Logo Przewdonik Katolicki

Aby się łatwiej odchodziło

Weronika Frąckiewicz
fot. Agnieszka Sozańska

To nie tak, że tam śmierć przechadza się po korytarzach, szukając swoich ofiar. W hospicjum nie śmierć króluje, ale życie, które do ostatnich chwil szuka relacji.

Borys był na dostawce. Tak nazywamy w hospicjum łóżko na korytarzu. Pacjenci leżą na nim wtedy, gdy w salach wszystkie miejsca są zajęte. Od razu przykuł moją uwagę: spod spojrzenia pełnego bólu wydobywał się delikatny blask, na tyle silny, że odbierał fokus cierpieniu obezwładniającemu jego ciało. Nigdy się nie uskarżał, najwyżej w trakcie rozmowy zagryzał mocno wargi i szeptał coś po rosyjsku. W ciągu tych kilku tygodni znacznie poszerzył moje horyzonty myślowe. Opowiadał mi o roślinach z syberyjskiej tajgi, o historii malarstwa rosyjskiego, o tajnikach rysunku i o tym, co działo się w radzieckim wojsku. Nie wypytywałam go o nic. W jego opowieściach szłam tylko tam,  gdzie sam chciał mnie zabrać. Aż pewnego razu jego łóżko było puste. Okazało się, że wyszedł z hospicjum, aby umrzeć w domu ludzi dobrej woli, zapoznanych w Kościele zielonoświątkowym, którego był członkiem. Widząc łzy w moich oczach, pielęgniarka opowiedziała mi jego historię: był bezdomnym malarzem z Rosji, alkoholikiem. W Polsce znalazł się przypadkiem. Hospicjum było jego pierwszym stałym miejscem pobytu od bardzo długiego czasu, miejscem, w którym poczuł się godnie.

Słowo hospicjum wywodzi się z łacińskiego hospes, czyli gość. Pojęcie sięga swoich początków w dawnej Szkocji i oznacza miejsce przyjmujące i otaczające opieką podróżnych. Według danych z 2018 r. w Polsce funkcjonuje 115 hospicjów stacjonarnych posiadających 2260 łóżek. Na pewno nie wszystkie z nich odpowiadają w pełni tej łacińskiej etymologii. Jedno jest natomiast pewne: To nie umieralnie, w których śmierć przechadza się po korytarzach, zbierając sowite żniwo. To miejsce, w którym dotyka się życia przez duże „Ż”.
 
Dostawca dżemu
Pracę w hospicjum wyobrażała sobie zupełnie inaczej. W gruncie rzeczy, nawet trochę się bała. Pierwsze zdziwienie ogarnęło ją, gdy przekroczyła drzwi budynku: korytarz obrośnięty dzikim winem, ryby w małym stawku i obrazy na ścianach, nijak się miały do wcześniejszych wyobrażeń tego miejsca. Mirka była przekonana, że spotka tu tylko śmierć. Oczyma wyobraźni widziała siebie zapalającą na każdym dyżurze po kilka świeczek, przy odchodzących pacjentach. Dzisiaj, po dziesięciu latach pracy, mówi, że nieustannie spotyka tu życie. Początki były trudne, chciała się poddać: „Zupełnie nie wiedziałam, jak mam dotrzeć do chorych. Pamiętam jak pewna  pani nie chciała jeść. Bardzo się tym przejęłam. Wpadłam na pomysł, że przyniosę jej dżem, który zrobiłam kilka dni wcześniej. Pełna nadziei, codziennie wynosiłam zapasy z piwnicy. Nic to nie dawało, kobieta dalej nie chciała jeść. W pewnym momencie powiedziałam sobie stop, brak apetytu to normalny stan rzeczy w chorobie nowotworowej, ja jej nie uratuję, nie od tego tu jestem. Za parę dni kobieta umarła. Myślałam, że nie będę mogła tu pracować, przez żal i bezsilność wobec cierpienia. Nie pamiętam, w jaki sposób i kiedy, ale coś przeskoczyło w mojej głowie. Pogodziłam się z tym, że etapy odchodzenia są naturalną koleją rzeczy i trzeba to zaakceptować”.
 
Zatkany nos i uśmiech
Praca w hospicjum to nieustanne przenikanie się empatii z dystansem. Nie da się dobrze wykonywać swojej pracy, bazując tylko na jednym. Brak empatii przypłaca się znieczulicą, a brak dystansu w relacjach z pacjentami może doprowadzić do depresji lub wypalenia zawodowego. – Wychodzę z pracy i  potrafię zamknąć za sobą drzwi. Nie zabieram pacjentów do domu. Nie żegnam się, schodząc z dyżuru czy wyjeżdżając na urlop. Gdybym przywiązywała się do pacjentów emocjonalnie, długo bym nie popracowała – przyznaje Mirka. Z pacjentami nie miewa problemów. Zapytana czy zdarza jej się, że kogoś nie lubi, bez słowa namysłu odpowiada: „Nie, jestem tu dla nich, jakkolwiek byłoby czasem ciężko. A bywa ciężko, zwłaszcza w sferze doznań zmysłowych. Zapach ran nowotworowych jest okropny, nieporównywalny z niczym innym. Pamiętam, że pierwszy raz uderzył mnie z taką siłą, że musiałam odejść od łóżka pacjenta. Czułam, że lada moment zwymiotuję. Poprosiłam koleżankę, żeby opatrzyła ranę, a ja odeszłam za ścianę, żeby się uspokoić. Teraz po latach pracy udało mi się wypracować pewną technikę, która rozwiązuje ten problem. Nabyłam umiejętność wewnętrznego zatykania nosa. Mogę to robić godzinami bez szkody dla siebie i pacjenta. Po prostu oddycham tak, żeby nie wdychać zapachów. Czasem ktoś mnie zapyta, czy jestem przeziębiona, bo mówię jakbym miała katar, a ja odpowiadam, że chyba coś mnie  zawiało – śmieje się Mirka. – Dzięki temu mogę normalnie rozmawiać z pacjentami i uśmiechać się przy zmianie opatrunków. Czasem nie chce mi się iść do pracy. Mam świadomość, że to zmęczenie organizmu daje się we znaki, bo jest nas, pielęgniarek, za mało. Tak naprawdę kocham tu przychodzić, kocham to, co robię, kocham chorych, to jest mój ukochany zawód. Ja sobie go wymyśliłam przy chorej mamie, wtedy kiedy tak bardzo pilnowałam, żeby nie umarła.
 
Ostatnie rozmowy
Wchodząc do hospicjum jako wolontariusz, Agnieszka najbardziej bała się stanąć przy łóżku, na którym rok wcześniej umarła jej mama: „Bałam się emocji, że się rozkleję, że poczuję jej obecność, że tak po ludzku nie dam rady. Nic takiego się nie stało. Miałam ogromny spokój i myślę, że to dzięki temu, że moja mama odchodziła w hospicjum, ja mogę teraz więcej tym ludziom dawać”. Niektórych pacjentów szczególnie pamięta: „Doskonale pamiętam panią Basię. Mąż postanowił wyprawić jej imieniny w okolicach Barbórki. Zjechała się cała  rodzina i przyjaciele z różnych części Polski. Była już bardzo słaba, praktycznie całe przyjęcie spędziła w łóżku. W pewnym momencie złapała mnie za rękę, resztkami sił przyciągnęła trochę bliżej siebie i powiedziała: Ja wiem, po co tu jesteście i nie okłamuj mnie, że jest inaczej. Jesteście, aby nam łatwiej się odchodziło. Cztery dni później pani Basia odeszła, a ja jej słów nie zapomnę do końca życia”. Do hospicjum przychodzi dwa razy w tygodniu od prawie trzech lat: „Mam wrażenie, że czas się tu zatrzymuje, a to miejsce  emanuje olbrzymim spokojem. W środę zaczynam dyżur po 16.00, a na 19.00 mam kurs angielskiego w innej części miasta. Zdarza mi się, że sobie ten angielski odpuszczam. Zagaduję się z pacjentem, patrzę na zegarek i myślę, że tutaj są ważniejsze rzeczy do zrobienia. Często potem okazuje się, że to była ostatnia rozmowa tej osoby albo ostatni nasz kontakt”. Mimo że czasem jest trudno, hospicjum nie kojarzy jej się ze smutkiem: „Pamiętam pierwszą dziewczynę w moim wieku. Dziwnie się czułam, opiekując się moją rówieśniczką. Chciałam do niej codziennie jeździć, zobaczyć ją, porozmawiać. Miałyśmy dzieci w jednym wieku. Dziś kiedy ją wspominam i wielu innych pacjentów, którzy odeszli, zadziwia mnie to, że nie czuję smutku. Mam nadzieję. że jak przyjdzie moja pora, po drugiej stronie będzie na mnie czekał tłum”.
Czasem zdarza się, że pacjenci nie chcą wchodzić w żadne relacje z wolontariuszami. „Podeszłam kiedyś do Pani, która nie nawiązywała żadnego kontaktu. Próbowałam ją zagadywać, ale nie przyniosło to skutku. W pewnym momencie zapytałam, czy w ogóle chce rozmawiać. Odpowiedziała przecząco, a ja w tej samej chwili pogłaskałam ją po ręce. Pacjentka zdenerwowała się i powiedziała, żebym jej nie głaskała. Bardzo mnie to zaskoczyło. Przeprosiłam za naruszenie jej prywatności i poinformowałam ją, że gdyby czegoś potrzebowała, to jestem obok” – opowiada Agnieszka. Mimo że zdziwiła ją ta reakcja, wiedziała, że pacjent potrzebuje czasem zmierzyć się sam z tym, co przeżywa: „Stwierdziłam, że nie można robić niczego na siłę. Nieraz chory nie jest gotowy do rozmowy. Być może jest na tym etapie przeżywania choroby, w którym jeszcze się nie pogodził i chce być sam w swoim świecie. Wydaje mi się, że takie sytuacje powinniśmy też uszanować”.
 
Na przeciwległych krańcach zawodu
O bardziej skrajne miejsca na mapie zawodu pielęgniarki trudno: SOR i hospicjum. W jednym robi się wszystko, żeby życie przedłużyć, a w drugim nie mniej, aby ktoś spokojnie mógł odejść z tego świata. Życie zawodowe Zosi rozciąga się na tych dwóch płaszczyznach: „To są dwa miejsca trudne, pochłaniające energię fizyczną i psychiczną. Na SOR-ze robi się wszystko, żeby uratować życie i ma się olbrzymią satysfakcję, że uratowany może żyć dalej. W hospicjum cieszysz się z tego, że jesteś z kimś do ostatniej chwili jego życia. Tutaj pomaga się do ostatniej chwili, działa przeciwbólowo i przeciw dusznościom, ale pewnym faktom nie da się zaprzeczyć. Procesy chorobowe zachodzą tak daleko, że nie da się ich obrócić. Mimo wszystko i w hospicjum i na SOR-ze  jest satysfakcja, że pomaga się ludziom”. Na początku swojej pracy nie potrafiła powiedzieć stop. Trudno jej było zrozumieć, że jak ktoś odchodzi, to trzeba mu na to pozwolić, a nie uporczywie podtrzymywać go przy życiu: „Czas pozwolił mi przepracować to, że w hospicjum potrzebne jest słowo «koniec». Wielokrotnie jest tak, że podchodzi się do pacjenta, podaje mu się leki przeciwbólowe, przeciw dusznościom,  a on za chwilę  i  tak umiera. Nie umiałam się z tym pogodzić Najbardziej pomogły mi w tym rozmowy z innymi pielęgniarkami i wsparcie lekarzy. Z drugiej strony są również i tacy pacjenci, którzy przychodzą do hospicjum tylko po to,  aby ustawić im leki przeciwbólowe, a potem wychodzą do domu”.
 
Ból niezrozumienia
W hospicjum ceni sobie to, że wszystko odbywa się wolniej, może pobyć przy pacjencie, porozmawiać: Na SOR-ze nie ma możliwości bliskich kontaktów z pacjentem. – Podchodzę, robię to, co trzeba i odchodzę. Tutaj podoba mi się, że mogę podejść, jak wkuwam igłę mogę pogłaskać, otoczyć pacjenta większą troską, mogę porozmawiać, trochę wgłębić się w jego życie. Niektórzy pacjenci lubią, jak człowiek się nimi zainteresuje. Trzeba tylko wyczuć, czego pacjent potrzebuje w sferze emocjonalnej i robić to z taktem i umiarem – wyznaje Zosia. Świat w hospicjum nie jest czarno-biały. Zdarzają się sytuacje bardzo trudne, w których jedynym punktem oczywistym jest dobro pacjenta. Tak jak wtedy, kiedy umierała  Maria. Towarzyszył jej dorosły syn i mąż. Jej proces odchodzenia się przedłużał. W drzwiach dyżurki pielęgniarek nieustannie pojawiał się mąż, który mówił tylko: Ból, ból, ból. Kobieta otwierała oczy, nie zdążyła nic powiedzieć, a syn z mężem wymagali podania leków przeciwbólowych: „W pewnym momencie miałam olbrzymi kryzys. Nie zastanawiałam się, jak wytrzymam z pacjentką, ale jak zrozumieć tę rodzinę. Wiedziałam tylko jedno: trzeba robić wszystko, żeby nie skrzywdzić pacjenta”. – Leki przeciwbólowe działają uśmierzająco, ale i usypiająco: Ja zawsze sobie myślę, że jeśli rodzina chce, żeby pacjent spał, nie oznacza że on tego chce. Być może chce zostać do końca świadomy. Bardzo zastanawiałam się, jak o tym im powiedzieć, żeby nie zostać źle odebraną. Niestety nie zrozumieli. Do końca był między nami chłód i nieprzyjemny dystans. Z drugiej strony myślałam sobie, że gdybym to ja była na ich miejscu, może zachowywałabym się podobnie – wyznaje Zosia.
 
 
---
Kiedy myślę o hospicjum stają mi przed oczyma setki twarzy i historii. Pięć lat mojego wolontariatu maluje obraz, który wraz z upływającym czasem odsłania nowe barwy. Wiele pytań dotyczących ludzkiego życia i cierpienia ciągle pozostaje we mnie bez odpowiedzi. Oczywistym jest, że najlepiej odchodzi się w domu wśród najbliższych, czasami jednak z różnych powodów nie jest to możliwe. Hospicjum jest miejscem, które wychodzi naprzeciw tym wszystkim powodom, a dodatkowo sprawia, że każdy z pacjentów ma stworzone godne warunki do przebycia tego ostatniego etapu naszego ziemskiego życia, etapu, który prędzej czy później czeka każdego z nas.

 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki