Logo Przewdonik Katolicki

Narodowością dzieci jest dzieciństwo

Weronika Frąckiewicz

Z Krzysztofem Banaszczykiem o różnicach, które łączą, a nie dzielą, bolesnych deportacjach i dobru, które jest ponadnarodowe.

Jak to się stało, że polonista, nauczyciel z Bezwoli w województwie lubelskim, jest prawdopodobnie jedynym wychowawcą w Polsce, który ma w swojej klasie tylko dzieci muzułmańskie?
– Bezwolska podstawówka to mała szkoła, mamy razem około 60 uczniów i uczennic. W mojej klasie jest czwórka dzieci: dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Wszyscy to czeczeńscy muzułmanie. Śmieję się, że u nas panują standardy skandynawskie: małe klasy, indywidualne podejście do każdego. W sytuacji nauczania dzieci cudzoziemskich to na pewno olbrzymi plus. Dodatkowo jesteśmy szkołą środowiskową, wszyscy się znają, bo są sąsiadami. W 2008 r. pod lasem bezwolskim, w dawnej jednostce wojskowej, powstał ośrodek dla cudzoziemców. Administracyjnie należy on do nas, więc mali przybysze z innych krajów trafili do naszej szkoły. Ośrodek tak naprawdę jest odizolowany od wsi, znajduje się w odległości około 8 kilometrów. Pamiętam jednak, że gdy go otwierano, w mieszkańcach naszej wsi był pewien nienazwany lęk. Teraz, po 12 latach, nie dostrzegamy już tych różnic, co kiedyś, być może z tego wynika brak konfliktów między nami. Rodziny, które do nas przyjeżdżają, są bardzo różne, trudno przykładać do nich jakieś szablony, starać się wyciągać jakieś ogólne wnioski. Trzeba jednak postawić sobie pytanie i realnie popatrzyć na rzeczywistość: kto wyjeżdża z kraju rodzinnego? Zazwyczaj są to ludzie, którzy muszą po prostu uciekać. Sytuacje bywają naprawdę dramatyczne. Wiele rodzin, głównie z Czeczenii, musiało uciekać ze względu na prześladowania polityczne. Znam niektóre historie bardzo dokładnie, jednak dbając o dobro i bezpieczeństwo tych ludzi, nie mogę ich opowiadać, ale musi mi Pani uwierzyć, że ci ludzie często przeżywali takie dramaty, od których cierpnie skóra.
 
Dramatyczne historie życiowe tych dzieci, różnice kulturowe i językowe, to wszystko zapewne dość mocno wpływa na Pana pracę z dziećmi. Jak się komunikujecie?
– Te dzieci, które do nas przyjeżdżają, najczęściej pochodzą z byłych republik radzieckich: z Dagestanu, z Czeczenii, Osetii, z Azerbejdżanu, a także z Ukrainy. W związku z tym mówią w większości po rosyjsku. Kiedyś bardzo pilnie uczyłem się rosyjskiego, ale nigdy nie przypuszczałem, że przyda mi się ten język w takich okolicznościach. Na początku mojej pracy z cudzoziemcami byłem zwolennikiem poglądu, że należy rozmawiać z dziećmi koniecznie po polsku, w końcu nie po to nasi przodkowie ginęli za język polski, aby w polskiej szkole znowu mówić po rosyjsku. W obecnej sytuacji zmieniłem pogląd. Jeżeli egzekwuję mówienie po polsku, to bardziej jako zachętę do rozwoju i odnalezienia się w nowej rzeczywistości, a nie jako nakaz. Nie chcę ich zmienić na dzieci polskie czy chrześcijańskie, za bardzo szanuję ich narodową i religijną tożsamość. Wewnątrzszkolnie dostosowujemy także programy nauczania. Ustalamy też, a co jest bardzo ważne, odrębne wytyczne systemu oceniania. Oczywistym jest, że te dzieci nie mogą osiągnąć tyle, co nasze ze względu na barierę językową. Inne standardy są z matematyki, której język jest uniwersalny, a inne z polskiego czy z przedmiotów przyrodniczych. Język polski jest oczywiście najtrudniejszy. Moim głównym kryterium oceniania jest przede wszystkim to, czy dziecko chce się uczyć, a także, na ile solidnie wypełnia swoje obowiązki. Jeśli natomiast dzieci nie mówią po rosyjsku, to próbujemy się z nimi dogadać po angielsku.
 
Ośrodek to mimo wszystko nie dom. Część rodzin zostaje na dłuższy czas, a część pojawia się w Bezwoli tylko na chwilę.
– Nasz ośrodek to jest ośrodek pobytu stałego. Osoby w nim przebywające mogą mieszkać bez wyraźnie określonej górnej granicy czasu i rzeczywiście są rodziny, które mieszkają tam kilka lat. Większość jednak stara się stamtąd wydostać, bo usytuowanie ośrodka sprawia, że dość trudno włączyć się w normalne życie społeczne. Jednak są tacy, którym to odpowiada, bo jeśli przyszło się z nędzy, to w gruncie rzeczy wystarczające jest to, że jest mieszkanie, łazienka, ciepła woda i prąd, nawet jeśli mieszka się w wiele osób w dwupokojowym mieszkaniu. Wydaje mi się, że część z rodzin uchodźczych wybiera nasz kraj, bo mimo wszystko jesteśmy z bliższego kręgu kulturowego. Dlatego pomimo lepszych warunków bytowych na Zachodzie część ludzi decyduje się zostać w Polsce. Osiągnęli jakiś pułap bezpieczeństwa dla siebie i swoich dzieci i ja rozumiem tę postawę. Jednak większość decyduje się wyjechać. W edukacji bardzo trudna jest ta perspektywa tymczasowości, która towarzyszy zarówno dzieciom, jak i nauczycielom. Dzieci przyjeżdżają i odjeżdżają. W związku z tym rodzice mają często inną wizję przyszłości swoich dzieci i podejście do nauki, co może wpływać demobilizująco. W tym roku przyszedł do nas uczeń, który w szkole był jeden lub dwa dni, rodzina pojawiła się w ośrodku i zniknęła. Część tych rodzin, co tu dużo mówić, po prostu ucieka w stronę Niemiec lub Francji. Niektóre są deportowane i bardzo nas to boli. Jakiś czas temu mieliśmy w naszej szkole cudowne bliźniaczki, świetne uczennice, które dostały decyzję o deportacji. Zbieraliśmy podpisy pod petycją we wsi, żeby ich nie odsyłać, ale się nie udało, pewnych reguł po prostu nie da się przeskoczyć. Miałem w klasie chłopca, któremu za bardzo nie szła nauka. Ojciec był sam z dziećmi w Polsce. Po tym, jak zmienił pracę, przeniósł chłopca do innej szkoły, ale po roku dziecko wróciło do nas. Okazało się, że w nowej szkole nauczycielka potrafiła mu powiedzieć: „Idź teraz do tablicy, to się trochę pośmiejemy”. Krótko po powrocie dostali deportację do swojego kraju. Jak będą wspominać Polskę? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi...
 
A czym oprócz szkoły na co dzień żyją Pana uczniowie?
– Dzieci z ośrodka dojeżdżają do szkoły autobusem. Nie zostało nam to nakazane z góry, ale ustaliliśmy z nauczycielami dyżury i codziennie odprowadzamy i przyprowadzamy z przystanku dzieci do szkoły. Któregoś razu miałem dyżur przy odprowadzaniu. Przez jakiś czas autobus się spóźniał, była piękna pogoda. W tamtym czasie zatęskniłem za górami i tak rozmarzając się na temat własnych wakacji, zapytałem dzieci: kto z was w waszym kraju widział góry. Okazało się, że wszystkie – i to z okien swojego domu. A przyjeżdżają do nas i co widzą? Płasko jak na stole. Zdałem sobie sprawę, że to wszystko działa na ich psychikę, nie jest prosto zmienić wszystko i zacząć od nowa. Dorosły jeszcze jakoś sobie to racjonalnie poukłada, a dla dziecka często taka zmiana to szok. Nieustannie dbam i kładę na to duży nacisk, aby te dzieci nigdy nie zapominały, z jakiego są kraju. Niedawno np. na godzinie wychowawczej pokazywaliśmy, jak jest daleko z Polski do Groznego. Nie mogę dopuścić do tego, żeby te dzieci zapomniały o swojej tożsamości narodowej czy religijnej. Czasem jednak, patrząc na nasze dzieci w szkole, zarówno te polskie, jak i cudzoziemskie, twierdzę, że główną narodowością dzieci jest dzieciństwo.
 
Praca z dziećmi to jedna kwestia, drugą jest współpraca z rodzicami. Jak układają się Wasze relacje?
– W zeszłym roku wraz z koleżanką z pracy byliśmy świadkami na ślubie jednych rodziców. Mieli już ślub muzułmański, ale to byli bardzo światli i myślący perspektywicznie ludzie, którzy chcieli swoją sytuację w Polsce sformalizować, dlatego potrzebny był im ślub cywilny.  Bywają rodzice o postawach roszczeniowych, ale nie jest to częsta postawa. W większości przypadków ci rodzice nie różnią się od rodziców polskich dzieci: są wśród nich tacy, którym zależy na nauce, są tacy, którzy są zapracowani i nie mają czasu, aby poświęcić go dzieciom, a są też tacy, którzy wszystko lekceważą.
 
Czy kwestia różnic religijnych nie jest przeszkodą w Waszych wzajemnych relacjach?
 – Ja nie rozwiązuję kwestii religijnych, bo ich nie ma. W mojej klasie wisi godło i krzyż, ale nic nikomu nie narzucam. W zeszłym roku przygotowałem uroczystość stulecia niepodległości. Poprosiłem jednego z rodziców z ośrodka, muzułmanina z Rosji, aby jego syn Adam, bardzo dobry uczeń, złożył życzenia dla całej naszej społeczności. Ucieszył się i powiedział, że razem coś przygotują. I przygotowali – liczni uczestnicy uroczystości nie kryli wzruszenia. Adam odwoływał się do dat ważnych dla Polski wydarzeń historycznych, do Konstytucji 3 maja, czuć było w tym wszystkim nie tylko zaangażowanie, ale i szacunek dla Polaków. Dzieci występują także w naszych szkolnych uroczystościach. Na ostatnich jasełkach dziewczynka z mojej klasy grała na cymbałkach kolędę „Bóg się rodzi”. Innym razem uczyliśmy się z dziećmi śpiewać cały nasz hymn. Spodobał im się tak bardzo, że na wycieczce śpiewały go w ramach zwyczajowego śpiewania piosenek. A z drugiej strony, rok temu dziewczynki z Osetii, bardzo fajne i zdolne uczennice, odmówiły wzięcia udziału w uroczystościach z okazji 11 Listopada. I to też jest normalne. Bardzo cenię sobie pobożność tych muzułmańskich dzieci. Kiedy jest ramadan, święty post dla muzułmanów, dzieci często przychodzą do szkoły niewyspane, bo kolacja jest dopiero po zapadnięciu zmroku i trwa prawie do samego rana. Jednak są to jedyne, drobne problemy wynikające z praktykowania przez nich islamu. W ciągu 12 lat od powstania ośrodka mieliśmy dwa przypadki drobnych konfliktów na tle kulturowo-religijnym, wynikały one jednak bardziej z pewnych nieporozumień. Tak naprawdę to nasze wspólne życie biegnie naturalnym torem, bez jakichś zbędnych wyjaśnień czy nazywania różnic po imieniu. Szukamy sfer, w których możemy się spotkać.
 
Jakiś czas temu przeczytałam w internecie Pana prośbę o zbiórkę laptopów i tabletów, tak się poznaliśmy. Jak radzi sobie Pan i Pańscy uczniowie w dobie nauczania zdalnego?
– Problem polega na tym, że nie mogę ich teraz zgromadzić i w jakiś sensowny sposób się z nimi komunikować. One w ośrodku nie mają żadnego sprzętu, dlatego ruszyłem z akcją zbierania sprzętu na grupie facebookowej Widzialna Ręka\Visible hand. Włączyła się w to Fundacja Chlebem i Solą. Akcja ta przyniosła piękne efekty, ludzie gotowi są pomóc. Dostałem już potwierdzenie pierwszej przesyłki do uczennicy, jutro ma przyjechać transport używanych laptopów od prywatnego ofiarodawcy, wtedy dopiero będę mógł się kontaktować z dziećmi i wymagać, bo na razie to dość duży stres i męka. Dzieci z ośrodka początkowo się ucieszyły, że nie będzie lekcji w szkole, ale teraz coraz częściej się odzywają. Już mamy sygnały, że chcą wrócić: dzwonią, wysyłają SMS-y. W naszej wiosce także dużo dzieci polskich nie ma sprzętu, dlatego chcemy tym sprzętem dzielić się z wszystkimi potrzebującymi, im więcej uda nam się uzbierać, tym lepiej. Kilka dni temu dostałem komputer od pewnej Ukrainki i zapytałem ją, czy mogę przekazać laptopa polskiemu dziecku. Mimo iż ze względu na swoje pochodzenie myślała o dzieciach cudzoziemskich, nie miała nic przeciwko wysłaniu podarunku polskiemu uczniowi.
 
Jaki zatem jest przepis na dobrą integrację społeczną w ramach różnic kulturowych?
– Nie wiem, ale wydaje mi się, że podstawową zasadą jest normalność. Do każdego człowieka podchodzimy jak do człowieka, to działa w obydwie strony. Nauczyliśmy się ze sobą żyć: spotykamy się, pracujemy, uczymy się razem. Trzeba być normalnym. Jeżeli powiem, że trzeba się wyzbyć uprzedzeń, to znaczy, że szukam tego, do którego jestem uprzedzony. Jeżeli napiszemy: nie miejmy uprzedzeń wobec cudzoziemców, to każdy się zacznie zastanawiać się, jak one mogłyby wyglądać. Wzajemny szacunek i normalność – to chyba najkrótsza recepta.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki