Logo Przewdonik Katolicki

Jak leczyć niepłodność

Krzysztof Jankowiak
fot. Malte Mueller/Getty Images

„Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce na lata 2016–2020” nie przyniósł spodziewanych efektów. Komentując tę informację, część mediów pisała o „fiasku naprotechnologii”. Prawda jest jednak zupełnie inna.

Klapa narodowego programu zdrowej prokreacji – doniosła na początku sierpnia „Rzeczpospolita”, powołując się na raport Najwyższej Izby Kontroli. „Na program, który zastąpił finansowanie in vitro, poszły dziesiątki milionów. Ciąż doczekali się nieliczni” – pisała gazeta. Faktycznie 294 ciąże przy 5,7 tys. par biorących udział w programie wyglądają słabiutko.
Jeśli nie in vitro, to naprotechnologia – takie mamy często skojarzenie. Stąd też automatycznie można było przypuszczać, że niepowodzenie programu oznacza klęskę naprotechnologii. Tym tropem poszła część mediów, która powtarzając informację „Rzeczpospolitej”, pisała o „fiasku naprotechnologii”. Prawda jest jednak zupełnie inna.

Pomijana diagnostyka
„Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce na lata 2016–2020”, który zastąpił wcześniejszy program „Leczenie niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego na lata 2013–2016”, nie jest programem dotyczącym naprotechnologii. Z naprotechnologią ma tyle wspólnego, że również ukierunkowany jest na znajdowanie przyczyn niepłodności i jej leczenie. Jak wiadomo, in vitro niepłodności nie leczy, w ogóle się nie zajmuje tym, dlaczego dana para jest niepłodna. W in vitro zapłodnienie zostaje dokonane w laboratorium, a następnie zarodek zostaje wszczepiony do macicy. Przyczyny niepłodności nie zostają więc usunięte. Pozytywnie należy ocenić, że Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się na program, który miał sięgać do źródeł niepłodności i podejmować próby ich wyeliminowania.
Program ten jednak w praktyce nie był adresowany do lekarzy naprotechnologów. Lekarz, aby móc zajmować się naprotechnologią, musi przejść dwuetapowe szkolenie, prowadzone przez Instytut Pawła VI w Omaha w Stanach Zjednoczonych, i zdać egzaminy. Leczenie niepłodności w naprotechnologii prowadzone jest ściśle według protokołów opracowanych przez prof. Thomasa Hilgersa, twórcę tej metody. W leczeniu współuczestniczy instruktor najczęściej niebędący lekarzem, który uczy daną parę prowadzenia obserwacji. Program ministerstwa w ogóle o naprotechnologii nie wspominał, nie odwoływał się też do jej sposobów działania. Co więcej, kryteria udziału w programie określono w ten sposób, że nie mogła w nim uczestniczyć zdecydowana większość lekarzy zajmujących się naprotechnologią. Preferował on bowiem szpitale kliniczne i instytuty badawcze, a więc duże wyspecjalizowane ośrodki. Jeśli więc lekarz naprotechnolog pracuje w takim ośrodku, to oczywiście mógł starać się o dofinansowanie z programu. Większość lekarzy (nie tylko naprotechnologów, ale lekarzy w ogóle) nie pracuje jednak przecież w klinikach akademickich. W Poznaniu na przykład w ministerialnym programie uczestniczył tylko jeden podmiot – największy szpital położniczy, jakim jest klinika przy ul. Polnej. Stosunek osób pracujących w tym szpitalu do naprotechnologii jest zdecydowanie daleki od pozytywnego, bezsensowne było więc przypisywanie naprotechnologii wyników tam osiągniętych.
Dlaczego jednak program osiągnął tak mizerne skutki? Znalezienie odpowiedzi na to pytanie powinno być przedmiotem analiz dokonanych przez ministerstwo. Wydaje się jednak, że pewną rolę mogły tutaj odegrać przyzwyczajenia środowiska medycznego, które często po macoszemu traktuje diagnostykę przyczyn niepłodności. Łatwo, zdecydowanie za łatwo następuje skierowanie na in vitro – również w sytuacjach, w których podjęcie leczenia mogłoby przywrócić prawidłowe funkcjonowanie organizmu i tym samym przywrócić płodność danej pary. Opowiadano mi o małżeństwie, które korzystało z programu w jednej z renomowanych klinik położniczych. Przeprowadzono im liczne badania, po czym właściwie zostawiono ich samych sobie z wynikami tych badań, sugerując możliwość skorzystania z in vitro.

Kompleksowe badania
Na tym tle bardzo dobrze można zobaczyć, jak inne podejście prezentuje naprotechnologia. Jej celem jest kompleksowa ocena zdrowia prokreacyjnego danej pary, a więc zarówno kobiety, jak i mężczyzny, próba rozpoznania, dlaczego są problemy z płodnością. Wszystko zaczyna się od bardzo dokładnego wywiadu.
– Pytamy pacjentkę, co się z nią działo od momentu urodzenia: przez okres dziecięctwa, choroby wieku dziecięcego, przebieg okresu dojrzewania, zabiegi operacyjne, szukamy nieprawidłowych objawów z każdego narządu – mówi Laura Grześkowiak, lekarz zajmujący się naprotechnologią. Podobny wywiad dotyczy mężczyzn. Zadawane są też pytania dotyczące pracy zawodowej, w której mogą występować szkodliwe czynniki ograniczające płodność. Przeprowadzane są badania: podstawowe, pozwalające określić ogólny stan zdrowia, hormonalne, pokazujące, jak funkcjonuje układ rozrodczy oraz układ homornalny, ultrasonografia pozwalająca ocenić drożność jajowodów, w razie potrzeby badania radiologiczne. U mężczyzn z kolei prowadzi się badania andrologiczne, badania obrazowe pokazujące stan jąder, w razie potrzeby posiewy nasienia. Każda z pań jest proszona o prowadzenie obserwacji cyklu. Jest on oceniany opracowanym przez prof. Hilgersa modelem Creightona. Analizuje się cykl pod kątem występowania dni płodnych i niepłodnych oraz wyznaczenia dni na wykonanie badań hormonalnych. Pary podejmujące leczenie muszą więc w nim uczestniczyć bardzo aktywnie.
– Diagnostyka i badania trwały długo i wymagały od nas dużego zaangażowania, bo od niego zależało, jak skuteczne będzie leczenie – mówi Marek. – Czuliśmy się naprawdę dobrze przebadani, a lekarz bardzo dokładnie szukał możliwych przyczyn niepłodności i dostosowywał do nich leczenie, proponując rozwiązania, których inni lekarze nigdy nie brali pod uwagę i gdy żona szła na badanie USG do lekarza, który nie jest związany z NaPro, spotykała się ze zdziwieniem, że ktoś na to zwraca uwagę, skoro problem można ominąć dzięki in vitro lub inseminacji – dodaje.
– Proces diagnostyczny był bardzo szczegółowy, a w wielu momentach także zadziwiający, gdyż mogliśmy się dowiedzieć, jak skomplikowanym organizmem jest ciało człowieka i że nawet chory ząb może skutkować brakiem potomstwa – opowiadają Małgorzata i Krzysztof. – Był to okres wymagający sumienności, terminowości, zmagania się z krytycznymi opiniami innych lekarzy – wspominają.

Wyleczeni
Dokładna diagnostyka jest kluczowa, na jej bazie podejmuje się leczenie. – Stosujemy zdobycze wszelkich dziedzin medycyny, które mają pomóc pacjentom, aby stan ich zdrowia się poprawił. Postępujemy według standardów stosowanych w danych jednostkach chorobowych – mówi Laura Grześkowiak. Będzie to leczenie farmakologiczne, w razie potrzeby leczenie operacyjne. To ostatnie dotyczące oczywiście najczęściej układu rozrodczego czy hormonalnego, ale niekoniecznie. – Możemy pacjenta skierować do usunięcia migdałków, jeżeli podejrzewamy, że przewlekłe zapalenie migdałków jest tak zwanym ogniskiem siejącym – podaje przykład Laura Grześkowiak. Istotna jest też odpowiednia dieta i czas snu. Na to wszystko również zwraca się uwagę.
– Oprócz zabiegów i farmaceutyków, których zastosowanie dla nas, laików, miało konkretne uzasadnienie, wiele zaleceń wydawało się niedorzecznych – wspomina Marek. – Bo przecież niby jak zmiana diety, stylu życia i suplementacja miałyby nam pomóc? Tymczasem okazało się, że pójście tą drogą doprowadziło do wyleczenia żony, która odkąd była nastolatką, miała problemy nie tylko ginekologiczne, ale także dermatologiczne. Minęły one jak ręką odjął właśnie dzięki zmianie diety, na podstawie badania nietolerancji pokarmowych – mówi.
– Bardzo często obserwuję sytuację, gdzie pacjenci rozpoczynają leczenie, poprawia się ich stan zdrowia i nie dochodzą już do następnego etapu, ponieważ zachodzą w ciążę – dodaje Laura Grześkowiak. Na tym jednak nie kończy się praca naprotechnologa. – Pary niepłodne wymagają bardzo szczegółowego nadzoru i współpracy z ginekologami, po to, aby ciąża zakończyła się szczęśliwym urodzeniem dziecka. Trzeba mieć świadomość, że pacjentki nie są zdrowymi osobami, te ciąże są ciążami wyższego ryzyka i wymagają ciągłej kontroli i opieki. Bardzo często zdarza mi się odbierać telefony nawet w nocy, aby pomóc pacjentce przejść przez jakiś trudny etap czy doradzić jej jak postępować w momencie zagrożenia.
Jaka jest skuteczność naprotechnologii? – W mojej osobistej praktyce skuteczność co do poczęć jest od 30 do 45 proc. – mówi Laura Grześkowiak. Ginekolog Maciej Barczentewicz z Lublina podaje skuteczność 34,8 proc., irlandzki lekarz Phil Boyle osiąga skuteczność 52,8 proc. Czy to mało? Nie każda para doczeka się potomstwa i z tym faktem trzeba się pogodzić. Można dodać, że skuteczność in vitro przy pojedynczej procedurze wynosi 20 proc., procedury można ponawiać, wtedy skuteczność rośnie do 40–50 proc. (przy czym nowa procedura oznacza rozpoczynanie wszystkiego od początku).
Małgorzata i Krzysztof, którzy nie doczekali się potomstwa i zdecydowali się na adopcję, mówią: – Choć finalnie nie zaszliśmy w ciążę, terapia w znaczącym stopniu pomogła nam zostać rodzicami, a na pewno po prostu zdrowszymi rodzicami.
Urodzenie dziecka stanowi szczęśliwy finał, który jednak wcale nie musi oznaczać końca. – Córeczka przyszła na świat 5 marca 2012 r. – mówi Marek. – W miarę jak rosła, pomyśleliśmy, że potrzeba będzie wrócić do leczenia, żeby nie była jedynaczką. Nie trzeba było. Jak się okazało, już byliśmy wyleczeni. W pierwszym możliwym terminie poczęła się nasza druga córeczka, która urodziła się 10 lipca 2013 r. Zawsze jednak chcieliśmy dużej rodziny, więc gdy dziewczynki podrosły, znów zaczęliśmy starania. Dość szybko żona znów była w stanie błogosławionym i 29 marca 2017 r. urodził się nam syn. O naprotechnologii mogę powiedzieć tyle, że leczyliśmy się raz, a skutki widać trzy – podsumowuje.

Pytania na przyszłość
Wróćmy do programu ochrony zdrowia prokreacyjnego. O wszystkim oczywiście decydował lekarz w nim uczestniczący, ale można zaryzykować twierdzenie, że w praktyce działania podejmowane w ramach programu najczęściej ograniczały się do wywiadu zdecydowanie mniej szczegółowego niż przeprowadzonego w ramach naprotechnologii i w konsekwencji do badań ukierunkowanych głównie na układ rozrodczy lub hormonalny. W efekcie rzadziej w ogóle podejmowano leczenie niż gdyby para uczestniczyła w naprotechnologii. Niewątpliwie także zaangażowanie par biorących udział w programie nie musiało być tak wielkie jak w przypadku naprotechnologii.
„Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce” przygotowano na lata 2016–2020. Nieuchronnie pojawia się pytanie o to, co dalej. Jaki będzie następny program? Czy zostaną wyciągnięte wnioski z niepowodzenia programu, a jeśli tak, to w jakim kierunku? Czy wróci dofinansowanie wyłącznie do in vitro czy też będzie możliwość rzeczywistego wsparcia naprotechnologii? Odpowiedzi na te pytania powinniśmy poznać wkrótce.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki