Logo Przewdonik Katolicki

Obłęd halnego

Natalia Budzyńska
fot. Unsplash

Pod koniec zimy też zdarza się halny. Myślę o halnym z kilku powodów. Jakoś tak się złożyło, że równocześnie obejrzałam dokument zatytułowany Wiatr i podczytuję sobie listy Stanisława Witkiewicza do syna, a w nich, tych zakopiańskich, piękne opisy halnego. Na skutek tego wracam myślami do domu pracy twórczej ZAiKS-u, w którym spędzam wakacje letnie i czasem zimowe, tego samego, w którym umarł Julian Tuwim. A właśnie tego dnia nadchodził halny.

Halny budzi demony. Ludzie z tendencją do depresji odczuwają większy spadek nastroju. Karetki są wzywane do samobójców i zawałów. I do alkoholików, którzy w tym czasie bywają bardziej niż normalnie drażliwi i podenerwowani. Chwytają za siekiery, wdają się w bójki, dręczą rodziny. Czy to jeszcze prawda, czy powoli wchodzę na teren magiczny, podań i legend?

Wracam więc do Tuwima. Tuwim był lękowy, ciśnieniowy i alkoholowy. Choć nie powinien popijać, to przecież lubił. Przyjechał do Zakopanego przed Bożym Narodzeniem, dni spędzał w knajpach, kieliszki wychylał między innymi z Janem Marcinem Szancerem. Po świętach nagle się ociepliło, wiatr stopił śnieg. Tuwim mówił, że ma chandrę, i próbował zaleczyć ją wódeczką, trochę był rozdrażniony. W nocy zmarł. Jedni piszą, że na wylew, inni że na zawał. Wpływ halnego jest oczywisty.

„Ten świat niezmiennie piękny” – pisze, patrząc na Tatry z okna swego zakopiańskiego domu, Stanisław Witkiewicz. Innym projektował wille, a sam mieszkał w zwykłej góralskiej chałupie, bez zbytków. Idealista Witkiewicz zapatrzony w Tatry ostatnie lata spędził nad Adriatykiem, kurując się z artretyzmu. W Na przełęczy zapisał: „Te noce przed halnym wiatrem mają w sobie coś złowieszczego. Niebo czarne, jak aksamitna opona, na niem księżyc bez promieni, biały ostry i gwiazdy migocące gwałtownie; ponad wirchami, daleko, małe łebki białych obłoków, jak ptaki burzy, lecą i przewalają się na miejscu; od czasu do czasu przylatuje od gór gorące tchnienie, a wprawne ucho dosłyszy daleki szum wichru, który się szarpie”.
A film Michała Bielawskiego pokazuje groźną moc wiatru – i uzmysłowiłam sobie, że chociaż bywam w Tatrach często i od wielu, wielu lat, to prawdziwego halnego jeszcze nie przeżyłam. Widziałam tylko namiastkę tego, co po sobie pozostawia: był las i nie ma lasu. Bielawski nakręcił thriller dokumentalny, w którym groza jest odczuwalna w porywach wiatru. „Silny, porywisty i destrukcyjny. Wpływa na ciało i umysł” – definiuje halny reżyser. Towarzyszy z kamerą kilkorgu bohaterom, pokazuje demoniczne tumany chmur, które niszczą drzewa, domy, wprawiają ludzi w nerwicę. Właściwie nie tyle śledzi halny, ile tych ludzi, których halny łączy jakąś przedziwną, nadprzyrodzoną, magiczną więzią.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki