mniejszość całego systemu.
 
Rezygnacja z lekarza
System opieki zdrowotnej, w którym dużą część odgrywają środki prywatne, skutkuje tym, że wiele gospodarstw domowych ma ograniczony dostęp do świadczeń medycznych z powodu konieczności poniesienia dodatkowych kosztów. Według danych przygotowanych przez Instytut Badań Strukturalnych prawie 2 mln gospodarstw domowych corocznie rezygnuje z niezbędnych wizyt u dentysty z powodu braku pieniędzy. Aż jedna czwarta z nich należy do 10 proc. najbiedniejszych rodzin w Polsce. Jeszcze więcej, bo 2,2 mln rodzin, z tego samego powodu rezygnuje co roku z wizyty u lekarza specjalisty innego niż dentysta. Co piąta taka rodzina reprezentuje 10 proc. najbiedniejszych. W Polsce mamy też stosunkowo wysoki poziom odpłatności za leki refundowane, które są zwykle odpłatne na poziomie 50 proc. Skutkuje to tym, że 41 proc. obywateli z dolnej jednej czwartej społeczeństwa nie wykupuje swoich leków. Tymczasem w Anglii bardzo duża grupa osób otrzymuje leki na receptę zupełnie bezpłatnie. Pozostali muszą zapłacić jedynie opłatę za wypisanie recepty wysokości 8,5 funta. 29 funtów płaci się za receptę na leki na cały kwartał, a 104 funty za leki na cały rok. W Szkocji poszli jeszcze dalej – tam bezpłatne leki na receptę mają wszyscy.
Nad Wisłą występują bardzo duże różnice w dostępie do lekarza w poszczególnych grupach dochodowych. Według OECD w ostatnich 12 miesiącach 80 proc. społeczeństwa skorzystało przynajmniej raz z wizyty u lekarza. Jednak wśród 20 proc. najbogatszych ten odsetek wyniósł 90 proc., a wśród najbiedniejszych tylko 70 proc. Tylko w kilku krajach Europy Wschodniej i Ameryki Łacińskiej ta różnica była większa. W krajach, w których prywatne środki odgrywają marginalne znaczenie w służbie zdrowia, różnice w wizytach lekarskich między najbiedniejszymi i najbogatszymi 20 procentami społeczeństwa są zdecydowanie mniejsze. Na przykład w Niemczech i Francji wynoszą tylko 5 punktów procentowych. Widać to także w danych dla konkretnych świadczeń. Na przykład z badań przesiewowych na okoliczność raka szyjki macicy skorzystało 85 proc. Polek spośród 20 proc. najbogatszych i tylko 55 proc. spośród najbiedniejszych.
Co roku aż 9 proc. polskich rodzin jest zmuszona do poniesienia tak zwanych krytycznych wydatków na zdrowie. Uznaje się za nie wydatki, które pochłaniają 40 proc. zasobów finansowych gospodarstwa domowego. Zdecydowana większość z nich należy do 20 proc. najbiedniejszych. Katastroficzne wydatki na zdrowie wśród 20 proc. najbogatszych polskich rodzin praktycznie nie występują.
 
Wygrać z rakiem
Bardzo zły stan polskiej służby zdrowia odbija się we wskaźnikach śmiertelności. Oczywiście każdy kiedyś umiera z jakiegoś powodu, dlatego też wskaźnik śmiertelności dla poszczególnych chorób bada się dla osób poniżej 65. roku życia, by wykluczyć zwyczajne przypadki śmierci z tak zwanej starości. Najpowszechniejsze rodzaje chorób śmiertelnych w krajach UE to choroby serca oraz nowotwory. Pod względem nowotworów notujemy 95 przypadków zgonów rocznie na 100 tys. mieszkańców poniżej 65. roku życia. Średnia unijna jest prawie o 20 przypadków niższa. Szwedzi notują zaledwie 51 przypadków zgonów na raka na 100 tys. obywateli rocznie. Jeszcze gorzej wyglądają zgony na choroby serca, choć przecież akurat polska kardiologia jest w stosunkowo dobrym stanie. Na choroby krążenia umiera co roku 76 osób na 100 tys. Polek i Polaków poniżej 65. roku życia. Średnia unijna wynosi zaledwie 44. W Holandii na choroby krążenia umiera 25 osób na 100 tys. obywateli.
Między innymi dlatego doszliśmy do ściany pod względem wydłużania przeciętnej długości trwania życia. Życie w Polsce wydłużało się w Polsce w zasadzie nieustannie od połowy lat 90., aż w 2016 r. osiągnęło ono rekordowy poziom 78 lat. Jednak w 2017 r. nieoczekiwanie ono spadło do 77,9 lat. W zamożnych krajach Europy żyje się przeciętnie około 83 lat.
Widząc ewidentne problemy z polską służbą zdrowia, obecny rząd jeszcze w ubiegłej kadencji przyjął plan zwiększania publicznych wydatków na opiekę medyczną. Według niego w 2024 r. powinniśmy wreszcie osiągnąć poziom przynajmniej 6 proc. PKB. Problem w tym, że ten plan jak na razie pozostaje na papierze. W 2018 r. wydaliśmy na ten cel 4,5 proc. PKB, a w planie było zapisane nie mniej niż 4,8 proc. Jak widać, polski rząd jak na razie rzeczywiście nie ma czym się pochwalić w zakresie reformowania służby zdrowia. Wprowadzenie flagowej reformy, jaką była sieć szpitali, wpędziło szpitale powiatowe w długi, a wzrost budżetu NFZ wynika tylko ze wzrostu płac. Chyba najwyższy czas wyłączyć służbę zdrowia z bieżącej walki politycznej i zacząć ją reformować przy współpracy wszystkich sił politycznych. W końcu na raka może umrzeć zarówno konserwatysta, jak i liberał lub socjaldemokrata.
 
4,51 proc. PKB wydaliśmy na opiekę medyczną w 2018 r. To tylko o 0,07 punktu procentowego więcej niż w 2015 r.
0,5 mld zł – o tyle w latach 2015–2019 wzrósł dług wszystkich szpitali powiatowych
prawie jedna trzecia ogólnych wydatków na zdrowie pochodziła w 2018 r. ze środków prywatnych
2,2 mln rodzin rezygnuje z wizyty u lekarza specjalisty z powodu braku pieniędzy
77,9 lat to przeciętna długość życia Polaków – w zamożnych krajach Europy żyje się 5 lat dłużej

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki