Logo Przewdonik Katolicki

Moje uzależnienie od Felliniego

Piotr Zaremba
fot. Magdalena Książek

Dopiero co mieliśmy setną rocznicę urodzin Federica Felliniego. Którą TVP Kultura uczciła cyklem jego filmów – od prastarych Wałkoni (1953) po Próbę orkiestry (1978). Wychowałem się na Fellinim. Jego Amarcord był jedynym w moim życiu filmem, który w roku 1979 oglądałem w tym samym kinie Femina dwa razy, dzień po dniu. O tymże Amarcordzie pisałem w roku 1982 maturę (temat wolny, tak sformułowany, że się dało). I jest to film, który zabrałbym na bezludną wyspę. W rok po maturze, w Instytucie Włoskim na Foksal obejrzałem wszystkie jego najważniejsze filmy, choć niektóre już znałem. A potem jeszcze raz i jeszcze. Uzależnienie!

Jestem przywiązany do wszystkich. I tych pierwszych, dotkniętych jeszcze surową manierą neorealizmu, choć od początku skąpaną w poezji, w grze skojarzeń i wyobraźni wieszczonej choćby przez muzykę Nino Roty. I tych późniejszych, barokowych, pełnych przerysowanych postaci i groteskowych sekwencji. To w sumie i moja wyobraźnia.

Oddzielnym fascynującym wątkiem byłaby opowieść pod tytułem: Fellini a katolicyzm. Na początku uchodził za twórcę katolickiego. Wałkonie jawią się dziś jako film konserwatywny, wręcz surowo napominający młode pokolenie. Krzysztof Zanussi twierdzi, że odrzucenie La Strady (1954), pięknego manifestu szukania dobra w każdym człowieku, przez Watykan zrodziło barierę. La Strada to skądinąd ukochany film mojej mamy.

Reżyser coraz bardziej jawił się jako liberał wadzący się z katolickim dziedzictwem, wychowaniem, także z wszechobecnością Kościoła jako instytucji. Była to skądinąd komedia pomyłek. Słodkiego życia (1960) włoscy biskupi próbowali zakazywać. Nie pojmując, że ten portret stołecznej dekadencji to w istocie przestroga przed hedonizmem, przed zatraceniem wartości.
Podkreślić warto jedno. Jak by nie dworował sobie z powierzchownej, ceremonialnej religijności, z bombastycznych duchownych, Fellini nigdy nie dotykał religii. Ona pozostała dla niego tabu. Co więcej, w Osiem i pół z 1963 r., które jest filmem o nim samym, koszmarny lewicowy krytyk zarzuca reżyserowi, że krytykując Kościół, w istocie go broni. Że nie umie się uwolnić od jego wpływu. Pod koniec życia Fellini dawał wyraz swojemu niepokojowi nowymi zjawiskami, takimi jak wojujący feminizm (Miasto kobiet, 1980). W gruncie rzeczy zawsze szukał ładu, a pustka liberalnego życia niepokoiła go niemniej niż pozór przewagi Kościoła w laicyzujących się Włoszech.
W filmie Rzym (1972) sławna stała się sekwencja zwana „Pokazem mody kościelnej”. Odbierano ją, słusznie, jako krytykę Kościoła sprowadzonego do konfekcji, do widowiska. Uważny widz zauważy, jak bardzo ta scena jest dwuznaczna. Fellini szydząc, skłoni jednocześnie głowę przed odchodzącym w przeszłość Kościołem opartym na niewzruszonych rytuałach. Żal mu ich. Co więcej, znajduje w tychże rytuałach także rys autentycznej duchowości. Pyta raczej, co w zamian. Choć pyta także, czy taka religijność, nazbyt zewnętrza, była w stanie oprzeć się nowym czasom. Fellini był nie tylko autorem rozbuchanych wizji plastycznych, ale i człowiekiem myśli.
Czasem cień takiej refleksji znajduję u kontynuatora stylu Felliniego, czyli Paola Sorrentino. Widać go w serialu Młody papież, czy w jego kontynuacji Nowy papież, którą właśnie pokazuje kanał HBO. Wiele tam uproszczeń, gdy przychodzi twórcy zmagać się z fenomenem religii. Na pewno więcej efekciarstwa niż u twórcy Osiem i pół. A jednak zgadzam się z Janem Komasą. Te seriale są efektem duchowych poszukiwań. Zamiast się na nie obrażać, próbujmy z nimi rozmawiać.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki