Logo Przewdonik Katolicki

Chiny: bez głodu, ale i bez wolności

Jacek Borkowicz
fot. Cao Can PAP/ Photoshot

Komuniści stopniowo kasują wprowadzone wcześniej w Chinach reformy. Musimy znowu nieco dokręcić śrubę – zdaje się tłumaczyć Chińczykom partia – aby kraj nasz trwale wybił się na pozycję światowego lidera.

1 października pekiński plac Tiananmen – od sześciu już stuleci czołowe miejsce historycznych wydarzeń w Chinach – stał się areną kolejnego spektaklu: 70-lecia Chińskiej Republiki Ludowej. Tysiące uczestników, wykrzykując hasła poparcia dla rządu, przemaszerowało przed trybuną z najwyższym kierownictwem kraju, na czele z szefem partii oraz prezydentem Xi Jinpingiem. Olbrzymie portrety sekretarza generalnego niesiono też w pochodzie. Pod tym względem Chiny nie zmieniły się od czasów Mao, chociaż zewnętrznie kraj, a przynajmniej jego miasta, znacznie zbliżył się wyglądem do typowych państw Zachodu.
 
Kolejny skok
Dzisiejsze Chiny, walczące ze Stanami Zjednoczonymi o status pierwszego supermocarstwa świata, z dumą przypominają rok 1949, w którym, pod sztandarem Mao Zedonga, zdobyli tu władzę miejscowi komuniści. Jednak 70-letni rozdział najnowszych dziejów tego kraju nie jest prostą drogą do chwały. Przeciwnie, nie brak tam wybojów i katastrof, na czele z wielkim głodem lat 1958–1962, który według najnowszych, kompetentnych ustaleń pochłonął życie 45 mln Chińczyków – jedną dziesiątą ogółu mieszkańców wsi. Głód został z premedytacją wywołany polityką Mao, który w ramach tzw. Wielkiego Skoku chciał zrewolucjonizować archaiczną, postfeudalną gospodarkę chińskiego subkontynentu. Była to więc zbrodnia przeciw ludzkości, której skala niepomiernie przerasta dwie inne największe zbrodnie XX wieku: Hołodomor na Ukrainie i Zagładę europejskich Żydów. Na jej tle blednie także kolejna katastrofa, tzw. Rewolucja Kulturalna lat 1966–1976, której ofiarą padło „zaledwie” 2 mln chińskich obywateli. Jej sprawcą był także Mao.
Po śmierci tego arcytyrana Chiny, pod przywództwem Deng Xiaopinga, wkroczyły w okres łagodzenia polityki przemocy oraz wprowadzania, w ograniczonym zakresie, rozwiązań gospodarczych znanych współczesnym demokracjom Zachodu. To poluzowanie kagańca było dla Chińczyków, znanych z energii oraz wytrzymałości, impulsem do rzeczywiście imponującego wzrostu poziomu życia. Dzisiaj 1,5 mld obywateli tego państwa reprezentuje największą na świecie, a do tego stabilną strukturę społeczną. O widmie głodu dawno już tu zapomniano.
Trzeba jednak pamiętać, że pod względem ustrojowym oraz politycznym niewiele się tutaj zmieniło. Chiny są nadal, przynajmniej z nazwy, państwem komunistycznym, nadal też – tym razem z pewnością realnie – sprawuje tutaj władzę jedna i tylko jedna partia. Rządzący od 2012 r. Xi Jinping umacnia jeszcze te tendencje, stopniowo kasując reformy wprowadzone za czasów Deng Xiaopinga. Musimy znowu nieco dokręcić śrubę – zdaje się tłumaczyć Chińczykom – aby kraj nasz trwale wybił się na pozycję światowego lidera.
 
„Aktywna obrona”
Kluczowy punkt pekińskich obchodów stanowiła wojskowa defilada. A nie była to zwyczajna, coroczna parada reprezentacyjnych oddziałów. Defilada 1 października, z racji jej skali (15 tys. żołnierzy) oraz rangi, jaką przydała jej oficjalna propaganda, stała się wydarzeniem precedensowym. Co więcej, jest ona symbolicznym wyrazem zmiany militarnego kursu Pekinu.
Dotychczasowa doktryna wojenna Chin bazowała na utrwalonym przekonaniu, że każdego najeźdźcę Chińczycy z czasem „czapkami zakryją”. Istotnie, w ciągu tysiącleci historii ten kraj przeżył wiele najazdów, jednak każdy ze zdobywców, włącznie z Mandżurami, ostatecznie ulegał – militarnie lub kulturowo – olbrzymiej masie chińskiego ludu. Również militarna doktryna Chin Ludowych, przez prawie 70 lat ich istnienia, skupiała się na defensywie, zakładając, że przeciwnik, nawet zwycięski, przegra w nieznanym mu terenie z miejscową partyzantką.
Ową strategię właśnie odłożono do lamusa. Przyjęta w 2015 r. nowa doktryna, nominalnie nadal obronna, zakłada nieznane dotąd Chińczykom, znaczne poszerzenie pojęcia obrony. Odtąd Chiny mają prawo do „obrony własnych interesów” w licznych krajach świata, nie wyłączając nawet Afryki. Do potrzeb nowej doktryny dostosowuje się także czołową broń chińskiej armii: marynarkę i siły przeciwlotnicze, nadając im możliwości ofensywne. Latem 2017 r. chińskie okręty wojenne pojawiły się nawet na Bałtyku, w ramach wspólnych, rosyjsko-chińskich manewrów morskich.
Chińska armia nie podlega, jak w innych krajach, rządowi, ale partii komunistycznej. Ma pod bronią prawie 2,5 mln żołnierzy, co czyni ją najliczniejszą siłą zbrojną na świecie. W razie zagrożenia jest w stanie szybko zmobilizować 7 mln. A w przypadku długotrwałego konfliktu pozostaje jeszcze ponad 200 mln rezerwistów.
 
Oaza prawdy
Defilada była także ostrzeżeniem dla Hongkongu, gdzie od kilka miesięcy trwa masowy protest przeciw łamaniu autonomii tego miasta, połączonego z resztą Chin swoistą unią dwóch systemów społecznych w ramach jednego państwa. Od 1997 r. Hongkong nie jest już brytyjską kolonią, ale w ramach układu z ustępującym Londynem zagwarantowano tu wewnętrzne swobody. Jedną z nich jest prawo mieszkańców miasta do bycia sądzonymi na własnym terytorium. To prawo jest obecnie jawnie łamane, gdyż Pekin, wbrew woli 7-milionowej społeczności, chce przepchnąć ustawę umożliwiającą ekstradycję przestępców w głąb Chin. A to by praktycznie oznaczało rozszerzenie na Hongkong kategorii więźniów politycznych.
Od kilku tygodni wokół granic Hongkongu skoncentrowano jednostki wojskowe, włącznie z pancernymi, gotowe w każdej chwili wkroczyć do zbuntowanego miasta. Pekin jeszcze się na to nie decyduje, ale nie wydaje się, by miał sobie odpuścić. Stawka – prestiżowa i gospodarcza – jest tutaj zbyt wysoka. Nie mówiąc już o tym, że Chiny Ludowe na przykładzie Hongkongu mogą stosunkowo niewielkim kosztem przetestować, w jaki sposób zgniatać opór w kolejnych już, tym razem suwerennych państwach demokratycznych. Do takich działań uprawnia przecież Pekin przyjęta w 2015 r. strategia „aktywnej obrony”.
Jest jeszcze jeden, może nie najważniejszy, ale moralnie istotny aspekt tej próby sił. Hongkong jest w tej chwili jedynym ośrodkiem naukowym na świecie, w którym poważnie bada się takie rozdziały chińskiej historii, jak na przykład wielki głód lat 1958–1962. Przyczyna jest prosta: na Zachodzie nie ma kadr umiejących przeczytać pisane piktogramami dokumenty, natomiast w kontynentalnych Chinach takie badania są praktycznie zakazane. Upadek Hongkongu przekreśliłby więc możliwość mówienia prawdy o najnowszej, 70-letniej historii Państwa Środka.
 
Największa armia świata
2,5 mln żołnierzy pod bronią
7 mln gotowych do szybkiej mobilizacji
200 mln rezerwistów
 
45 mln Chińczyków zginęło w latach 1958–1962 wskutek wielkiego głodu wywołanego polityką Mao

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki