Logo Przewdonik Katolicki

Ziemia to nie hotel

Monika Białkowska
to poziom wody w Wiśle odnotowany w sierpniu 2015 r. Był to najniższy stan lustra wody od końca XVIII w. fot. Łukasz Szczepański/REPORTER

Rozmowa o ekologii po pandemii z klimatologiem prof. Magdaleną Kuchcik

Wciąż się Pani zdarza, że ktoś mówi, że nie wierzy w zmiany klimatyczne?
– Zmiany w klimacie następują i to są fakty naukowe, nie kwestia wiary. Wzrasta temperatura, zmienia się system oceaniczny, topnieje Arktyka, na Antarktydzie mamy coraz cieplejsze lata: wiara czy jej brak nie mają tu nic do rzeczy, to się dzieje. Można się ewentualnie zastanawiać, na ile swój udział w tych zmianach ma człowiek i na ile jego działanie jest tu przyczyną. Tu jednak również naukowcy, poza zupełnymi szarlatanami, są zgodni. Klimat prognozujemy na podstawie modeli. Modele takie tworzymy na bazie konkretnej wiedzy i danych. I jeśli wpisujemy w nie naturalne procesy, jakie oddziałują na klimat: aktywność słoneczną, zmiany orbity ziemskiej, zmiany składu atmosfery, działalność wulkaniczną, one absolutnie nie składają się i nie uzasadniają takiego wzrostu temperatury, z jakim mamy do czynienia przez ostatnich sześćdziesiąt lat. Dopiero włożony w te modele czynnik ludzki sprawia, że otrzymujemy w nim takie wartości, jakie rzeczywiście obserwujemy w świecie. To dopiero zwiększona na skutek działalności człowieka emisja gazów cieplarnianych uzasadnia to, co bez człowieka byłoby nieuzasadnione. 

Działalność człowieka: czyli nie samo to, że żyjemy w świecie, ale to, jak w nim żyjemy?
– Chodzi przede wszystkim o skutki rewolucji przemysłowej oraz rabunkową gospodarkę człowieka wobec Ziemi, na które dodatkowo dołożył się wzrost populacji. Rewolucja oznaczała duże zapotrzebowanie na energię. Dopiero w latach pięćdziesiątych, po wielkich epizodach smogowych w Londynie i śmierci kilku tysięcy ludzi w ciągu paru dni zaczęto się w ogóle zastanawiać nad tym, że to może wpływać na człowieka. Nie myślano jeszcze o ociepleniu klimatu, chodziło wyłącznie o szkodzenie ludziom i niszczenie przyrody na małą skalę. Ciekawe jest, że u nas w Polsce jakość powietrza poprawiła się pod koniec lat 80. i w początku lat 90., kiedy to upadał przemysł, zamykano kopalnie, wszystko to z korzyścią dla powietrza. Dziś, kiedy w czasie pandemii świat się zatrzymał, kiedy stanęły wielkie fabryki i nie latają samoloty, Hindusi mogą wreszcie zobaczyć Himalaje. Normalnie ich nie widzą – i to właśnie między innymi jest skutek rabunkowej gospodarki człowieka. I to pokazuje, co zrobiliśmy ze światem.

Ale nie zostaniemy przecież na stałe w pandemii czy w bezruchu. Nie wrócimy mieszkać do biskupińskich chat, nie będziemy tkać sobie ubrań, lepić garnków i uprawiać kawałka ziemi za pomocą radła i konia. Jak rozsądnie wracać do życia, żeby jak najmniej zaszkodzić światu i sobie? 
– Trzeba zacząć myśleć bardziej o świecie, trochę mniej o sobie. Na tym polega chrześcijaństwo, prawda? Zmniejszyć nieco nasz konsumpcjonizm: mniej kupować, inaczej się odżywiać, jeść mniej mięsa, naprawdę nie musimy mieć tych wszystkich rzeczy. Na początek zrezygnować z jedzenia wołowiny, tylko tyle. Lasy Amazonii wypalane są pod plantacje soi i pastwiska dla bydła, tamten region jest jej gigantycznym producentem. Na dodatek na produkcji nie zarabiają miejscowi, ale zagraniczne koncerny. Powinniśmy przestać latać samolotami tak dużo i zupełnie bez sensu. Państwa powinny kończyć z wodochłonnym przemysłem, a inwestować w nowe technologie i nowe miejsca pracy, które zastąpią te stare, w branżach niszczących środowisko. Korzystać w większym stopniu z odnawialnych źródeł energii. Zacząć oszczędzać. I myśleć o tym na wszystkich płaszczyznach, globalnie.
Tymczasem politycy i przedsiębiorcy cieszą się, bo na skutek topienia klimatu o kilka dni skróciła się droga do Chin, mamy nowe trasy na północy, przez topniejącą Arktykę. Super! Tylko nikt się nie zastanawia, co robimy tym ekosystemom, tym zwierzętom, które tam żyły, jak Arktykę zanieczyszczamy, ile śmieci wrzucamy po drodze do oceanu. Znów liczy się tylko nasz interes, który możemy zrobić tu i teraz. Ktoś powie, że trudno, najwyżej niedźwiedzie polarne wymrą, nic wielkiego się nie stanie. Podniesie się poziom światowego oceanu? Przecież ja nie mieszkam na terenach, które mogą być zalane! A czy jesteś gotowy przyjąć miliony uchodźców klimatycznych, którzy będą uciekać z wysychającej Afryki i zalewanych oceanem państw azjatyckich? Nie? To dotknie nas wszystkich. Zatem zrób coś. Musimy się zatrzymać, a potem zacząć iść w innym kierunku. Nie nadrabiać zaległych zakupów, nie nadrabiać zaległych podróży. To będzie nowy początek. 

To brzmi trochę jak lista pobożnych życzeń, które mogą się nie spełnić. Jeśli one się nie spełnią, to spełni się czarny scenariusz. W sumie klimat śródziemnomorski w Polsce – to wcale nie brzmi dramatycznie… 
– Niby nie. Oznacza jednak upalne lata z falami upałów i cieplejsze zimy. Oznacza pojawienie się zjawisk, jakie wcześniej u nas nie występowały: huraganowych wiatrów czy trąb powietrznych, na które nie jesteśmy przygotowani. To oznacza również coraz częstsze i bardzo uciążliwe susze, a po nich powodzie, kiedy po przedłużającym się okresie bez opadów przyjdą nawalne opady, a wysuszona i zdegradowana ziemia nie będzie w stanie przyjąć wody. Na tym polegają zmiany klimatyczne i już jesteśmy ich świadkami. To się dzieje. Część zjawisk ma swoje pozytywne i negatywne strony. Np. taka miejska wyspa ciepła, z którą mamy do czynienia w mieście, jest już zjawiskiem, w którym szukać można pozytywów. Dzięki między innymi nadwyżce w produkcji ciepła i gęstej zabudowie, która gromadzi ciepło w dzień i powoli oddaje nocą oraz utrudnia wymianę powietrza w miastach, zimą rzeczywiście jest cieplej, latem niestety też. Wydajemy mniej pieniędzy na ogrzewanie, spalamy mniej surowców. Ale to jest patrzenie w bardzo krótkiej perspektywie. W tej dłuższej bilans wcale nie wygląda dobrze: zwłaszcza jeśli policzyć, ile żyjąc w granicach tej samej miejskiej wyspy ciepła, wydajemy latem na chłodzenie.

Wspomniała Pani o suszy: słyszymy o niej już od zimy, w czasie której nie padał śnieg. Ale człowiek żyjący w mieście może wzruszyć ramionami: woda w kranie jest, przeżyję. Przeżyje?
– Za chwilę okaże się, że tej wody w jego kranie jednak nie będzie. W moim domu korzystamy ze studni, mieliśmy już poważną rozmowę z dziećmi, bierzemy tylko prysznice i to krótkie. Mieszkańcy miasta doświadczą prostych skutków suszy – wysokich cen żywności. Kiedy nie ma wody, plony rolników będą małe, słabe i drogie, a to odbije się na portfelach nas wszystkich. Susza to również pożary. Nawiasem mówiąc, w Polsce absolutnie nie jesteśmy do nich przygotowani, co pokazał pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. Nie mamy ani jednego samolotu do gaszenia pożarów – w 38-milionowym kraju z najmniejszymi w Europie zasobami wody! 
Przez lata, a nawet i teraz, niszczyliśmy tzw. małą retencję, zmeliorowaliśmy, osuszyliśmy tereny podmokłe, uregulowaliśmy meandrujące rzeki, zabijamy bobry, które za darmo, za ludzi budują tamy i zmniejszają w ten sposób odpływ wody z powierzchni. W mieście zabudowujemy co się da, na osiedlowych skwerach budujemy kolejne bloki, ogródki przy domach wykładamy kostką itd. Wszystko to powoduje, że nie zatrzymujemy wody opadowej na powierzchni. 

Są miejsca, które świadomie i systemowo zaczynają się przed suszą bronić lub przynajmniej na nią przygotowywać – na tyle, na ile to możliwe. W Wiedniu zdzierany jest właśnie asfalt z jednej z ulic, w jej miejscu powstanie park. To sposób na świadome „schładzanie” miasta. Jak to wygląda w Polsce?
– Mówimy tu o kilku rzeczach: o klimacie miasta i adaptacji do niego oraz o zmianie klimatu w skali globalnej, której efektem regionalnym są susze. Powierzchnia zielona w mieście odparowuje wilgoć, nie kumuluje też energii słonecznej jak asfalt czy beton. W Polsce w ostatnich latach w wielu miastach powstają inicjatywy mające na celu „schłodzenie” miasta, jak to pani ujęła. W Łodzi, wybudowanej w XIX wieku jako typowo przemysłowe miasto – nie jak dawne miasta na założeniach średniowiecznych – nie było zieleni niemal w ogóle. Była ulica, chodnik, kamienica, ulica, chodnik, kamienica… Dziś buduje się tam woonerfy, wprowadza zieleń kosztem części ulic. Podobny trend jest we Wrocławiu, gdzie włodarze miasta i społeczność lokalna angażują się w zazielenianie podwórek, studni miejskich. Tam, gdzie samorządowcy i mieszkańcy są przejęci tymi sprawami, tam dzieją się fajne rzeczy. W Warszawie jeszcze nie zrywamy asfaltu, ale szkolimy deweloperów i spółdzielców, uświadamiając im, dlaczego każdy metr trawnika czy powierzchni przepuszczalnej jest na wagę złota. W przygotowanych planach adaptacji do zmian klimatu dla czterdziestu czterech miast powyżej 100 tys. mieszkańców zwraca się uwagę na maksymalne zachowanie terenów biologicznie czynnych, w trosce i o temperaturę w mieście, i o gospodarkę wodną. I te większe miasta zdają już sobie sprawę z wagi tematu. W mniejszych niestety często „rewitalizacja” nadal oznacza wycięcie drzew i wyłożenie wszystkiego kostką brukową. 

Pojedynczy ludzie w miastach też próbują robić, co mogą. Sadzą drzewka na małych skrawkach ziemi między miejscami parkingowymi. Robią nasadzenia w starych klombach. Ma to sens – czy tylko pozorujemy działania, uspokajając swoje sumienia?
– Jeśli chodzi o wpływ na klimat roślinności donicowej, nie zmieni ona wiele, ale sens ma dziś każda próba, nawet zatrzymania tej wody w donicy na chwilę, żeby nie odpływała natychmiast do studzienek i nie była zmarnowana. 
Oczywiście znaczenie mają tylko te działania, które nie wymagają większej energii, niż przynoszą korzyści. W naszym klimacie na przykład utrzymywanie zielonych ścian wymaga szczególnych gatunków roślin, by nie zużywać za dużo wody na ich podlewanie. W obecnych warunkach klimatycznych utrzymywanie równo przystrzyżonego trawnika w stylu angielskim, na dodatek w pełnym słońcu, jest co najmniej pomysłem kontrowersyjnym. Taki trawnik potrzebuje bardzo dużo wody, mnóstwo prądu zużywa się do jego koszenia, dodatkowo niezbędne są nawozy. To kosztowna sprawa, nie tylko dla kieszeni, ale również dla natury. Na szczęście dziś zmieniają się trendy, coraz częściej wysiewa się łąki kwietne, które rosną na słabych glebach, lubią suszę, a kosić je wystarczy raz, dwa razy w roku. Na dodatek bardzo potrzebują ich pszczoły. Takie łąki coraz częściej pojawiają się również w miastach, podobnie jak trawniki ekstensywne, i to jest bardzo dobry kierunek. 

Czy nie za bardzo wtrącamy się jednak w to, co ludzie robią na swojej ziemi? Kupili działkę, drzewo im przeszkadza, zabiera słońce. Inaczej wyobrażali sobie swój ogród, nie chcą gęstwiny. Pole golfowe przed domem zwyczajnie im się podoba. „Moja ziemia, mam na niej prawo robić to, co chcę”.
– My w Polsce za mocno zafascynowaliśmy się prawem własności. Tymczasem jest coś ważniejszego niż to prawo. Ważniejsze jest nasze zdrowie. Ważniejsze jest nasze życie. To o nie idzie ta gra i każde wycięte drzewo ma w niej znaczenie. Każdy, najmniejszy nawet kawałek prywatnej ziemi jest częścią Ziemi, która nie jest moja – jest nasza. 

Pandemia nas zatrzymała. Temat suszy może nieco poruszył. Jednak wyraźnych głosów o konieczności refleksji, może rachunku sumienia z traktowania świata w Polsce nie słychać. Jakbyśmy nie dostrzegali, że „Ziemia jest nasza”, że cały świat naprawdę jest systemem naczyń połączonych. Czy jako klimatolog – mający wiedzę na temat konsekwencji, jakie nas czekają – nie czuje się Pani głosem wołającego na puszczy? To wołanie ma sens? Zdążymy się zatrzymać? 
– Nie musimy się zatrzymywać. Powinniśmy po prostu zmienić kierunek naszego marszu i go spowolnić. Nie hejtujmy młodych ludzi za to, że z charakterystyczną dla młodości energią wołają o tę zmianę i chcą zaprzestania wykorzystywania naszej planety. Dostaliśmy Ziemię, by o nią i wszystko, co na niej jest, się troszczyć, a nie bezmyślnie niszczyć. Drzewo, trawa, zbiornik wodny wokół nas są częścią systemu przyrodniczego. Powietrzem, które zanieczyszczasz, paląc śmieci, oddychasz ty sam i twoje dzieci, to część atmosfery, tej cienkiej warstwy, która otacza Ziemię, umożliwiając nam życie. Potraktujmy przyrodę jak dom – dbajmy o niego, naprawiajmy, nie traktujmy jak hotelu, ale jak miejsce, które kochamy, a które odwdzięcza się, dając nam poczucie bezpieczeństwa.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki