Logo Przewdonik Katolicki

Wciąż warto być magistrem

Piotr Wójcik
Fot. poodar-chu-TTYFzgLidGM/unsplash

Przy okazji problemów z rekrutacją do szkół średnich pojawiły się opinie, że i tak mamy za dużo magistrów, a dyplom uczelni nic nie daje. Teorie te są niemal od początku do końca nieprawdziwe.

Jak się można było domyślić, przeprowadzona w ekspresowym tempie reforma szkolnictwa doprowadziła do komplikacji podczas rekrutacji do szkół średnich. Pierwsze spływające dane nie napawają optymizmem – w Warszawie 3 tys. uczniów nie dostało się do żadnej szkoły, a prawie 5 tys. co prawda dostało się, ale do szkoły ósmego lub dalszego wyboru. 1600 uczniów nie dostało się do żadnej szkoły we Wrocławiu, a 1200 w Poznaniu. Oczywiście nigdy nie było tak, że wszyscy trafiali tam, gdzie chcieli, a uczniowie bez szkoły po pierwszym etapie najpewniej nie zostaną na lodzie we wrześniu – w wielu szkołach w wymienionych miastach wciąż są wolne miejsca.
Problemy z rekrutacją spowodowały też wysyp dobrze znanych w Polsce opinii, że to tylko na dobre wyjdzie, bo za dużo młodych ludzi wybiera szkoły średnie. Rzekomo mamy nad Wisłą zbyt wielu magistrów, a zbyt mało fachowców z prawdziwego zdarzenia. Konserwatywno-wolnorynkowy think tank Warsaw Enterprise Institute (WEI) wydał nawet opinię, według której problemy z rekrutacją to szansa dla polskiej edukacji. WEI uważa, że w Polsce nastąpiła inflacja wykształcenia, tzn. zbyt wiele osób kończy szkołę wyższą, przez co tytuł magistra nic już nie znaczy. Przed uczniami, którzy się nie dostaną do szkoły średniej, otwiera się więc szansa na zdobycie dobrego zawodu, zamiast nic niewartego dyplomu, z którym zostaną potem jak Himilsbach z angielskim.
 
Między Niemcami a Koreą
Tego typu teorie łatwo wpadają w ucho, przywołując romantyczne wizje rzemieślników, którzy potrafili młotkiem i dłutem zdziałać prawdziwe cuda. Problem w tym, że są niemal od początku do końca nieprawdziwe.
Bez wątpienia w ostatnich latach nastąpił boom edukacyjny, który spowodował wzrost liczby studentów i absolwentów, jednak dzięki temu doszlusowaliśmy w tym aspekcie do poziomu krajów rozwiniętych. Według OECD 43 proc. Polaków w wieku od 25 do 34 lat ma dyplom wyższej uczelni, tymczasem średnia dla tej organizacji, grupującej najbardziej rozwinięte kraje świata, wynosi 44 proc. Owszem, w Niemczech w tej grupie wiekowej absolwentów jest tylko 31 proc. Tylko że tu nie ma reguły. W innym gigancie przemysłowym, Korei Południowej, osoby z wyższym wykształceniem stanowią aż 70 proc. populacji w wieku 25–34, a w Japonii i Kanadzie ponad 60 proc. Polska nie cierpi na nadpodaż magistrów – nie odbiegamy w tym aspekcie od innych krajów rozwiniętych.
Oczywiście sceptycy masowego kształcenia uniwersyteckiego mogą na to odpowiedzieć, że magister magistrowi nierówny. Rzekomo kształcimy miliony nikomu niepotrzebnych humanistów, a na kierunkach ścisłych mamy posuchę. Prawda znów jednak leży nieco gdzie indziej. 15 proc. polskich absolwentów ukończyło studia z zakresu inżynierii, przemysłu lub architektury – średnia unijna jest o 1 pkt proc. niższa. Choć w Niemczech aż 22 proc. absolwentów kończyło kierunki inżynierskie, to np. w Wielkiej Brytanii jedynie 9 proc. Odsetek studentów kończących nauki społeczne jest w Polsce niemalże taki sam, jak średnia Unii Europejskiej. Humanistów i artystów kształcimy za to zdecydowanie mniej niż kraje Europy. Co prawda odstajemy również na minus w kierunkach ścisłych (7 proc. w Polsce, 10 proc. w UE), ale na plus w studiach związanych z edukacją (13 proc. w Polsce, 9 proc. w UE), co wcale nie musi być złe, bo akurat szkoły zmagają się z brakami kadrowymi.
 
Większe szanse magistra
Zwolennicy posyłania mas do zawodówek twierdzą również, że dyplom w Polsce tak się zdewaluował, że nie stanowi żadnej przewagi na rynku pracy. Niech studiują tylko dzieci z elit, a reszta niech nie traci czasu, tylko zaraz po ukończeniu 18 lat idzie do pracy. O ile w kwestii nadpodaży magistrów można stwierdzić, że tylko mijają się z prawdą, to tutaj już niestety kłamią jak z nut. Polska jest wręcz jednym z tych krajów rozwiniętych, w których dyplom uczelni wyższej daje największą przewagę. Przede wszystkim w sposób drastyczny zwiększa on szansę na zatrudnienie. Wśród Polaków w wieku produkcyjnym mających średnie wykształcenie zatrudnionych jest 70 proc. populacji – to 6 pkt. proc. mniej niż średnio w OECD. Jednak już wśród absolwentów uczelni wyższych zatrudnienie ma aż 88 proc. populacji, przy średniej OECD 3 pkt. proc. niższej. Tak duża różnica w zatrudnieniu między osobami z średnim i wyższym wykształceniem nie występuje w żadnym innym kraju tej organizacji.
Absolwenci szkół wyższych mają też szanse na wyraźnie wyższe zarobki. Osoby z wyższym wykształceniem przeciętnie zarabiają w Polsce o 56 proc. więcej niż osoby ze średnim i prawie dwa razy więcej niż ci, którzy szkoły średniej nie ukończyli. Oczywiście tam, gdzie uniwersytety są płatne, a więc niedostępne dla warstw niezamożnych, dyplom daje więcej – w USA średnio zapewnia on zarobki wyższe o 75 proc. od absolwentów szkół średnich. Jednak w Unii Europejskiej jako całości, gdzie bezpłatne szkolnictwo wyższe jest standardem, dyplom uczelni daje mniejszą przewagę dochodową niż w Polsce – przeciętnie w UE osoby z wyższym zarabiają o 51 proc. więcej niż obywatele po szkole średniej.
 
Od informatyka do fizjoterapeuty
Oczywiście trudno zaprzeczać oczywistemu faktowi, że poszczególne kierunki studiów nie dają takich samych szans na rynku pracy. Serwis pracuj.pl przygotował zestawienie najlepiej i najgorzej opłacanych kierunków studiów. Wśród osób z doświadczeniem między 3 a 6 lat na czele są informatycy z przeciętnymi zarobkami na poziomie 7 tys. zł brutto. W dalszej kolejności również są kierunki ścisłe lub inżynieryjne – elektronika, automatyka oraz inżyniera biomedyczna. Jednak zaraz za nimi jest często wyśmiewane zarządzanie i marketing, ze średnim wynagrodzeniem 5,2 tys. zł.
Wśród kierunków najmniej opłacalnych średnie wynagrodzenie rozciąga się od 2,9 do 3,5 tys. zł. Dominują wśród nich kierunki nauczycielskie – geografia, biologia, historia i wychowanie fizyczne – z tego powodu, że płace nauczycieli z małym stażem są w Polsce bardzo niskie. Niewiele da się w Polsce zarobić także po kosmetologii, fizjoterapii oraz administracji – ta ostatnia może w zamian zapewnić bardzo stabilne zatrudnienie.
Przyszli studenci jednak zaskakująco trzeźwo reagują na zmieniający się rynek pracy. W roku akademickim 2018/2019 wśród najbardziej obleganych kierunków próżno było szukać tych najmniej perspektywicznych. Najwięcej osób na jedno miejsce przypadało na inżynierię farmaceutyczną, inżynierię i analizę danych, chemię i toksykologię sądową, technologię chemiczną, reżyserię filmową, medycynę oraz zarządzanie inżynierskie. Bardzo wysoko były też różnego rodzaju filologie, z chińską włącznie, co dobrze oddaje fakt, że znajomość rzadkiego języka jest obecnie w cenie.
 

43 proc. Polaków w wieku od 25 do 34 lat ma dyplom wyższej uczelni. W Niemczech to 31 proc., ale już w Korei Południowej – 70 proc.



Niełatwo jest wybrać
Świat pracy czekają jednak na tyle duże zmiany, że wybory wyglądające dziś na racjonalne, za kilkanaście lat mogą się okazać średnio trafione. Według OECD co piąte stanowisko pracy w Polsce jest bardzo zagrożone automatyzacją. Wśród zawodów zagrożonych znajduje się zresztą wiele prac wykonywanych przez „ścisłowców”. Nawet doskonale wynagradzani dziś informatycy nie mogą spać spokojnie – według Brooking Institute (BI) praca programistów może zostać zautomatyzowana w 38 proc., a wsparcie komputerowe w 62 proc.
Najmniej podatne na robotyzację są te zawody, które wymagają nie tylko kreatywności, ale też wrażliwości społecznej i empatii. Edukacja, sztuka, rozrywka, usługi świadczone społecznościom, a także analiza społeczna należą według BI do najmniej zagrożonych automatyzacją. Może się więc okazać, że tak wyśmiewani dziś socjologowie oraz politolodzy dzierżą w rękach zawody przyszłości?
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki