Logo Przewdonik Katolicki

Inwazja śmiałych pomysłów

Adam Gajewski
fot. Fred Tanneau/AFP/East News

W czerwcu 1944 r. w Normandii alianci zaskoczyli Niemców patentami w wielu dziedzinach: wojskowości, wywiadu, przemysłu. Wiele z nich nie przestaje zadziwiać do dziś – czy to swoją prostotą, czy też karkołomnością.

Eksponowany dziś w Portsmouth panoramiczny arras upamiętniający bohaterów operacji Overlord nawiązuje do legendarnej Tkaniny z Bayeux, opisującej desant Wilhelma Zdobywcy na Anglię. „Nowy” gobelin jest jednako o blisko 20 metrów dłuższy od wiekowego poprzednika. To zapewne zamierzony efekt skali; trafiony pomysł na XX-wieczny wojenny epos. Haftowane dzieło uczniów Królewskiej Szkoły Krawiectwa i angielskiej projektantki Sandry Lawrence doskonale oddaje złożoność największej operacji desantowej w dziejach, znanej jako lądowanie w Normandii, czy „D-Day”. 6 czerwca zegar historii wybije 76. rocznicę tego wydarzenia.
Kolejne metry zwoju odsłaniają się przed nami niczym epicki reportaż Corneliusa Ryana Najdłuższy dzień, sfilmowany po latach w międzynarodowej gwiazdorskiej obsadzie. Podziwiamy wyhaftowanych alianckich głównych dowódców i liderów politycznych, sztabowców czy liniowych oficerów, wreszcie istne masy żołnierzy: marynarzy, lotników, komandosów, pancerniaków, piechurów. Każdy z tych ludzi dźwigał cząstkę trudnego, jakże niepewnego w 1944 r. zwycięstwa. Portretu wojska dopełnia przegląd anglosaskiej techniki militarnej – częstokroć zaprojektowanej specjalnie na wyzwanie tego jednego czerwcowego dnia, kiedy ponad 150 tys. żołnierzy rzucono na pięć normandzkich plaż, naszpikowanych pułapkami Wału Atlantyckiego.
Sama odwaga atakujących mogła nie wystarczyć. Alianci zaskoczyli Niemców prawdziwą inwazją naprawdę śmiałych i oryginalnych patentów z dziedziny wojskowości, wywiadu, przemysłu. Wiele z nich nie przestaje zadziwiać do dziś – czy to swoją prostotą, czy też karkołomnością.

Pomysły na wielką tajemnicę
Kto próbowałby opisać wszystkie fortele, jakich alianci imali się w celu dezinformacji wroga co do czasu i miejsca przyszłej bitwy o przyczółek w północnej Francji, ten musiałby dysponować cierpliwością skryby oraz talentem do tworzenia „sensacji” w stylu choćby Kena Folletta.
Strategiczne i taktyczne tło normandzkiej inwazji tak naprawdę budowano bowiem latami, opierając się na często bolesnych doświadczeniach. Bez „lekcji” Dunkierki, Dieppe, Tunezji i Sycylii wielka operacja sprzymierzonych mogła się nie udać. Zbierano cierpliwie cenne doświadczenia morskie i lądowe, ale przede wszystkim uświadomiono sobie nieodzowność elementu zaskoczenia, utrzymania tajemnicy aż do samej walnej bitwy.
Dezinformacja przybrała zatem w Anglii charakter dosłownie przemysłowy, gdyż całe zaprzysiężone wydziały fabryk zaangażowano do produkcji nadmuchiwanych makiet czołgów lub ciężarówek, które gromadzono w pobliżu Dover i w całym hrabstwie Kent. Niemiecki zwiad lotniczy miał donosić sztabowcom, iż ostrze inwazji zwraca się ku najwęższemu przesmykowi kanału La Manche, gdy w rzeczywistości alianci decydowali się na manewr bardziej ryzykowny.
Na ołtarzu zwycięstwa poświęcono też kilkudziesięciu agentów brytyjskich, wykonujących rozpoznanie nadmorskich rejonów północnej Francji. Łapani i torturowani przez Gestapo, oni także – choć nieświadomie – kierowali Niemców w stronę mistyfikacji.
Pomysłem zaczerpniętym jakby wprost z legend czy baśni było zainspirowanie przez wywiad niezwykłej kreacji aktorskiej niejakiego Meyricka Edwarda Cliftona Jamesa. Rolą jego życia stanie się zdublowanie postaci generała Bernarda Montgomery’ego! Sobowtór wizytował „fantomową armię” w Kent, co zdecydowanie dodawało kauczukowym atrapom potrzebnej wiarygodności. Ponoć aktor potrafił zmylić nawet oficerów osobiście znających Monty’ego.
Pragmatyczny do bólu Churchill pozostawił po sobie cytat, który świetnie puentuje wypadki sprzed 76 lat: „W czasie wojny prawda jest czymś tak cennym, że powinna zawsze się znajdować pod ochroną kłamstw”.

Pomysły na atak
Pstrykacz, dziecięca zabawka znana u nas głównie z odpustów, ocaliła setki, a może i tysiące ludzi. Amerykańscy spadochroniarze, którzy pojawili się na normandzkiej ziemi jako forpoczta inwazji, nazwali ten prosty gadżet świerszczem. Gdy piszę nocą ten artykuł, trzymam właśnie takowy przedmiot w dłoni. Kawałek sprężystej blaszki, obudowanej w pudełeczko dające rezonans. Naciskam i klikam. Donośne. Kod z 6 czerwca był prościutki: „klik” – wywołanie, „dwa kliknięcia” – odpowiedź. W ten sposób rozproszeni po rozległych zrzutowiskach, często zagubieni w ciemnościach amerykańscy skoczkowie lokalizowali się bez użycia słów, które od razu demaskowałyby jankesów w uszach Niemców. Dziecinny trik pomógł naprędce sformować rozsypane pododdziały, które z krwawym poświęceniem unieszkodliwiały m.in. nabrzeżne kazamaty artylerii, tak groźnej dla nadciągającej już alianckiej armady. Dziś metalowe „świerszcze” stanowią jedne z popularniejszych pamiątek turystycznych związanych z „D-Day”.
Na tysiącach zdjęć, przedstawiających desantujących się Anglików, Amerykanów czy Kanadyjczyków, rewolucyjny w gruncie rzeczy pomysł użycia barek desantowych z otwieranymi rampami, gubi się w swojej powszechności. Patrząc na rozwarte w ataku „gardziele” barek, zakładamy, że tak było od zawsze; tymczasem nagłe „wyjście z morza” wprost na plaże, bez zajmowania portu, wciąż dawało efekt zaskoczenia. Alianci opracowali wiele typów wyspecjalizowanych barek – od małych po całkiem spore, od obsadzonych przez piechotę po pełniące rolę pływających stanowisk artylerii rakietowej lub zaopatrzenia. W Anglii i USA równolegle prowadzono intensywne, zaledwie czteromiesięczne, kursy operatorów tych pływających jednostek, powierzając je często chłopakom zupełnie nieobeznanym z jakimkolwiek morzem. Tacy ponoć sprawdzali się najlepiej, gdyż rasowi marynarze uważali służbę na kanciastych jednostkach za rodzaj potwarzy.
Swój najważniejszy rejs barki przepłynęły w przemyślanym z detalami szyku, którego ułożenie zajmowało w miejscu zgrupowania aż 48 godzin. Wspomnienia weteranów „D-Day” pełne są gorzkich refleksji nad niską skutecznością pastylek przeciwko chorobie morskiej; wielu zapamiętało też zaciekłą walkę z falami wdzierającymi się na pokłady chybotliwych barek. Za improwizowane wiadra służyły żołnierzom hełmy. A jednak udało się! Dopłynęli. Odwróconą marszrutą Wilhelma Zdobywcy.
Skoro sprzymierzeni nie zaatakowali w pierwszym rzucie żadnego francuskiego portu, przyholowali port z sobą. Sztuczne nabrzeże Mulberry było iście genialną kombinacją ogromnych betonowych dryfujących kesonów, wysłużonych statków przeznaczonych na falochron, wreszcie przęsłowych mostów saperskich. Patent należy się tutaj Anglikom.
Żeby dopełnić zdumienia, wspomnijmy, że oprócz portu w ślad za desantem przypłynął też podwodny rurociąg o kryptonimie „Pluto”.
Na koniec wynalazek, który stoczył w Normandii bój prawdziwie dramatyczny. Chodzi o pływające czołgi Shermany DD, wyposażone w rozkładane harmonijkowo plandeki chroniące przed zalaniem. Niestety 6 czerwca wysokie fale pochłonęły wiele tych pojazdów i ich załóg, zanim dotarły do brzegu. Prosty pomysł czołgu-pływaka powróci jednak przy forsowaniu Łaby oraz Renu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki