Logo Przewdonik Katolicki

To nie musi być horror bez dobrego zakończenia

Agnieszka Pioch-Sławomirska
fot. J. Rusinek/ Materiały wydawnictwa

Rozmowa z Anną Zamojską, autorką książki Nigdy więcej, o doświadczeniu wykorzystania seksualnego, ciemnościach niewiary, oczyszczeniu i cudzie przetrwania

Ciśnie mi się na usta pytanie: czy Pani jest prawdziwa? Czytając książkę, raz wierzyłam, że to autentyczna historia, raz myślałam: to nieprawdopodobne, żeby ktoś tak chciał się odsłonić.
– Bohaterka mojej książki jest w stu procentach prawdziwa, jest moim alter ego, dałam jej wszystko od siebie, co mogłam. Każda sytuacja opisywana w książce działa się naprawdę w moim życiu, nie ma tam nic z fikcji. Nie była wzorowana na żadnej innej osobie czy też spleciona z kilku historii, ale wręcz przeciwnie, oparta tylko na tej jednej – mojej.
 
Dwa lata koszmaru. Wszystko według schematu: 14-letnia dziewczyna, zdobywający zaufanie jej i rodziny 50-letni ksiądz, manipulacja, wykorzystywanie seksualne, tajemnica, poczucie winy nałożone na ofiarę. I w końcu Pani próba samobójcza. Ale „Bóg mi na to nie pozwolił” – pisze Pani w książce. Nie pozwolił Pani odejść, ale pozwolił na ten koszmar. Pytała Go Pani: dlaczego?
– Często w mojej głowie pojawiały się pytania: dlaczego ja? I myśli, że gdyby Bóg istniał, nie pozwoliłby na to. To była zacięta walka między dobrem a złem. Przez pewien czas odrzucałam to, że Bóg w ogóle istnieje, kłóciłam się z Nim. Wierzyłam w to, że jestem skazana na samą siebie, bo wszyscy mnie opuścili.
Jednak z perspektywy czasu wiem, że musiało się to wydarzyć – chociażby po to, by powstała ta książka. Gdy do prokuratury zgłaszały się kolejne ofiary księdza, który wykorzystywał też mnie, zaczęło rosnąć we mnie przekonanie, że to była dobra decyzja. To skłoniło mnie do przemyśleń: są osoby, w których ten problem tkwi, wręcz kisi się w nich i nigdy być może nie ujrzałby światła dziennego. Myślę, że ta odwaga, która na mnie spoczęła, była potrzebna, nie tylko mnie.
 
Skąd ta odwaga? I wiara – która jest obok niewiary, bólu i cierpienia? Jeden z czytelników pisze o Pani książce: „To historia mocnej wiary, która wszystko przetrzyma a jednocześnie do niczego nie zmusi”. Nie każdy taką ma…
– Wiara zawsze drzemała we mnie. Czasami wydawało mi się, że Bóg mnie opuścił, jednak On niósł mnie na rękach. Wiara to fundament, ale potrzebna jest też terapia – jednak czy ona wyzwoli na sto procent? Tego nie wiem, dlatego że u mnie to szło w parze i zwieńczyło się momentem przebaczenia. Nie wiem, czy sama terapia jest w stanie nas oczyścić, zrzucić z nas ten balast, natomiast jestem przekonana, że pomaga – bo to na terapii wypowiada się to, czego nie powiedziałoby się do lustra.
 
Takie coś można przebaczyć?
– Można, ale to łaska, na którą trzeba się otworzyć. To sprawa indywidualna. W moim przypadku stało się to podczas Mszy żałobnej za pradziadka. Tam spowiedź, Komunia i głos w sercu: Przebacz mu… To przyszło tak nagle. Ale było najlepszym lekarstwem dla mnie. Bóg mnie do tego wezwał i odpowiedziałam na Jego zawołanie.
 
Ofiary często wypierają takie doświadczenie, wracają do niego po latach. Mają po 30, 40 lat, a czują się jak dzieci, z którymi można zrobić wszystko. Pani szybciej przeszła tę drogę.
– Dlatego nie potrafię mówić do końca o tym, jak takie sytuacje generalizować. U mnie działo się to dość wcześnie i na pewno to była łaska, którą dostałam z nieba, bo po ludzku przeszłam przez piekło. To nie było tak pięknie: że nagle doznaję olśnienia i wszystko jest odtąd usłane płatkami róż. Były trudności i zawahania, i takie cierpienie, które nie pozwalało mi spać, podnosić się z łóżka, musiałam zażywać leki, żeby w ogóle funkcjonować. To było bardzo trudne, ale wiem, że wtedy wielu ludzi modliło się za mnie, chociaż udawałam, że wcale tego nie potrzebuję, że sobie poradzę. Jednak szczerze w to wątpiłam i w głębi serca potrzebowałam pomocy tych, którzy mnie otaczali.
 
„Napisałam tę książkę jako świadectwo. Nie tyle dla siebie, ile dla ciebie, drogi Czytelniku”…
– Pierwsza wersja mojej książki była czystą autoterapią, w której wyrzucałam z siebie wszystko; właściwie trudno to nazwać książką, raczej: brudnopisem duszy. Ale na przestrzeni tych kilku lat doszłam do wniosku, że ja to już przeszłam, dało mi to siłę, a są osoby, które tej siły też potrzebują i dlatego to jest świadectwo: jako dowód zmagań, cierpienia, ale i światła, które z tego wynikło.
To, co teraz można przeczytać, jest trzecią, przepracowaną wersją. Celowo nie pojawiają się tam szczegółowe opisy molestowania, bo uważam, że to nie jest sensem. Osoba, która doświadczyła podobnej traumy, będzie wiedziała, co miałam na myśli.  
 
W komentarzach czytelników pojawia się i taki głos: „moja złość dotykała również rodziców ofiary, że nie zauważyli tego koszmaru, jaki przeżywa ich własne dziecko”. Często rodzice nie widzą?
– Rodzice nigdy nie zakładają aż tak brutalnych scenariuszy wobec swoich dzieci, nie myślą: moją córkę może ktoś molestować, gwałcić. Z drugiej strony – takie rzeczy są dobrze kamuflowane. Wiedziałam, że muszę to kryć, więc kryłam najlepiej jak potrafiłam i rodzice nie mieli możliwości zobaczenia tego, co się działo. Dlatego to nie jest ich wina – tak jak nie było to moją winą, tak nie było też ich. Nie mieli możliwości, żeby to dostrzec, bo potrafiłam nosić maski, robić kamuflaż, żeby to nie było rozpoznawalne.
 
To pokazuje jak głęboki jest mechanizm manipulacji, w który uwikłana jest ofiara. Pani po prostu nie była sobą.
– Tak, to prawda. To pokazuje schematy tego mechanizmu, chociażby to, że to ma być tajemnica, że on nikomu nie powie – czyli sygnał, że ja też mam nie powiedzieć, bo skoro on nie powie, to tym bardziej ja. Dlatego graniczyło z cudem, żeby ktokolwiek mógł się domyślić. Może jeszcze gdyby ktoś mieszkał razem z tym księdzem… Była co prawda gosposia, ale myślę, że ona mogła nawet nie wiedzieć, że ja tam jestem, to wszystko działo się ukradkiem: wejście tylnymi drzwiami, potem schodami na górę…
Nawet gdyby ta kobieta się domyślała albo miała jakieś podejrzenie, myślę, że mogłaby to szybko odtrącać, bo wtedy wielu ludzi związanych z Kościołem odrzucało od siebie takie rzeczy. W ogóle się o tym nie mówiło, to był temat tabu. Ja też nie wiedziałam, co to znaczy: molestować kogoś, to też musiało mi zostać uświadomione.
 
W końcu stwierdziła Pani: dość i postanowiła się z tego wyrwać.
– Musiał mnie wtedy natchnąć Duch Święty – bo nie wiem, dlaczego tak zrobiłam. Zachowałam kilka SMS-ów od niego, w których ewidentnie pokazuje, kim był, i które stanowiły wyraźny dowód, ale przecież byłam tak młoda i słaba, że właściwie nie wiem, jak to się stało, że zdecydowałam się na taki krok. Chyba nie miałam też świadomości, że już nie będzie odwrotu.
 
Powiedziała Pani: „wtedy się nie mówiło” – to wydarzyło się dawno temu?
– Obecnie jestem na studiach, więc to było stosunkowo niedawno, a jednak dla mnie dawno. Myślę, że na przełomie tych kilku lat dużo się zmieniło, dziś mówi się o tym. Ale są też skutki uboczne, bo wielu generalizuje Kościół i wrzuca wszystkich do jednego worka. Nie powinno tak być, bo w ten sposób można mówić o każdym zawodzie, nie tylko o księżach. Gdy czytamy statystyki – nie są oni na pierwszym miejscu, jeżeli chodzi o wykorzystywanie, niemniej to jest straszne i demoralizujące, bo po takich mężczyznach spodziewa się, że będą zbliżać do Boga tych, którzy zostali im powierzeni. Wielu z nich nie zostało jeszcze pewnie zdemaskowanych, ale uważam, że musi dojść do takiego oczyszczenia.
W przypadku księdza, który skrzywdził mnie, myślę, że to było zamierzonym celem: jego droga, pójście do seminarium.
 
Pyta go Pani o to, kiedy usłyszał głos powołania. Odpowiada: nigdy…
– Nie było więc tak, że nagle coś mu się zmieniło, wiedział, że będzie mógł się tam ukryć. 
Spotkałam się ze stwierdzeniem, że pedofil wytrzyma w Kościele 50 lat, a w więzieniu nawet trzech dni nie wytrzyma – myślę, że jest w tym sporo prawdy.
 
Gdy zdecydowała się Pani powiedzieć o tym, co ją spotkało, zwróciła się do wujka. Dlaczego nie do rodziców?
– Chciałam, żeby była to osoba, która spojrzy na to na chłodno i nie zareaguje aż tak emocjonalnie, jak reaguje każda matka, bo wiadomo, że pierwsza myśl, która się pojawia to: jak to, moje dziecko? Jak to możliwe? Rozpacz i ból powodują, że odchodzi na bok trzeźwe myślenie. Chciałam też, żeby był to ktoś, kto mi pomoże i powie rodzicom o tym, bo ja nie byłam w stanie im tego powiedzieć, potrzebowałam poręczyciela. Wiedziałam, że on mną trochę pokieruje, potrzebne było chłodne spojrzenie i przyjęcie tego „na klatę”, jego obecność była nam wszystkim potrzebna.
Najpierw pokazaliśmy rodzicom SMS-y, później wujek powiedział: Ania była molestowana. Tata pojechał, żeby z porozmawiać z tym księdzem, ale tego wieczoru nikt mu nie otworzył. Być może nie było go w domu, a może po moich sygnałach przeczuwał, że tak będzie i bał się. Do rozmowy doszło następnego ranka. Obiecał pojechać do kurii i przyznać się, tak też się stało. Później nasze spotkanie z biskupem i prawnikiem, wpłynięcie sprawy do prokuratury. Dostaliśmy też pomoc psychologiczną i wszystko zaczęło się wyjaśniać, ale to był bolesny proces.
Miałam wtedy taki stosunek do ludzi, że każdy jest chodzącym złem i nie należy do nikogo się zbliżać. Musiałam przez to przejść, udało się, nie trwało to wieki, ale też nie była to chwila, potrzebowałam około roku, żeby zmienić choć trochę swoje przekonania.
 
Chodziła Pani do szkoły, żyła zwykłym życiem czy wyłączyła się z niego?
– Zmieniłam na jakiś czas miejsce zamieszkania, chodziłam do szkoły, jednak pojawiły się depresyjne wątki, które nie pozwalały wstać mi z łóżka. Ten pierwszy rok był bardzo ciężki jeżeli chodzi o szkołę. Myślę, że mieszkanie dalej od domu wpłynęło na to, że mogłam to przeżywać tak, jak tego potrzebowałam, bo nikt nie zakłócał mojego spokoju, nie byłam rozdrażniona. Pomagały mi częste sesje z psychoterapeutą, które odbywałam też czasami online, bo sesja tygodniowo to było dla mnie za mało.
 
Co Pani czuje teraz?
– Ulgę i radość, że to już minęło, że jestem wolna, wyrzuciłam z siebie to wszystko, że się oczyściłam. Wdzięczność za siłę, którą dostałam, radość, że ukazała się ta książka i nadzieję, że ona może komuś pomóc.
Książka została napisana pod pseudonimem, to był trudny wybór, do ostatniej chwili przed pójściem jej do druku nie wiedziałam, co zrobić. Nie mówię, że jest to decyzja dożywotnia, może kiedyś będę chciała spotkać się ze swoimi czytelnikami, ale jeszcze teraz nie jestem na to gotowa.
 
Wiele osób będzie Pani bardzo wdzięcznych za tę książkę, ale być może zetknie się też Pani z hejtem. Nie boi się Pani łatki „katocelebrytki od molestowania”?
– Boję się, ale mam wiele osób, które mnie wspierają i dają mi poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że nawet gdy przyjdą ciężkie chwile i pojawi się hejt, to przetrwam go. Nie napisałam tej książki po to, żeby inni mówili, że to jest fantastyczne. Myślę, że jej cel jest silniejszy.
 
Do tego, by ją wydać, zainspirowała Panią Regina Brett.
– Jadąc pociągiem, czytałam jej ostatnią książkę Mów własnym głosem i wtedy pojawiła się myśl, żeby wysłać książkę do tego właśnie wydawnictwa – i tak zrobiłam.
Mimo że mogą pojawić się tacy, którzy uznają mnie za celebrytkę, to moim założeniem nie było wzbogacić się na swojej tragedii. Dla mnie najważniejsze było, żeby on się przyznał.
 
I zrobił to.
– Nie wiem, jak to się stało, bo trzy dni wcześniej mówił, że do niczego się nie przyznaje, a po trzech dniach poprosił o kolejne przesłuchanie i przyznał się do winy.
 
Barbara Smolińska, psychoterapeutka zaangażowana też w inicjatywę „Zranieni w Kościele” w wywiadzie dołączonym do Pani książki mówi: jeśli 10- czy 12-latka nie rozmawiała z mamą o seksualności, łatwiej będzie ją wykorzystać. Pani rozmawiała? I czy taka rozmowa lub dobre relacje z rodzicami są gwarancją, że nie stanie się nic złego? 
– Gdy dzieje się coś złego, co jest uwarunkowane manipulacją albo zastraszeniem, nie pomoże żadna dobra relacja, bo człowiek jest wtedy osaczony i podąża już za czymś innym. Osoba, która molestuje, to nie jest ksiądz z ulicy, który nie zna ofiary; lekarz, który wykorzystuje, nie wykorzysta obcego pacjenta – no chyba że ten jest niepełnosprawny, ale najczęściej musi wywiązać się jakaś więź. Myślę, że ten wywiad jest bardzo potrzebny, przydałoby się więcej, może szersza książka na ten temat. W moim życiu nie wszystko jednak się sprawdziło. Ale bardzo dobrze, że ludzie się dowiedzieli, że jest telefon „Zranieni w Kościele”, bo ja na przykład nie wiedziałam.
 
Wtedy go jeszcze nie było…
– A jeżeli chodzi o rozmowy z rodzicami: to nie było tak, że nie wiedziałam, czym jest seksualność. Wiedziałam, ale nie potrafiłam tego przełożyć na to, co się działo. Myślę, że nawet jeśli rodzice rozmawiają z dziećmi na te tematy, to mało kto, mówiąc kolokwialnie, wykłada kawę na ławę i mówi wprost, co czym jest i jak wygląda. Z zasłyszanych informacji w wyobraźni dziecka tworzy się pewien obraz. To nie jest gwarancja, że nic złego się nie stanie.
 
Gdy Pani historię przeczyta ktoś, kto doświadczył wykorzystania seksualnego, pomyśli: to o mnie?
–  Chciałabym, żeby nikt nie czuł się zobowiązany wobec tego, co jest w książce, zarówno w części, którą ja napisałam, jak i w wywiadzie, bo każdy ma swoją historię. One oczywiście mają podobny schemat: manipulację, piętno, jakie czuje ofiara, ale jednak są różnice w przeżywaniu i wychodzeniu z tego.
Najważniejsze – i w takiej sytuacji, i w życiu – jest, by podążać za swoim pragnieniem i być na tyle odważnym, żeby mieć swoje zdanie, bo każda sytuacja, która wydaje się bez wyjścia, ma swoje światło. Warto iść za głosem nadziei, który drzemie w każdym z nas, bo to jest kluczem do przejścia przez życie.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki