Logo Przewdonik Katolicki

Cyrk cierpienia

Monika Białkowska
fot. Tomasz Czachorowski Polska Press /East News

Niedźwiadek za język przykuty do podłogi. Słoniątko przekłuwane szpikulcem. W założeniach cyrk miał być zabawą i rozrywką dla człowieka – człowiek uczynił z niego piekło dla zwierząt.

Wołania o cyrki bez zwierząt nie są fanaberią grupy ekscentryków. To naturalna reakcja człowieka, który pozna prawdę o tych miejscach.
 
Co to znaczy być lwem?
W lutym ubiegłego roku na portalu społecznościowym pojawiło ogłoszenie: „Dwa lwy, samiczki, 28 dni, urodzone w zoo, możliwa wysyłka”. Ogłoszenie dała rosyjska artystka cyrkowa, ale podobnych jest dużo, choć na zachodzie Europy rozchodzą się one dyskretniej. Lwiątka powinny być na mleku matki do siódmego miesiąca życia. Całe życie spędzą w klatkach i na arenie, stłamszone jak przerażone kociaki – nie wiedząc, co to znaczy być lwem.
Z cyrku prawdopodobnie pochodziło dziesięć tygrysów, które niedawno zostały zatrzymane na białoruskiej granicy i trafiły do poznańskiego zoo. Jeden z nich podróży nie przeżył. – Nawet jeśli nie znamy ich przeszłości, mamy pewność, że to są zwierzęta wykorzystywane i skrzywdzone – mówi Małgorzata Chodyła, rzecznik prasowa poznańskiego ogrodu zoologicznego, który przyjął przemycane tygrysy. – Nie uspokoiło ich to, że od kilkunastu dni są w jednym miejscu, że dostają jedzenie, że nikt na nie nie krzyczy ani ich nie bije. Wydaje nam się, że ciągle były gdzieś przeganiane, upychane w skrzyniach, być może również bite, bo wpadają w złość, widząc łopatę czy grabie, którymi pracownicy sprzątają ich boksy i wymieniają wyściółkę. Mają stare rany, otarcia, jeden z tygrysów ma odgryzione ucho. Nienawidzą ludzi i się ich boją. Cyrk to dla zwierząt prawdziwy dramat.
 
Miś z popcornem
Baloo w tym roku wykopał sobie głęboką gawrę. To dla ogrodu zoologicznego wielkie święto – niedźwiedzie w niewoli nieczęsto zapadają w sen zimowy. Baloo nie tylko dopiero uczy się żyć w lesie, ale na dodatek nie ma pazurów. Ludzie wyrwali mu je, kiedy pracował w cyrku, żeby nie zrobił krzywdy gapiom. Niedźwiedź bez pazurów jest jak człowiek bez palców.
– To było 5 lipca 2016 r. – wspomina Małgorzata Chodyła. – Do akcji przygotowywaliśmy się kilka dni. Zgłosiła się do nas Fundacja Viva!, monitorująca sytuację zwierząt, dręczonych w cyrkach. Wiedzieli, że mamy azyl dla niedźwiedzi i pracowników, którzy się znają na opiece nad nimi. Ludzie z fundacji dostali informację o niedźwiedziu brunatnym, który w Polsce jest pod ochroną, że jest w cyrku w strasznym stanie medycznym. Na nagraniach, którymi cyrk się chwalił, było widać, że nie ma pazurów, że gryzie zębami kratę, że te zęby są połamane, że ma maleńką klatkę, że karmiony jest przez opiekunów popcornem i na tym właśnie polega jego występ – bo on zjada popcorn z wielkim smakiem, a dzieci śmieją się i klaszczą. Pękło nam serce: to nie jest życie, jakie powinien prowadzić niedźwiedź.
Pracownicy ogrodu zoologicznego najpierw dopełnić musieli formalności – przede wszystkim skontaktować się z fundacją Four Paws, która była założycielem i finansowana budowę azylu. Azyl był wówczas jeszcze w trakcie budowy. W gotowej części mieszkały już niedźwiedzie, druga część nie była gotowa, fundacja musiała wyrazić zgodę na umieszczenie Baloo na tymczasowym niewielkim wybiegu.
 
Odbijanie niedźwiedzia
– Widać było, że ten niedźwiedź nie potrzebuje dużej przestrzeni, bo porusza się z trudem, ale potrzebuje ratunku natychmiast – tłumaczy Małgorzata Chodyła. – Mieliśmy dla niego pomieszczenia wewnętrzne i malutki wybieg, żeby mógł wyjść na słońce i do lasu. Najpierw jednak musieliśmy wyciągnąć go z cyrku, a to wymagało współpracy. Trwał sezon, cyrk codziennie był w innym miejscu, a my musieliśmy umówić się z tamtejszym lekarzem weterynarii i policją. W nocy wyjechaliśmy do Jastrzębia Zdroju. Na miejscu byliśmy o piątej rano, zrobiliśmy odprawę z policją, która już na nas czekała, z powiatowym lekarzem weterynarii, byli z nami też nasi lekarze, naukowcy i przedstawiciele fundacji Viva! i Four Paws. Akcja trwała cały dzień. Cyrk był zaskoczony, kiedy podjechaliśmy w kilka samochodów, w służbowych strojach. Byliśmy przygotowani na wszelki wypadek, gdyby jeszcze jakieś zwierzęta potrzebowały pomocy. Na podstawie ustawy o ochronie zwierząt lekarze weterynarii stwierdzili, że dalsze przebywanie zwierząt w tych warunkach zagraża ich życiu i zdrowiu, policja sporządziła protokół zabezpieczenia, a władza lokalna wydała decyzję administracyjną o zabezpieczeniu zwierząt i przekazała je nam. Upał był ogromny, akcja trwała do godziny 18.00, wyjeżdżaliśmy stamtąd zmęczeni, spragnieni – ale to wszystko było nic w porównaniu z tym, co musiały znosić te zwierzęta.
 
Krokodyl w taśmie klejącej
Oprócz Baloo w cyrku zabrany został również krokodyl nilowy. Mieszkał w plastikowej beczce na szambo, wysypanej trocinami. W naturze krokodyl ten – jak sama nazwa wskazuje – żyje w wodzie, w Nilu. Tu miał tylko małą kuwetę z wodą. Nie mieścił się w beczce, leżał w niej zgięty wpół. Jak wyglądały występy krokodyla? Każdego dnia miał zaklejany pysk mocną, srebrną taśmą klejącą i obnoszono go wokół areny, żeby widzowie mogli go pogłaskać. Dla takiego zwierzęcia to absolutny koszmar: światła, oklaski, krzyki, głośna muzyka i dotyk, w którym nie wiadomo, o co chodzi. Niekończąca się udręka. Krokodyl miał taką traumę, że długo potem jego opiekun w zoo nawet go nie widział – wiedział tylko, że żyje, bo znikały podrzucane mu codziennie ryby.
– Każdy gatunek zwierzęcia ma swoje potrzeby i te potrzeby są różne – tłumaczy Małgorzata Chodyła. – Tam zwierzęta były wymieszane. Połowa wozu należała do niedźwiedzia, w drugiej był wielbłąd, na półce na kocu splecione ze sobą różne gatunki węży, potrzebujące zupełnie innych warunków. To dla tych zwierząt tortura. One swoje cierpienie wyrażają inaczej, niż my, nie krzyczą, nie płaczą, ale przecież cierpią. A właściciele zapewniali, że kochają zwierzęta…
 
Od ściany do ściany
Kiedy Baloo trafił na swój nowy wybieg, okazało się, że nie potrafi chodzić. Zamknięcie na małej przestrzeni sprawiło, że zanikły mu mięśnie. Nie znał podłoża z ziemi i trawy. Miał stereotypię – choć na otwartej przestrzeni, nadal poruszał się tak, jakby zamknięty był w wozie, co kilka kroków obijając się od niewidzialnej „ściany”. Ślady na jego ciele wskazują, że był torturowany – ma rozerwany język.
– Żeby dzikie zwierzęta były pokorne i uległe, trzeba je złamać – tłumaczy Chodyła. – Baloo był przykuwany łańcuchem za język do podłoża, wskazują na to jego blizny. W ten sam sposób traktuje się małe, odebrane matkom lwi i tygrysy. Przykute bije się tak długo, aż przestaną się buntować, jęczeć i płakać. Dopiero wtedy dostają nagrodę, czyli jedzenie. Dopóki próbują się bronić albo skarżyć, nadal są bite. Wszystkie zwierzęta, które widzimy w cyrkach, a które mają możliwość zrobienia człowiekowi krzywdy, muszą być w ten albo podobny sposób złamane, muszą być pozbawione godności i zapomnieć, kim są. Potem też nikt się nimi nie przejmuje. Kiedy zabieramy psa na wakacje, dbamy o postoje, żeby mógł się przejść, poimy go, martwimy się, jak przetrwa krótką nawet podróż. Zwierzęta cyrkowe są cały czas w drodze, cały czas w podróży. I nigdy nie mają możliwości odpoczynku czy swobodnego wyjścia z ciasnej klatki, bo nigdzie przecież nie można wypuścić niedźwiedzia.
 
Uszy słonia
Nieco inaczej łamie się słonie. To ogromne zwierzęta, które mogą być niebezpieczne choćby tylko przez samą swoją masę. Małe słoniątka odbierane są więc matkom około trzeciego roku życia – w naturze słonie w tym wieku biegają z rozwianymi uszami, bawią się z ptakami, potrzebują matki. Kiedy już zostają same, zamyka się je w drewnianej skrzyni, na tyle małej, żeby nie mogły się w niej poruszać – i zaczyna się proces nazywany phajaan, czyli łamaniem ducha. Małe słoniątko nie dostaje jedzenia. Jest bite pałkami. Metalowymi hakami kłuje się jego niezwykle wrażliwe uszy i głowę, to dlatego wszystkie mają potem blizny na uszach. Nogi słonia przywiązane są grubymi linami do klatki, z czasem liny zastępują grube łańcuchy. Słonie rażone są też prądem, pozbawiane snu. Dopóki wyją, tortury nie ustają. Dopiero kiedy milkną treserzy wiedzą, że straciły naturalne instynkty, że się poddały i stały bezwolne. Dopiero w tym stanie nadają się do cyrku albo do wożenia turystów w ramach wycieczek dla turystów w egzotycznych krajach.
 
Tylko matka nauczy
Niedźwiedź Borys przez dziesięć lat mieszkał w wozie rosyjskiego cyrku. Zatrzymany przy próbie przekraczania granicy trafił najpierw do zoo w Warszawie, a że tam nie było dla niego miejsca, umieszczono go w schronisku dla psów w Korabiewicach. Tam żył przez szesnaście lat. Misza i Wania trafiły do Poznania z cyrku białoruskiego. Treser używał ich do trenowania psów. Przywiązywał niedźwiedzie na obrożę do drzewa i napuszczał na nie psy, żeby te nauczyły się, w jaki sposób bronią się niedźwiedzie. To właśnie dla tych niedźwiedzi powstał poznański azyl. Najmłodszym niedźwiedziem w azylu jest Cisna, znaleziona dwa i pół roku temu w Bieszczadach, jako opuszczony przez matkę kilkutygodniowy niedźwiadek na skraju wycieńczenia.
– Obserwowaliśmy, jak Cisna jest inteligentna, jak nas obserwuje, jak doskonale odczytała i nauczyła się posługiwać językiem ciała ludzi i psa, który z nią mieszkał, i jak wszystkich nas ogrywała – śmieje się Małgorzata Chodyła. – Szybko się nauczyła, że w życiu człowieka są ważne dwie rzeczy, klucze i telefon. Wiedziała, że to przykuwa naszą uwagę, że szukamy tego po kieszeniach, że telefon dzwoni, że rozmawiamy i poświęcamy mu mnóstwo uwagi. I wiedziała, że czego by nam nie ukradła, to jej nie goniliśmy: dopóki nie były to klucze albo komórka. A to była dla niej świetna zabawa, więc to właśnie wyciągała nam z kieszeni. Cisna czytała nasz język ciała, wiedziała, kiedy szykuje się jedzenie, a kiedy trzeba dawać nogi za pas, bo przyszedł lekarz, żeby pobrać krew do badań. I trzeba wspinać się na drzewo, i na pewno teraz nie zejdę, choćbyście dali rybkę! Ale to była smutna konstatacja, bo ona powinna czytać język ciała swojej matki. Jakim byłaby wspaniałym niedźwiedziem, gdyby uczyła się od matki! Jaka byłaby piękna na tle lasów, gdyby rządziła polskimi Bieszczadami. Ale nie było takiej możliwości. Jeśli drapieżnika matka nie nauczy, jak dogonić, zabić i zjeść inne zwierzę, jak odróżniać, kogo gonić, a przed kim uciekać, nikt go tego nie nauczy.
 
Małpa w spodniach
O etycznej stronie trzymania w domach małp zrobiło się głośno po tym, jak niedawno jedno z takich zwierząt zostało wraz z właścicielem zaproszone do telewizji śniadaniowej – a za udział z programie podziękowano pani weterynarz, która znana jest ze sprzeciwu wobec takich praktyk.
Małpki w starym zoo w Poznaniu przyjechały z Holandii. To kilka gatunków, zarekwirowanych z prywatnego, kilkupokojowego mieszkania, z prywatnej hodowli, która właścicielce wymknęła się spod kontroli. Małpy się mnożyły, warunki ich życia nikogo nie interesowały, chodziło tylko o to, by je sprzedać. Lucjan, pierwsza małpa w azylu, została oddana do zoo przez właścicielkę cyrku. Miał być słodkim zwierzątkiem prowadzonym na łańcuszku i zabawiającym dzieci – ale kiedy dojrzał, zbuntował się i zaczął dzieci gryźć. Atrakcja się skończyła, Lucjan stał się zbędny. Żeby go nie uśmiercać i nie wyrzucać na śmietnik, oddano go do zoo. – Małpka to nie jest zabawka – tłumaczy Małgorzata Chodyła. – Chce mieć małpią, a nie ludzką rodzinę, chce skakać po drzewach, uwić gniazdo i być iskana przez inne małpy. Nie chce być kąpana w umywalce, żeby ktoś mógł zrobić śmieszny filmik, małpy w naturze nie kąpią się w wodospadach. My chcemy nie tylko ratować ich życie, ale też godność. Chcemy błagać, żeby ludzie nie kupowali takich zwierząt, nie oglądali w telewizji kogoś, kto zakłada małpie pieluchę i ubranie, kto prowadzi na smyczy ostronosy, bo to takie fajne i oryginalne. To właśnie jest przyczyna tego, że zwierzęta mocno cierpią i giną.
 
Cena rozrywki
Skąd się biorą dzikie zwierzęta w cyrkach? Skąd się biorą dzikie zwierzęta w prywatnych domach? Odpowiedź jest prosta: z nielegalnych hodowli. Nie są łapane w naturze, w naturze są zresztą zwykle chronione. Nigdy nie poznały wolności, rodzą się więc, od początku do końca skazane na niewolę. Polskie prawo precyzuje, że pozwolenie na posiadanie dzikich zwierząt mogą otrzymać wyłącznie cyrki, ale właśnie jako cyrki rejestrują swoją działalność pseudohodowle, rozmnażające zwierzęta na życie w cierpieniu. Dopóki prawo nie zakaże całkowicie trzymania dzikich zwierząt w cyrkach, powstrzymanie nielegalnych hodowców dzikich zwierząt i ich przemytu będzie niemożliwe.
Jakie argumenty przemawiają za tym, żeby zwierzęta takie jak tygrysy, słonie czy niedźwiedzie nadal w cyrkach występowały, cierpiąc przy okazji prawdziwe katusze? Poza ludzką rozrywką takich argumentów nie ma. Pytanie tylko, czy takiej naprawdę potrzebujemy rozrywki i czy jest ona godna człowieka – zwłaszcza kiedy zna się jej cenę.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki