Logo Przewdonik Katolicki

To nie jest dobry czas na wybory

Michał Szułdrzyński
fot. Magdalena Książek

Najostrzejszy spór w obecnej debacie politycznej zdaje się dziś dotyczyć daty terminów wyborów. Prawo jest tutaj jasne: konstytucja obliguje marszałka Sejmu do ogłoszenia ich na trzy miesiące przed końcem kadencji prezydenta.

Andrzej Duda został prezydentem w sierpniu 2015 r., więc pani marszałek wybory ogłosiła na 10 maja. Sęk w tym, że gdy to robiła, nikt się nie spodziewał, z jaką mocą uderzy w nas epidemia koronawirusa.

Konstytucja przewiduje przesunięcie wyborów, jeśli władze ogłoszą stan klęski żywiołowej albo stan wyjątkowy, wybory są zawieszone i nie mogą się odbyć na 90 dni po jego zakończeniu.
Warto się więc przez moment zastanowić, skąd pomysł autorów konstytucji, by w czasie stanu nadzwyczajnego nie można było przeprowadzać wyborów. Przede wszystkim stan nadzwyczajny może się wiązać z ograniczeniem praw obywateli – np. do organizowania zgromadzeń, a więc prowadzenie w tym czasie normalnej, uczciwej kampanii wyborczej staje się niemożliwe. W dodatku w okresie nadzwyczajnym ograniczone są swobody obywatelskie – nie można się przemieszczać, trzeba słuchać zaleceń władz co do sposobu postępowania w miejscach publicznych, stan wyjątkowy i stan klęski żywiołowej mogą się wiązać z ograniczeniami wolności prasy, a nawet cenzurą. W takiej sytuacji nie można prowadzić kampanii ani nawet swobodnej wymiany myśli. Ale jest jeszcze innym motyw, związany z psychologią społeczną. Stan wyjątkowy i stan klęski żywiołowej to chwile zupełnie szczególne. Obywatele są skupieni na najprostszych sprawach życiowych, na przetrwaniu, na tym, by mieć jedzenie, ciepły kąt, zabezpieczyć rodzinę i bliskich. Wolność, demokracja, uczestnictwo w wyborach – schodzą na dalszy plan. I dlatego też w takich nadzwyczajnych momentach część socjologów przekonuje, by nawet nie wykonywać sondaży. Wysoka temperatura emocji zbiorowych jest tak wielka, że podstawowy instynkt przetrwania jest znacznie ważniejszy niż dyskusja nad tym, czy najlepszy dla kraju będzie program partii X czy partii Y.
Przyznam, że z tych powodów uważam za bardzo rozsądny przepis zakazujący przeprowadzania wyborów w okresie nadzwyczajnym i przez trzy miesiące od jego zakończenia. Pytanie jednak, jak określić sytuację, w której jesteśmy obecnie? Gdy piszę te słowa w Niedzielę Palmową, nie mamy wprowadzonego żadnego stanu nadzwyczajnego. Niemniej rozporządzenia rządu na mocy ustawy o chorobach zakaźnych spełniają bardzo wiele warunków stanu nadzwyczajnego. Rząd wprowadził drastyczne ograniczenia w funkcjonowaniu przedsiębiorstw – zamknięte są bary, restauracje, galerie handlowe, szkoły, uczelnie wyższe, zakłady usługowe. Zabroniono spotkań publicznych, swobodnego wychodzenia, seniorów zachęca się, by nie spotykali się z nikim. Nie mam powodu, by nie wierzyć, że te wszystkie ograniczenia mają na celu nasze dobro społeczne. Ale równocześnie w znacznym stopniu ograniczają one prawa i wolności obywatelskie – zarówno dotyczące życia prywatnego, jak i politycznego. Polacy dziś zastanawiają się, czy nie stracą pracy, myślą, jak przy drakońskich ograniczeniach zrobić zakupy, medytują nad niezwykłą Wielkanocą, podczas której nie wolno iść święcić pokarmów czy uczestniczyć w Świętym Triduum Paschalnym. To, na kogo zagłosować, staje się sprawą marginalną. I nie ma tu znaczenia, czy wybory miałyby się odbyć w sposób klasyczny, gdy pójdziemy do urny, czy korespondencyjnie. Po prostu to nie czas na myślenie o wyborach i nic nie wskazuje na to, by w ciągu najbliższych czterech tygodni, jakie zostały do 10 maja, miało się to zmienić. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki