Logo Przewdonik Katolicki

Światło na zakręcie

Monika Białkowska
Fot. East News

Potrzebujemy księży. Potrzebujemy im ufać. To jest potencjał, który ocali Kościół w trudnym czasie.

Jeśli prześledzić medialne doniesienia o kolejnych zatrzymaniach księży, uderza zaskakujący dość fakt: wierni w zdecydowanej większości przypadków bronią swoich księży i nie chcą przyjąć do wiadomości, że mogą być przestępcami. To, co wydaje się naiwnością, w gruncie rzeczy pokazuje nam, że w ciemnym tunelu, w którym się znaleźliśmy, widać wyraźne światełko.
 
Krajobraz przed
Grudzień 2014, diecezja łowicka. Ksiądz skazany prawomocnym wyrokiem za molestowanie ministrantów. Na ogłoszeniu wyroku obecni są parafianie, którzy głośno protestują, gdy słyszą sentencję wyroku. Ich proboszcz nie może być pedofilem, wyrok jest niesprawiedliwy, ktoś się na niego uwziął.
Lipiec 2015, diecezja zielonogórsko-gorzowska. Ksiądz oskarżony przez dzieci o niewłaściwe zachowania publicznie przeprasza. Po pewnym czasie przyjeżdża po niego policja, zostaje aresztowany. Prokuratura kieruje akt oskarżenia do sądu. Parafianie proboszcza bronią. – Nie wierzymy, że jest winny – mówią. – Może jest cholerykiem, ale na pewno nie jest pedofilem. To są oszczerstwa. Dzieci przyszły ze szkoły i opowiedziały jakąś historię, a w oczach rodziców urosła do niewiarygodnych rozmiarów. Wszystko przez to, że mówi się tyle o pedofilii, zwłaszcza wśród księży. Nie ma lepszego księdza, jest taki kochany!
Październik 2015, diecezja kielecka. Ksiądz aresztowany między innymi pod zarzutem gwałtu na nieletniej. Przyznał się do zarzutów. Parafianie mówią: – Pewnie ktoś chce od niego wyciągnąć pieniądze. To jest bardzo dobry człowiek i ksiądz! To jest niemożliwe.
Listopad 2015, diecezja opolska. Ksiądz oskarżony został o współżycie z głuchą nastolatką. Biskup odwołał go z parafii, do sądu wpłynął akt oskarżenia. – Dusza człowiek, nie rozwalał pieniędzy, każdemu pomógł – mówią parafianie. – W życiu nie powiedzielibyśmy na niego złego słowa. Coś w tym prawdy musi być, skoro sprawa jest w sądzie. Ale może to dziecko zemdlało i ksiądz je podtrzymał, złapał gdzieś.
 
Bolesny punkt
Tak wyglądała sytuacja przed filmem Kler. Po jego publikacji CBOS zrobiło badania i wydało raport „Reakcje opinii publicznej na informacje o przypadkach pedofilii wśród księży”. Wynika z niego, że tuż po ukazaniu się filmu, w maju tego roku ocena działalności Kościoła znacząco się pogorszyła, żeby w czerwcu nieznacznie wzrosnąć (nieco późniejsze dane pokazują, że w lipcu nastąpił ponowny spadek, czerwcowy wzrost był więc chwilowy). 51 proc. badanych uważa, że reakcja Kościoła w Polsce na ujawniane informacje o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich jest niewłaściwa, 67 proc., że niewystarczająca. Aż 87 proc. twierdzi, że Kościół, nie reagując we właściwy sposób na przypadki pedofilii, sam doprowadza do obniżenia swojego autorytetu.
Taka negatywna ocena Kościoła i spadek zaufania wobec niego ma miejsce raczej w większych miastach, raczej wśród ludzi lepiej wykształconych i – co ważne! – wśród tych, którzy przyznają, że praktykują rzadko.
 
Krajobraz po
Tymczasem media w ostatnich dniach donoszą o kolejnych zatrzymaniach – będących dowodem na to, że wdrażane procedury ochronne działają.
Czerwiec 2019, diecezja legnicka. Matka zgłosiła, że ksiądz niewłaściwie dotykał jej córkę, idącą do Pierwszej Komunii Świętej. Do prokuratury zaczęły zgłaszać się wówczas inne osoby, wykorzystywane przez tego samego księdza 30 lat temu. Parafianie stoją po stronie proboszcza, zbierają podpisy pod pismem do sądu, prosząc o jego zwolnienie z aresztu. Matce dziewczynki przestali mówić „dzień dobry”. – Dzieci go uwielbiały, lgnęły do niego. Jak się z nimi modlił, wszystkie się przepychały, żeby stać bliżej. Jak szły rano do szkoły, to stał przy drodze i piątki im przybijał. Za dobry był po prostu.
Lipiec 2019, diecezja tarnowska. Toczy się postępowanie przeciwko księdzu, który w ciągu dziewięciu lat skrzywdzić miał przynajmniej piętnaście osób. – I pomyśleć, że założył parafię… I że był tak bardzo szanowany – można przeczytać w komentarzach na ten temat. – Wydawało się, że sprawy pedofilii kapłanów nas nie dotyczą, że może są gdzieś tam, daleko od nas. – Wszyscy go pamiętamy, wyremontował kościół, wybudował nowy, zbudował przytulisko dla starszych i samotnych. Z drugiej strony pojawiały się plotki, że upodobał sobie ministrantów, nikt tego jednak nie potwierdził.
Lipiec 2019, diecezja gnieźnieńska. Kobieta, która sama przed laty jako nastolatka miała epizod z księdzem, może nie wprost pedofilski, ale budzący wyraźne obawy, na wiadomość o wszczęciu procedury przeciwko niemu reaguje spontanicznie: – Ojej, ale mi go żal! Tak bardzo go lubiliśmy!
Wydaje się, że nic się nie zmieniło. Procedury działają, ale wierni na przestępstwo popełniane przez księdza reagują wciąż tak samo: niedowierzaniem, wyparciem, obroną. Czy rzeczywiście jest tak, jak piszą internetowi hejterzy, że „ciemny lud wszystko kupi”, że zacofani, pobożni dewoci nie chcą przejrzeć na oczy, że za wszelką cenę bronią przestępców? A może chodzi o coś dużo więcej?
 
Człowiek, nie Kościół
Marta Titaniec, współautorka inicjatywy „Zranieni w Kościele”, czyli telefonu zaufania dla ofiar pedofilii księży, w rozmowie w RMF FM przekonywała: – Ofiary pedofilii w Kościele mówią: „Skrzywdził mnie konkretny ksiądz, a nie Kościół”.
Wróćmy  do przytoczonych przed chwilą badań CBOS. Przypomnijmy: bardzo negatywna ocena działań Kościoła pochodzi przede wszystkim od tych, którzy na co dzień nie są z nim mocno związani. I nie chodzi tu absolutnie o uderzanie w tony moralizatorskie, wypominanie im innej moralności czy wręcz złej woli. Chodzi o najprostszą z możliwych płaszczyznę: o płaszczyznę relacji. Negatywnie oceniają Kościół przede wszystkim ci ludzie, którzy księży znają tylko z telewizyjnych ambon i doniesień prasowych. Nie zaprzyjaźnili się z żadnym z nich. Z żadnym nie poszli na piwo. Nie usiedli razem przy kolacji. Nie zadzwonili w momencie, kiedy umierał ich wspólny przyjaciel. Nie poprosili SMS-em „pomódl się za mnie, jest źle”. Tym, którzy nie praktykują i Kościoła nie rozumieją jako swojego domu, łatwo jest powiedzieć, że oto jest pedofil, a Kościół robi błąd. Ci, którzy w Kościele żyją, nie chcą niczego ukrywać. Im po prostu trudno jest uwierzyć, że ich ksiądz, że Paweł, że Marcin, że Marek – którego znają od lat, z którym tyle czasu spędzili, który tyle im pomógł – że to właśnie on, że mógł…
Przyznaję: toczyliśmy o to spór w redakcji. Najpierw zgodnie przyznaliśmy, że nasze zaufanie też spadło. Że uważniej się rozglądamy dookoła. Wydawało nam się, że jesteśmy raczej po stronie tych, którzy nie będą bronić oskarżonych – przecież wiemy, że nie można, że to wina wołająca o pomstę do nieba. Ale kiedy zapytałam, co by było, gdyby weszła do redakcji policja i wyprowadziła kogoś w kajdankach, zapadła cisza. U nas? Ktoś? Nie… Ale to przecież niemożliwe, mówmy o realnych przykładach!
Nie ma „realnych przykładów”. Choćbyśmy nie wiadomo jak negatywnie oceniali Kościół, „nasz” ksiądz, którego znamy, niejako automatycznie znajdzie się wśród tych, którzy są poza wszelkim podejrzeniem.
 
Bliskość, która boli
Być może zabrzmi to dziś zbyt prowokacyjnie i zbyt blisko będę przekroczenia niebezpiecznej granic, ale powiem: to dobrze, że „nasz” ksiądz pozostaje poza podejrzeniem. Wdrożone obecnie procedury uwrażliwiają osoby pracujące z dziećmi na każdy sygnał z ich strony. Zobowiązują przełożonych do natychmiastowych reakcji. Dają skrzywdzonym wyraźną i prostą drogę zgłaszania swoich krzywd. Ale my, którzy skrzywdzeni nie zostaliśmy, i my, którzy nie krzywdzimy, nadal jesteśmy w Kościele. Nadal musimy się dogadać. Nadal musimy sobie ufać. Dlatego wbrew wszystkiemu to dobrze, że wciąż chcemy bronić swoich proboszczów. To dobrze, że stajemy po ich stronie. Tak trzeba, bo nie da się przecież żyć w domu, w którym każdy boi się każdego. Czy to znaczy, że jesteśmy, jak czasem można usłyszeć, zacofanymi dewotami, którzy nie chcą przejrzeć na oczy i bronią pedofilów? Jesteśmy tymi, którzy bronią niewinnych przed nazwaniem ich pedofilami. Jesteśmy tymi, którzy się znają i którzy chcą sobie ufać: nawet jeśli czasem to zaufanie zostanie zdradzone. Takie jest ryzyko relacji – ale czy lepsza od relacji jest obojętność?
Za bliskość wzajemnych relacji i zaufanie płacimy wysoką cenę: wystawiamy się na zranienie. I zostaliśmy zranieni. Konkretni ludzie skrzywdzili najpierw tych, którzy są ich bezpośrednimi ofiarami, oni bez wątpienia cierpią najbardziej. Ale skrzywdzili też całą wspólnotę: tych, którzy przestają ufać, którzy zaczynają patrzeć innym na ręce, którzy stają się podejrzliwi, którzy w Kościele widzieć zaczynają źródło zła, a nie źródło miłości. Skrzywdzili wreszcie innych księży, na których spada krzywdzące odium, którym na każdym kroku zaczyna towarzyszyć lęk i którzy choć niewinni, na każdym kroku czują się podejrzani.
Domagać się sprawiedliwości to jedno. Usuwać zagrożenie to drugie. Bez tych dwóch kroków w domu nie zrobi się bezpiecznie. Jednak trzeci krok jest równie ważny i równie niezbędny: przypomnieć sobie, co nas łączy, i znów zaufać sobie, że mając wspólny cel, chcemy go razem realizować.
 
Miłość i zdrada
Czy statystyki mówiące o spadku zaufania do Kościoła są prawdziwe? Nie mamy podstaw, by wątpić w podawane w nich liczby. Mamy za to prawo przypuszczać, że nieco inaczej jednak by owe liczby wyglądały, gdyby pytać wierzących i praktykujących o zaufanie nie do Kościoła jako takiego, ale do własnego, znajomego księdza. One również powiedzą zapewne, że zaufanie wobec instytucji Kościoła zostało nadszarpnięte – ale mój ksiądz, mój proboszcz, mój przyjaciel to przecież zupełnie co innego. On z pewnością jest OK.
Odruch wiernych, powtarzający się w większości przypadków, nawet jeśli wina księdza jest udowodniona, wracające jak mantra „ale przecież nie on!”, nie jest wyrazem ani głupoty, ani naiwności. Nie oznacza również, że krzywda dzieci jest im obojętna. Nie jest, to przecież często są ich własne dzieci. Nie jest również – i nie może być! – sygnałem, że wolno nam wszystko, że wina pozostanie bez kary, bo przestępców ochroni zaufanie ich bliskich.
Zaufanie to jest raczej zobowiązaniem księży do ogromnej odpowiedzialności. Świadczy o tym, że ksiądz – mimo złej prasy i pogarszających się opinii o Kościele, mimo własnych grzechów – wciąż nie jest ludziom obojętny.
Nawet jeśli takie zaufanie na pierwszy rzut oka wydaje się naiwne, to doświadczamy go na co dzień również w rodzinach. Im ktoś jest nam bliższy, tym bardziej boli jego zdrada. Im ktoś ważniejszy, im bardziej kochany, tym trudniej uwierzyć, że mógłby się zdobyć na podłość. Im większa ufność, tym większe rozczarowanie. A agresja i atak? Człowiek obojętny nie reaguje agresją. Agresja rodzi się tam, gdzie zdradzona została miłość. Paradoksem być może jest to, że dzisiejszy ból i bunt przeciw Kościołowi jest wyrazem tego, jak wielka była to miłość i jak bardzo bolała ta zdrada. Wyzwaniem jest teraz dostrzec, kto zdradził – i nie przestać ufać tym, którzy pozostali wierni. „To człowiek skrzywdził, nie Kościół”.
 
Ma trwać
Można zarzucić nam, że przyłączamy się do „ataków na Kościół”, domagając się wyraźnych procedur, jednoznacznego skazywania winnych, odejścia od polityki milczenia i od ukrywania, że zło dzieje się również w Kościele. Robimy to po to, żebyśmy wszyscy mogli mieć pewność, że winni są ukarani, a niewinni są naprawdę niewinni. Żeby nie pozostał przy ołtarzu i wśród naszych dzieci nikt, kto w zaciszu zakrystii zawodzi nasze zaufanie i łamie życie dziecka. Robimy to po to, żebyśmy we wspólnocie Kościoła mogli przestać się podejrzewać, żebyśmy patrzyli sobie w oczy bez lęku, nie bali się wyciągnąć ręki na powitanie dorosłego i na pogłaskanie główki dziecka.
Potencjałem Kościoła jako wspólnoty jest – i nadal mimo wszystko pozostaje – relacja wzajemnego zaufania. Grzech ją nadszarpnął, ale nie zniszczył. To o nią trzeba dziś zadbać, bo bez niej odchodzimy. Wierni bez relacji ze swoim księdzem łatwo odchodzą z anonimowo pojmowanego „Kościoła”. Księża traktowani przez wiernych i przełożonych jak potencjalni przestępcy, odchodzą z Kościoła, który im nie ufa. A przecież nie chcemy się rozejść, jeśli Kościół ma trwać.
Wydarzenia ostatnich miesięcy zestawione z ostatnimi badaniami CBOS-u wskazują wyraźnie, że jesteśmy na zakręcie: problem pedofilii nadszarpnął zaufanie do instytucji. Mamy jednak prawo mieć nadzieję, że żywe nadal jest zaufanie ukryte i niewidoczne w statystykach – zaufanie, jakie ludzie wierzący żywią do księży nie jako przedstawicieli instytucji, ale swoich proboszczów, przyjaciół i znajomych.
Owo ukryte zaufanie diagnozuje podjęte w Kościele działania. Wskazuje, że podjęta droga rozliczania przestępców być może wpłynęła negatywnie na jego publiczny wizerunek, ale nie prowadzi do zniszczenia Kościoła ani jego zakwestionowania na poziomie relacji. Na poziomie relacji księżom zależy wszak na tym, żeby nie było wśród nich tych, którzy zaufanie zawodzą i przez których oni sami noszą na sobie ciężar niesłusznych podejrzeń. Skuteczność ich misji zależy przede wszystkim od wiarygodności: raz złapani na kłamstwie czy ukrywaniu prawdy o grzechu narażają się na to, że nikt nie uwierzy im w prawdę o Jezusie. Jeśli to by się stało, cała ich misja straciłaby sens. Na poziomie relacji świeccy chcą mieć pewność, że ci, którym zaufali (a często również powierzyli swoje dzieci) tego zaufania nie zawiodą. Jeśli razem upomną się o prawdę i razem staną przeciwko złu, ich wzajemna relacja nie ucierpi, ale przeciwnie – jeszcze bardziej się wzmocni, bo zbudowana będzie na najmocniejszej z podstaw, na prawdzie. Jeśli nie zatrzymamy się na drodze dążenia do prawdy, a przy tym docenimy i pielęgnować zaczniemy ów potencjał wzajemnego zaufania, ocalany niemal ze zgliszczy – Kościół wyjdzie z tej próby jeszcze silniejszy: będzie Kościołem nie władzy, ale braci.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki