Logo Przewdonik Katolicki

Bunt, który nie boli

Alicja Górska
il. Lidia Piasecka

Podstawa programowa katechezy w Polsce oparta jest na założeniu, że uczęszczający na lekcje religii uczniowie są wierzący i praktykujący. Tak często nie jest. Między teoretycznymi założeniami a rzeczywistością jest przepaść. Jak sobie z tym radzą katecheci?

Pamiętam zadanie dla uczniów z drugiej klasy, by narysowali osoby, które im po raz pierwszy opowiedziały o Bogu. Jedna z dziewczynek narysowała mnie – wspomina jedna z katechetek, ucząca w szkole podstawowej. Druga wspomina spotkanie z klasą licealną, gdzie 5 proc. uczniów deklarowało, że wierzy, a reszta nie. A wśród tych 5 proc. wierzących były też osoby niepraktykujące. – Pamiętam mój powrót ze szkoły. Myślałam, że nie dojdę do domu, chociaż mam bardzo blisko. W życiu tak się nie czułam przygnieciona ciężarem – wspomina katechetka. 

Bolesna obojętność
– Niektóre dzieci muszę uczyć znaku krzyża i podstawowych modlitw. Kiedyś modlitwa na katechezie była łatwiejsza, bo wspólna modlitwa była w rodzinie. Dziś często praktykowanie religijne sprowadzone jest do tradycji albo w ogóle go nie ma – mówi Ewa Horanin, katechetka z 38-letnim stażem ze Szkoły Podstawowej w Sławoborzu. Nauczyciele religii w szkołach podstawowych, zarówno z małych miejscowości, jak i z mniejszych miast, przyznają, że liczba dzieci uczęszczających na religię to przeważająca większość. Jednostki nie chodzą. – Natomiast jeśli chodzi o relację z Panem Bogiem, to nie wiem, czy w ogóle mam takich uczniów, którzy mają doświadczenie Boga – przyznaje Justyna Steranka, nauczyciel języka angielskiego i katechezy w Szkole Podstawowej nr 4 w Szczecinku. – Kiedy pytam w klasie, którą zaczynam uczyć, kto chodzi na niedzielną Mszę św., to na dwadzieścia osób, które zwykle liczy klasa, nigdy nie zgłosiło się więcej niż pięcioro uczniów. Zwykle to jedna, dwie osoby, a ich ostatnia spowiedź była przed Pierwszą Komunią Świętą. Generalnie nie prowadzą życia sakramentalnego, nie chodzą na Mszę św., nawet w święta. Dlatego trudno coś budować na żadnym doświadczeniu wiary i Boga – wyjaśnia katechetka z kilkuletnim stażem. Mówi, że zdarzają się sytuacje, że ktoś wykazuje zainteresowanie, ale zwykle trwa to krótko, bo w domach młodzież spotyka się z reakcją, że to głupoty. – Po czasie fascynacji przychodzą zgaszeni przez postawę ich rodziców. Trzeba więc zaczynać od podstaw, a nie do końca wiadomo, jakie są te podstawy – dodaje. – Nie mogą być podstawą modlitwy czy katechizm, kiedy nie ma relacji, bo wtedy wiara staje się zbiorem norm i zasad, które bez miłości nie są pociągające, tylko stają się dla nich przeszkodą w „szczęśliwym życiu”. Tak to odbierają – tłumaczy pani Justyna. 
Podobne doświadczenia ma s. Zofia Trzonkowska, pallotynka, która od ośmiu lat uczy w I Liceum Ogólnokształcącym w Koszalinie. Jako katechetka pracuje z przerwami od 20 lat, zarówno w szkołach podstawowych, jak i średnich. – Sami mówią o swoim lenistwie duchowym. W niektórych klasach praktykujące są pojedyncze osoby, w innych nawet połowa przyjmuje sakramenty, ale reszta nie. Dla mnie to jest największy ból, bo jak można wzrastać w wierze, jeśli się nie spotyka z żywym Jezusem – przyznaje s. Zofia. Młodzież z najlepszego liceum w Koszalinie chętnie przychodzi do niej na zajęcia i są to wymagający słuchacze, bardzo oczytani, ale pozostają na płaszczyźnie wiedzy. – Zależy mi na tym, żeby wiedzę zdobytą na lekcji religii, wcielali w życie, bo to nie jest religioznawstwo – mówi pallotynka. 

Bolesne słuchanie
Dlaczego więc młodzież przychodzi na lekcje religii? Katecheci często słyszą odpowiedź: rodzice mi kazali albo chcę się przygotować do bierzmowania. – Nie ma w tym własnej motywacji, tylko przymus z zewnątrz – mówi pani Justyna. – Moi uczniowie odpowiadają, że dobrze się czują w tej atmosferze, chcą zdobywać wiedzę i doceniają, że ich do niczego nie zmuszam, tylko im mówię o życiu w relacji z Bogiem i staram się wydobyć z nich jak najwięcej dobra. Oni szukają ludzi, dla których życie z Bogiem jest pasją – wyjaśnia s. Zofia. – Zawsze jest taka pokusa, że chciałoby się mówić do tych, którzy chcą słuchać. Ale w tej pracy przekonuję się, że nawet jak ktoś nie jest na początku zainteresowany Bogiem, to nie wiemy, co się w nim w tym czasie dzieje i zadzieje – mówi pani Justyna. A przyznaje, że zderza się z ich bardzo trudnymi doświadczeniami i uczuciami. – Kiedyś na lekcji rozmawialiśmy o czwartym przykazaniu Dekalogu. Po lekcji podeszła do mnie uczennica i się rozpłakała, bo powiedziała, że nienawidzi swojego ojca i co ona ma z tym zrobić. To była bardzo skomplikowana sytuacja. Uczę się w takich chwilach uważności na słowa – mówi katechetka. Woli, kiedy młodzież się denerwuje, zadaje pytania, dyskutuje, niż gdy jest obojętna na treści, które słyszy. 
– W jednej klasie jak rozmawialiśmy o sakramencie małżeństwa, to jedna z dobrych uczennic powiedziała, że to, co mówię, jest bzdurą. Zapytałam, co ma na myśli, i wtedy okazało się, że jej ojciec nie żyje, a z ojczymem się nie dogaduje, więc nie wierzyła, że małżeństwo może trwać przez całe życie – wspomina pani Steranka. – Kiedy rozmawialiśmy o aborcji i tłumaczyłam im, że są różne rozwiązania, żeby uratować życie, na przykład okna życia, jedna z uczennic powiedziała, że jest niechcianym dzieckiem i że żałuje, że jej mama nie zostawiła w oknie życia albo nie usunęła. To były jedne z najbardziej wstrząsających słów, które usłyszałam i trudno wtedy o jakieś mądrości czy skomentowanie tego, co mówi. Wtedy ratuje nas relacja, zaufanie. Można potem takie trudne rzeczy omówić na osobności – tłumaczy pani Justyna. Dlatego katecheci zdają sobie sprawę, że poza realizacją programu ważne jest zainteresowanie się światem i przeżyciami swoich uczniów. – Staramy się szukać rozwiązań ich problemów i docierać do istoty, a więc do odpowiedzi na pytanie, w czym może nam pomóc Bóg. Widzą, że Bóg nie jest oderwany od życia, że modlitwa i sakramenty mają związek z tym, co przeżywają. Nie zawsze się to udaje – dodaje pani Justyna. Obecność religii w szkołach ma więc swoje plusy i minusy.
Utrudnieniem dla katechetów są ramy programowe przedmiotu, których przestrzeganie kontrolowane jest przez kurię biskupią oraz dyrekcję. Rozumieją potrzebę pewnych ram, ale widzą też problem w zbyt rygorystycznej kontroli, która ich ogranicza, nie pozwala reagować na różne trudne sytuacje swoich uczniów, a na takie rozmowy potrzebny jest czas. 

Ich bunt nie boli
Katecheci zgodnie przyznają, że z młodzieżą trzeba dużo rozmawiać i nie dawać łatwych rozwiązań. – Daję im przestrzeń do buntu. Nawet im dziękuję za podejmowanie trudnych tematów. Mogą się więc wypowiedzieć i często mi mówią, że ja im rujnuję cały świat, przekazując nauczanie Kościoła – mówi s. Zofia Trzonkowska.
Przekonuje, że ważne jest realne towarzyszenie młodzieży. – Młodzież dzieli się ze mną swoimi problemami, o których czasami nie wiedzą nawet ich rodzice czy nauczyciele, i proszą mnie o dyskrecję. Czuję ciężar i współodczuwam to ich cierpienie, ale w tej ludzkiej bezradności zwracam się do Pana Boga i proszę, by się nimi zajął – dodaje pallotynka. Gdy to konieczne, pomaga im załatwiać konkretną pomoc prawniczą czy psychologiczną, proponuje spotkanie z księdzem lub spowiedź.
Czy skandale z udziałem niektórych duchownych osłabiają wiarę młodych?  – Niektórzy mówią, że to ich nie zraża do Kościoła, ale są tacy, którzy mówią, że to ich gorszy, że nie będą przyjmować sakramentów – mówi s. Zofia. – Gdy w debacie publicznej pojawiają się trudne czy kontrowersyjne tematy, dotykające ludzi Kościoła, to sama przyjmuję je z bólem, ale cieszę się, że mogę im nieść skarb wiary w Boga, żeby w tym niezrównoważonym świecie znaleźli równowagę – wyjaśnia pallotynka. 
Wśród gorących tematów na pierwszym miejscu jest homoseksualizm. – Staram się ich wysłuchać i nie oceniać tego, co myślą, bo często ich wiedza wzięta jest z mediów, a nie wynika z ich doświadczenia życiowego. O wiele więcej da się zbudować na relacji niż na bezkompromisowej walce o prawdę – uważa Justyna Steranka. Przyznaje, że sama miewała kryzysy, najbardziej wtedy, kiedy Kościół jakoś ją zawodził. – Musiałam wtedy stanąć przed klasą i odnieść się do tego, o czym słyszą – dodaje.
Siostra Zofia mówi, że lubi trudne sytuacje, chociaż ją to dużo kosztuje. Wspomina, jak w klasie maturalnej jeden z uczniów z trudnej dla niej klasy zabrał głos i powiedział „ciężko jest być katechetą, prawda siostro?”. Gdy siostra zapytała go, dlaczego tak myśli, odpowiedział, że przecież oni zachowywali się wobec niej jak ludzie, którzy atakowali Pana Jezusa. W klasie panowała cisza, a on mówił dalej. „Czy siostra zauważyła, że w pewnym momencie coś się zmieniło? – Tak. – Czy siostra wie, co nas pokonało? Pokonała nas siostra Słowem Bożym”. 

Mrówcza robota
Przygotowanie do lekcji religii wbrew pozorom zajmuje katechetom sporo czasu, bo koncentrowanie się na treściach z podręcznika byłoby dla uczniów mało atrakcyjne. – By porwać ich uwagę, staram się między innymi korzystać z różnych filmików ze świadectwami. Organizuję też panele dyskusyjne – mówi pani Justyna Steranka.
– Kiedyś, jak organizowałam kilkudniową pielgrzymkę pieszą, to było mnóstwo chętnych dzieci. Problem miałam, żeby zapewnić opiekę tak licznej grupie. Dziś brakuje dzieci – opowiada pani Ewa. Do tego w mediach dzieci trafiają na wpisy „jak wypisać się z lekcji religii?”, „nie musisz chodzić na lekcje religii” itd. Pojawia się swego rodzaju moda na wypisywanie się z tych lekcji. Dzieci zaczynają lekceważyć te zajęcia, traktują jako niepotrzebne.
Pani Ewa przyznaje, że miewała kryzysy, kiedy uczyła starsze klasy, a niektórzy uczniowie hałasowali, a nawet wyszydzali to, co robiła. Dlaczego nie zrezygnowała? Bo kocha tę pracę, a siły dodaje jej świadomość, że dziś katecheci są często jedynymi osobami, które im mówią o Bogu, wysłuchują je. – Mówiąc o Bogu, nie zawsze trzeba wymieniać Jego imię, można to robić przez okazywanie im miłości i zainteresowania – mówi pani Ewa. – Gdy uczyłam w Świdwinie, jednej z dziewczynek mama zabroniła chodzić na lekcje religii. Ona przyszła do mnie i zapytała, czy mogę uchylić drzwi od klasy. W czasie katechezy siedziała pod drzwiami, bo chciała posłuchać tego, co opowiadam, jak śpiewamy i co przedstawiamy w formie teatrzyku. To są sytuacje, które nas umacniają – przyznaje ze wzruszeniem pani Ewa. 
Dla s. Zofii kontakt z młodzieżą nie kończy się z chwilą opuszczenia przez nich murów szkoły. Przyznaje, że wielu młodych po latach się do niej odzywa, piszą mejle, odwiedzają. –Sporo moich uczniów wybrało życie zakonne lub kapłańskie, chociaż w czasie edukacji szkolnej byli raczej poszukujący, krytykujący Kościół. – Ich świat jest cząstką mojego życia, dzielą się nim ze mną, proszą o modlitwę i wiedzą, że mają we mnie wsparcie duchowe – dodaje. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki