Logo Przewdonik Katolicki

Studia - edukacyjne "after party"

Magdalena Guziak-Nowak
Fot.

Polska kształci najwięcej magistrów w całej Unii Europejskiej. Czy to powód do dumy? Niekoniecznie…

 

 

Bo brakuje rzemieślników. Bo dla absolwentów z dyplomem nie zawsze jest praca. I właściwie na tym można by skończyć – na dwóch wnioskach, które dość łatwo wysnuć.

 

Dumne statystyki

 „Szkolnictwo wyższe w Polsce to jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się obszarów życia społecznego. W ciągu 20 ostatnich lat przeszło gwałtowne ilościowe oraz instytucjonalne przemiany”. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego chwali się liczbami. W 38-milionowym kraju na 132 uczelniach publicznych i 326 prywatnych kształcą się prawie 2 miliony studentów, podczas gdy w roku akademickim 1990/1991 było ich 5 razy  mniej – 403 tys.! Obecnie mamy „jeden z najwyższych na świecie wskaźników skolaryzacji oraz największą liczbę instytucji szkolnictwa wyższego w Europie”, a to niebywałe przyspieszenie edukacyjne uważane jest za jedno z największych osiągnięć polskich przemian ustrojowych.

Ale każdy kij ma dwa końce. Wraz z rosnącym słupkiem liczby studentów, zmniejszały się nakłady finansowe na jednego żaka z uczelni publicznej i były 3-4 razy niższe niż w wiodących krajach europejskich. Polska nauka była i jest niedoinwestowana.

 

Wstydliwe statystyki

W kwietniu 2011 r. na bezrobociu było zarejestrowanych ponad 2 mln Polaków. Ponad 20 proc. z nich nie miało ukończonego 25 roku życia. W zeszłym roku o tej porze bez pracy było ponad 200 tys. osób z wyższym wykształceniem.

Według badań firmy doradczej Deloitte, niezadowolenie z sytuacji na rynku pracy i chęć zdobywania nowego doświadczenia niebezpiecznie zawyżają liczbę studentów gotowych do emigracji do 59 proc.

Niepokojące są także dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), która w zeszłym roku przygotowała raport o szkolnictwie wyższym. Wynikało z niego, że w 2008 r. Polska była czwartym krajem na świecie pod względem liczby absolwentów studiów. Optymizm ten gasił wskaźnik określający liczbę inżynierów – zaledwie 8,6 proc.

 

Co o tym sądzą studenci?

Tomasz, prawo i administracja: – Słyszałem, że przedwojenny maturzysta był więcej wart niż dzisiejszy magister. Może i coś w tym jest, bo u nas wszyscy ściągają. Kiedyś chyba było trudniej.

Magda, medycyna: – Muszę się uczyć naprawdę bardzo dużo. Mam wymagających profesorów, ale wiem, że dzięki temu będę lepiej przygotowana do wejścia na rynek pracy.

Alicja, filologia szwedzka: – Jak ktoś chce, to pracę znajdzie.

Kasia, dziennikarstwo: – Czuję się oszukana. Gdy 5 lat temu szłam na dziennikarstwo, wszyscy mówili, że będę mieć superpracę. Na razie pakuję walizki i jadę na wakacje za granicę, bo tu niczego nie mogę znaleźć. Dlaczego nikt nam wtedy nie mówił, co warto studiować? Skąd maturzysta ma to wiedzieć?

– Słyszy się, że sytuacja na rynku pracy jest dla młodych ludzi najtrudniejsza od 50 lat. Czy w związku z tym Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wdraża jakieś programy lub robi cokolwiek innego, by temu zaradzić? – zadzwoniłam do rządowej instytucji z konkretnym pytaniem.

– Wie pani co, szczerze mówiąc, to nic o tym nie słyszałem…

 

Nikt nic nie wie

Cały czas nadzieję na dobrą pracę mają informatycy, architekci, budowlańcy. O przyszłość boją się studenci dziennikarstwa, stosunków międzynarodowych, politologii, europeistyki, psychologii. Jednak to tylko spekulacje niepoparte jak dotąd żadnymi sensownymi badaniami. Wszyscy umywają ręce od prognozowania. Nauczeni doświadczeniem „specjaliści” nie chcą brać odpowiedzialności za swoje słowa, bo kilka lat temu mówili o boomie na marketing i zarządzanie, a dziś jak jest, każdy widzi. – Które studia są teraz najbardziej opłacalne, jakie kierunki powinni wybrać tegoroczni maturzyści, aby nie martwić się o zatrudnienie za 5 lat? – pytałam. Głosu nie chcieli zabrać ani analitycy finansowi, ani eksperci od rynku pracy i bezrobocia, ani uczelniane biura karier, które mają pomagać studentom w rozpoczynaniu ścieżki zawodowej.

Podpowiadać nie chcieli nawet doradcy zawodowi i personalni. – My się zajmujemy określaniem predyspozycji do wykonywania danego zawodu, ale nie przewidujemy, w jakim kierunku rozwinie się rynek pracy – mówili i rozkładali ręce. Czułam się, jakbym im zadawała bardzo wstydliwe pytania… To tabu, jakich mało.

 

Branże przyszłości

Pomyślałam więc, że wiarygodnymi źródłami informacji o kierunku, w którym dryfuje rynek pracy, będą pośredniaki.

Powiatowy Urząd Pracy we Wrocławiu przygotował regionalny raport „Monitoring zawodów deficytowych i nadwyżkowych” za rok 2010. Wśród tych pierwszych są sprzątaczki (43 oferty na 1 bezrobotnego!), robotnicy przemysłowi, kierowcy, opiekunowie osób starszych i… operatorzy żurawia jezdniowego. Pracy nie ma natomiast dla specjalistów administracji publicznej, politologów, dziennikarzy, socjologów, historyków, ale też lekarzy i piekarzy.

Wojewódzki Urząd Pracy w Łodzi wydał raport „Branże przyszłości”. Najwięcej firm zgłaszających zamiar zwiększenia zatrudnienia lokowało się w branżach: budowlanej, ochroniarskiej, poligraficznej, energetycznej, AGD i farmaceutycznej.

W Krakowie pracę znajdzie m.in. spawacz, stolarz, lakiernik samochodowy, brukarz, hydraulik i elektromonter. Podobnie w stolicy.

Nie inaczej jest w mniejszych miejscowościach, dotkliwiej dotkniętych bezrobociem. Włocławek jest w pierwszej trójce regionów z najwyższą stopą bezrobocia (dla powiatu 25,3%). Mimo to oferty pracy są.– Potrzebujemy murarzy, cieśli, zbrojarzy, kierowników budowy, operatorów sprzętu do budowy autostrad, czasem fryzjerów, spawaczy do pracy w Holandii i Niemczech – wymienia Bożena Stępniewska, zastępca dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy we Włocławku. Ale bezrobotnym brak kwalifikacji. Bo dyplom wyższej uczelni, szczególnie humanistycznej, nie daje uprawnień do obsługi wózka widłowego. – Jeśli chodzi o ludzi młodych, pracodawcy głównie przyjmują na staże. Zawierając te umowy staramy się wymusić, by potem przyjęli do stałej pracy – mówi dyrektor Stępniewska. Włocławski PUP znalazł na to dobry sposób. – W zeszłym roku postawiliśmy warunek: jeśli pracodawca chciał przyjąć osoby na staże (ma dzięki temu darmowych pracowników, bo wynagrodzenie wypłaca stażystom urząd pracy), po ich zakończeniu musiał zatrudnić połowę z nich. Od czerwca tego roku nie podpiszemy umowy z pracodawcą, jeśli nie zobowiąże się przyjąć wszystkich stażystów.

Takich rozwiązań prawnych nie reguluje żadna ustawa. Włocławek sam wpadł na ten pomysł. – Gdybyśmy nie zmuszali pracodawców do zatrudnienia, braliby tylu stażystów, ilu byśmy im dali, bo to opłacalne. A przecież to też ludzie, też chcą pracować i godnie żyć.

 

Wątki poboczne

Ze sprawą opłacalności studiowania wiąże się niekończąca liczba wątków pobocznych. Profesorowie narzekają na spadający poziom i brak kultury studiowania, czego przejawem jest prymitywne ściąganie (nie do pomyślenia na Zachodzie). W efekcie uczelnie opuszczają ludzie, którzy nic nie umieją. Studenci skarżą się na małą liczbę przedmiotów praktycznych (np. w obecnym programie dziennikarstwa jest ponad 300 godzin teoretycznych nauk o komunikowaniu, a zaledwie 30 godzin spędza się w pracowni prasowej, radiowej czy telewizyjnej…).

Zamieszanie zrobiły powstające jak grzyby po deszczu prywatne wyższe uczelnie, w znakomitej większości humanistyczne, bo po pierwsze, aby je prowadzić potrzeba mniejszych nakładów finansowych, a po drugie łatwiej o kadrę dydaktyczną. Skutek jest taki, że – jak pisał jeden z tygodników opinii – kilka lat temu w każdym roku Poznaniowi przybywało 50 absolwentów psychologii. Teraz rocznie miasto „wzbogaca się” o 500 psychologów. Nie trzeba być wielkim filozofem, aby wymyślić, że nie znajdą oni pracy w wyuczonej profesji.

Rozpoczęła się też masowa „produkcja” dyplomów doktorskich. Kiedy „mgr” przed nazwiskiem nie jest już kartą przetargową, wielu studentów walczy o wyższy stopień. Motywacje są różne.

(Podsłuchane na korytarzu)

– Rodzice namawiają mnie na doktoranckie. A przecież ja nic nie umiem, bo przez 5 lat impreza za imprezą. No, ale się zastanawiam, bo właściwie nie mam innego pomysłu…

I tak dalej…

 

Student budowy jachtów

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Uczelnie stawiają na niszowe specjalności. Trudno powiedzieć z jakiego powodu – czy po to, by zwiększyć szanse ich absolwentów na rynku pracy, czy po prostu chcą przyciągnąć jak najwięcej maturzystów. Wśród nowości są m.in. buddologia (nauka o buddyzmie, nie o budownictwie), chemia budowlana, nanotechnologie i nanomateriały, rachunkowość, controlling oraz projektowanie gier komputerowych i budowa jachtów.

Niektóre uczelnie współpracują z pracodawcami, np. zapleczem kadrowym dla Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa jest krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza.

Pewne nadzieje można wiązać również z prezydencją Polski w UE. MNiSW chce się skoncentrować m.in. na modernizacji uniwersytetów oraz mobilności naukowców i studentów.

 

Zawodówka – technikum – studia

Tak sobie myślę, że gdyby jeszcze raz przyszło mi kreować swoją edukacyjną ścieżkę, po gimnazjum wybrałabym zawodówkę. Bo po niej nie tylko praca pewna, ale i dobrze płatna. Wykwalifikowani rzemieślnicy, dobrzy w swoim fachu, są dziś naprawdę na wagę złota. Potem być może poszłabym do technikum, aby zdobyć kolejny dobry zawód i zdać maturę. A na samym końcu, jakby mi się jeszcze chciało, zafundowałabym sobie edukacyjne after party (z ang. „impreza po”, czyli „poprawiny”) w postaci studiów. Oczywiście, płatnych, bo z dwoma konkretnymi fachami w ręku byłoby mnie na nie stać.

 


 

Co studiują nasi studenci?

kierunki ekonomiczne oraz administracyjne – 23%

społeczne – 13,9%

pedagogiczne – 12%

humanistyczne – 8,8%

inżynieryjno-techniczne – 6,8%

medyczne – 5,8%

informatyczne – 4,9%

usługi dla ludności – 3,7%

prawne – 3,1%

ochrona środowiska – 1,4%

pozostałe kierunki – 16,4%

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki