Logo Przewdonik Katolicki

Selektywne aborcje w Indiach

Jacek Borkowicz
fot. Pixabay

Aż 50 tysięcy indyjskich dziewczynek pada co miesiąc ofiarą selektywnej aborcji. Giną tylko z jednego powodu: swojej płci.

Indyjski obyczaj, preferujący chłopców jako żywicieli rodziny, często dyskryminuje dziewczynki jako rzekomo nieprzydatne rodzicom. Dzieje się tak szczególnie w rodzinach biednych, a także zacofanych. A ponieważ bieda i zacofanie to zjawiska w Indiach powszechne, również powszechnych rozmiarów nabrała praktyka selektywnych aborcji.
 
Kobietobójstwo
Powyższa liczba bynajmniej nie jest przesadzona, a jeżeli miałoby się ją korygować, trzeba by ją tylko podwyższyć. Już w 2015 r. indyjska minister do spraw kobiet Maneka Gandhi alarmowała, że w jej kraju każdego dnia dwa tysiące dziewczynek ginie gwałtowną śmiercią, na ogół zadaną przez własnych rodziców. W te przerażające wskaźniki Gandhi wliczała także dziewczynki zamordowane już po urodzeniu, na ogół przez uduszenie poduszką. Według danych portalu lifenews.com w ciągu ostatnich 20 lat zginęło w ten sposób aż 60 milionów nienarodzonych lub nowonarodzonych dziewczynek. Ten niewiarygodny na pozór szacunek pokrywa się jednak w opublikowanym w ubiegłym roku raportem indyjskiego rządu, który analizując dane oraz trendy naturalnego przyrostu w ciągu ostatnich dwóch dekad, dopatrzył się braku 63 milionów osób płci żeńskiej. Specjaliści uważają że padły one ofiarą wyżej wymienionych morderczych praktyk.
Ich masowa skala sprawia że niektóre środowiska mówią wręcz o „kobietobójstwie” (gendercide), które na oczach rządu w Delhi dokonuje się w Indiach. To nie przesada, jeśli uświadomimy sobie, że w ten właśnie sposób statystycznie jedna na cztery hinduskie dziewczęta nie dożywa pełnoletniości. Tenże sam rządowy raport mówi przecież także o 21 milionach dziewczynek urodzonych, lecz niechcianych we własnych rodzinach. Ich los – aż do czasu gdy nie znajdą mężów – jest wysoce niepewny.
W ostatnich dniach w mediach całego świata głośno było o Uttarkashi, słabo rozwiniętym powiecie regionu Uttarakhand, leżącego na południowych stokach Himalajów. W ciągu trzech miesięcy w 132 wioskach owego powiatu (to ponad jedna czwarta jego całej populacji) nie zanotowano urodzin ani jednej dziewczynki. W szesnastu wioskach spośród wymienionych nie było takiego przypadku od co najmniej pół roku! Przyczyna, rzecz jasna, nie leży tu po stronie natury, lecz człowieka: dziewczynki w tych wioskach są permanentnie „usuwane” – przed lub zaraz po porodzie. W jaki konkretnie sposób? Trudno dociec, ponieważ ludzie robią to po kryjomu. Selektywna aborcja od 1994 r. jest w Indiach zakazana, ale mimo to nadal jest zjawiskiem powszechnym. Rząd ogłosił inkryminowane wioski „czerwoną strefą” ze wzmożoną kontrolą urodzin, jednak takich miejsc, jak powiat Uttarkashi, jest w Indiach dużo więcej.
 
Ciemna strona kulturowych korzeni
Dyskryminacja kobiet w hinduskiej kulturze to temat znany od dawna. Kto z nas nie emocjonował się przygodami sir Fileasa Fogga (W 80 dni dookoła świata Juliusza Verne’a), ratującego przed stosem młodą indyjską wdowę? Obyczaj sati, według którego kobieta powinna dać się spalić wraz ze zwłokami swojego męża, choć nielegalny od dwustu lat, nadal – choć sporadycznie – jest w Indiach praktykowany. W 1987 r. spory rozgłos zyskała sprawa 18-letniej, pięknej Roop Kanwar z miasteczka Deorala w Radżastanie, która odziana w ceremonialny strój, dobrowolnie poszła na stos tragicznie zmarłego równolatka, poślubionego przez nią zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Samospaleniu Roop Kanwar przyglądały się setki mieszkańców Deorala, władze próbowały niektórych z nich oskarżyć o współudział w morderstwie. Ale jak tu walczyć z tradycją?
Po tym wydarzeniu odnotowano szereg następnych przypadków sati, choć w większości z nich nie wiadomo, czy kobieta na samospalenie się zgodziła, czy też ją do tego przymuszono.
Dalekim od sporadyczności problemem są natomiast gwałty. Hinduski padają ich ofiarą statystycznie co 20 minut. Zresztą nie tylko Hinduski, gdyż ostatnio coraz więcej doniesień mówi o napastowanych białych turystkach z USA i Europy, także z Polski. Ofiary gwałtów to często nawet kilkuletnie dzieci.
W 2012 r. krajem wstrząsnęła historia z Munirka, przedmieścia New Delhi, gdzie sześciu mężczyzn zgwałciło i śmiertelnie pobiło 23-letnią studentkę medycyny. Działo się to w autobusie, który w czasie napadu nadal krążył uliczkami dzielnicy. Czterech spośród winowajców skazano na powieszenie, lecz wyroku, jak dotąd, nie wykonano. Było to ostatnio przyczyną gwałtownych wystąpień mieszkańców indyjskiej stolicy, którzy domagają się surowych kar dla gwałcicieli.
Nieco inaczej wygląda problem na odległej prowincji. Tam z reguły ofiary znają swoich dręczycieli, lecz boją się zgłaszać gwałt na policji, która trzyma ze sprawcami. A gdy nawet sprawa trafi do sądu, lokalni notable stają murem za gwałcicielami, nierzadko ich kuzynami lub powinowatymi. Repertuar tłumaczeń brzmi tutaj podobnie jak w innych małych miasteczkach reszty świata: to jej własna wina – po co się tak wyzywająco ubierała?
 
Badania prenatalne jako pretekst
Jednak myliłby się ten, kto na ławie oskarżonych chciałby umieścić jedynie patriarchalną hinduską tradycję. Do starego jak świat zjawiska dyskryminacji indyjskich kobiet przyłożyły też rękę zachodnie, „postępowe” organizacje monitorujące wzrost populacji krajów o małym uprzemysłowieniu, a wysokim przyroście naturalnym. Widząc zagrożenie w nadmiernym, ich zdaniem, przyroście ludności Indii, instytucje takie jak fundacje Forda i Rockefellera, Population Council, Planned Parenthood Federation, a nawet niektóre konsorcja, jak np. General Electric, zaangażowały się w szeroką akcję zaopatrzenia miast i miasteczek tego azjatyckiego subkontynentu w aparaturę do badań prenatalnych. Oczywiście badaniom jako takim nie można niczego zarzucić. Gorzej że w hinduskiej praktyce stały się one pretekstem do wykrywania płci nienarodzonego dziecka. Stąd właśnie wzięła się plaga selektywnych aborcji, z którą od ćwierć wieku nie może sobie poradzić rząd Indii.
Problem ten już w 2013 r. stał się przedmiotem debaty w Kongresie USA. Jako pierwsza zwróciła nań uwagę Amerykanka Jill McElya. Zwiedzając w 2009 Indie spotkała Hinduskę, która przyznała jej, że urodziła się jako dwunasta dziewczynka w rodzinie, zaś wszystkie jej nienarodzone poprzedniczki zostały zawczasu „usunięte” przez zapobiegliwych rodziców. Od tej pory kierowany przez nią projekt „Niewidoczna dziewczynka” (Invisible Girl Project) bada i odkrywa przed opinią publiczną sprawy ukryte dotąd przed wzrokiem świata.
 
60 mln
nienarodzonych lub nowonarodzonych dziewczynek zginęło w Indiach w ciągu ostatnich 20 lat

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki