Logo Przewdonik Katolicki

A jeśli Kościół umiera?

Monika Białkowska i ks. prof. dr hab. Henryk Seweryniak
fot. Agnieszka Robakowska/ Robert Woźniak

Masowość Kościoła również w Polsce przeminie i trzeba to przyjąć, nawet jeśli jest to dla nas trudne

Ks. Henryk Seweryniak: Dlaczego o umieraniu Kościoła chciałaś rozmawiać? Przecież nie umiera, modli się, współczuje, wspomina.
 
Monika Białkowska: Może trochę prowokuję. Niektórzy przecież wieszczą koniec albo przynajmniej rychłą schizmę. A mnie się przewrotne myśli nasuwają o źródełku w Biskupinie, które siedem tysięcy lat temu ludzie wykopali, bo wybierali z ziemi glinę, pięć tysięcy lat temu uznali, że jest święte, trzy tysiące lat temu w tę świętość przestali już wierzyć, potem przyszedł Mieszko i kazał się chrzcić, i znów minęły dwa tysiące lat i mamy te wieszczenia. Optymiści powiedzą, że odnowa Kościoła przyjdzie z Amazonii. Pesymiści powiedzą, że z Amazonii przyjdzie rozłam. Racjonaliści powiedzą, że Amazonia cywilizacyjnie jest tak daleko za nami, że i religijność ma naszą sprzed pięciuset lat i z czasem ona u nich też przeminie.
 
HS: Odpowiem ci jak typowy ksiądz. „Komuniści już dawno mówili, że Kościół umrze! Tyle razy już go chowano, a on trwa! Największym argumentem za jego siłą jest to, że my jesteśmy takimi grzesznikami – gdyby miał stać na nas, już dawno by się zawalił. Trwa, bo jest w Nim Chrystus!”. To nie wystarczy?
 
MB: Sam ksiądz wie, że nie. Papież Benedykt pisał, że Kościół będzie się zmieniał w kierunku Kościoła małych wspólnot. To nie oznacza umierania: wystarczy spojrzeć na Francję. To, co nam z daleka wydaje się martwe, jest pełnymi życia małymi punktami, niewielkimi wspólnotami bez wielkich sztandarów i procesji na ulicach, ale tętniącymi taką siłą wiary, że mogą nas zawstydzać.
 
HS: Kiedy Benedykt mówił o tej „małej trzódce”, a wracał do tego kilka razy, wewnętrznie się przeciwko temu burzyłem. Mówił, że musi umrzeć Kościół pogan, nazywających się jeszcze chrześcijanami. A ja uważałem, że trzeba jak najbardziej oddziaływać na społeczeństwo, żeby pozostawało ogarnięte chrześcijaństwem. Że można się nawet zgodzić, żeby to chrześcijaństwo jako pewna siła w tym świecie było słabsze, byle ludziom, którzy nie nadążają za elitarnością i wysoką miarą, dawało jakąś radość życia, jakiś kierunek, nadzieję zbawienia. Byłem przekonany, że nawet jeśli czasem oni się z Kościołem spierają, to w pewnym momencie on się stanie dla nich wartością. Chodziło nie tyle o Kościół masowy, ile obejmujący jak największe rzesze – bo koncepcja „małej trzódki” jest jednak mocno zawężająca.
 
MB: Zgodzić się, żeby chrześcijaństwo było słabsze? A co to znaczy? Czy to nie jest zgoda na letnie chrześcijaństwo? I gdzie w takim razie widzi ksiądz ten „Kościół pogan, którzy nazywają się jeszcze chrześcijanami”? Bo dla mnie to ci, którzy wprawdzie cytują Ewangelię, ale na jednym oddechu dodając „ale”. Ewangelia jest ważna, ale najpierw musimy zadbać o własne bezpieczeństwo. Pomagajmy uchodźcom, ale daleko. Kochajmy bliźnich, ale tych, którzy są po naszej stronie.
 
HS: Tak. To również ci, którzy mają się za jaśnie oświeconych i uważają, że reszta nie ma w tym kraju racji bytu. Zarzucałem kiedyś Tischnerowi, że widzi zdrowe źródła w góralszczyźnie, ale w Toruniu już nie. Ale to też ci, którzy proszą o odprawienie Mszy tylko po to, żeby na pogrzebie padło ich nazwisko. Którzy do kościoła przychodzą trzy razy w roku, na święconkę, Popielec i jakiś ślub albo pogrzeb.
 
MB: Ale też ci, którzy przychodzą co tydzień – tylko dlatego, że tak trzeba i sąsiadka potem po wsi rozpowie, jak nie pójdą.
 
HS: Oczywiście. We wszystkich tych przypadkach jednak nie jesteśmy w stanie wniknąć w sumienia ludzi.
 
MB: Jasne. Nie chodzi przecież o to, żeby ci ludzie z kościoła odeszli – chodzi o to, że muszą szukać szybko życiodajnych soków Kościoła, wracać bezpośrednio do Ewangelii, z niej czerpać. Jak my wszyscy, jak cały Kościół, jeśli chce pozostawać żywy.
 
HS: Benedykt chciał chyba też powiedzieć, że każdemu z nas potrzeba radykalizmu, że ten pogański, nieprawdziwy Kościół musi umrzeć w Tobie.
 
MB: Radykalizm na tej drodze jest tylko jeden. Radykalne, mocne i bezpośrednie wracanie do samych korzeni, do Ewangelii. Ile razy ktoś o tym mówi, myślę, jakim darem dla Kościoła jest dziś Franciszek. Niech go atakuje, kto chce, ale nic nie przemawia do mnie tak, jak argument z konklawe: konklawe, które było omodlone jak żadne inne wcześniej, kiedy dzięki akcji „Adoptuj kardynała” za każdego z nich modliło się blisko pół tysiąca ludzi z całego świata. Po takiej modlitwie przyszedł Franciszek, człowiek, który sięga bezpośrednio i radykalnie do samej Ewangelii. To znaczy, że tego właśnie było nam potrzeba.
 
HS: Dla mnie ważnym pytaniem jest, czy Kościół rzeczywiście nie umiera – nie dlatego, że trawią go złe siły, ale dlatego, że my nie radzimy sobie z dawaniem świadectwa, z uzasadnianiem naszej wiary? Czy nie jest on raniony przez nas? Czy potrafimy się z jednej strony przeciwstawić siłom z zewnątrz, ale z drugiej strony, czy sami go nie niszczymy? Przecież to nie tylko siły z zewnątrz sprawiły, że Kościół przestał być dla ludzi siłą życiową, że tak wielu nie znajduje już w nim niczego dla siebie, że odnoszą oni wrażenie, że psuje się od wewnątrz.
 
MB: Ale kiedy wspominaliśmy o papieżu Benedykcie, użył ksiądz czasu przeszłego: myślałem, że Kościół powinien być wielki i dla wszystkich? Coś się zmieniło? Nawrócił się ksiądz na papieża Benedykta?
 
HS: Tak, nawróciłem się. Mam tu przed oczami przykład Francji i myślę, że proces, który obserwujemy, jest nieodwracalny. Masowość Kościoła również w Polsce przeminie i trzeba to przyjąć, nawet jeśli jest to dla nas trudne. I trzeba robić, co się da, żeby Polacy żyli nadzieją jedności i choćby iskierką wiary.
 
MB: Zgoda – byle na owe odejście od masowości nie patrzeć jak na porażkę. Paradoksalnie w tym jest nadzieja. Ten „Kościół pogan, nazywających się chrześcijanami” nie jest przecież żywy i prawdziwy. To jak martwe gałązki wyrastające z krzewu: dzięki nim wydaje się wielki, ale nie jest piękny i prawdziwy. Albo inaczej: to sól rozpuszczona w wodzie bez smaku. Być może Pan Bóg funduje nam ćwiczenie podobne do tego, jakie robiliśmy w podstawówce: krystalizację soli. Trzeba odparować wodę, żeby z powrotem mieć kryształki, które realnie zmienią smak świata. Kościół rozwodniony nie jest świadectwem. Musimy się skoncentrować na odzyskaniu istoty, na powrocie prosto do Ewangelii, tak jak chce tego papież Franciszek.
 
HS: Dla mnie ważne tu będzie jeszcze pytanie: ku jakiemu Kościołowi w takim razie idziemy? Czy to Kościół z Francji będzie dla nas ideałem? Czy z różnych miejsc świata i duchowości wyłuskać można to, co najpiękniejsze – i pielęgnować? Ale to chyba temat na inną rozmowę…
 
MB: Dziś niech nam zostanie to: Kościół bez Ewangelii będzie martwy. A tego nie chcemy.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki