O tym, że dyplom dyplomowi nierówny, świadczą chociażby decyzje Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która nie raz już wnioskowała o zawieszenie uprawnień do prowadzenia studiów przez niektóre uczelnie. Nie jest prawdą, że problem ten dotyczy jedynie powstających jak grzyby po deszczu uczelni prywatnych. W roku bieżącym, jeszcze przed wakacjami, minister edukacji narodowej i sportu zawiesiła prawo do prowadzenia studiów na trzech kierunkach na uczelniach prywatnych i aż sześciu kierunkach na uczelniach państwowych. Takie orzeczenie nie skutkuje oczywiście wyrzuceniem wszystkich studentów. Oznacza jedynie zakaz rekrutacji na dany kierunek. Osoby już studiujące kontynuują swoją naukę. Nie sposób jednak nie zadać sobie pytania, czy dyplom studentów takiego kierunku jest rzeczywiście pełnowartościowy...
Na tym jednak nie koniec. Prawomocne uchwały PKA z 12 września bieżącego roku negatywnie opiniują nauczanie na 10 kierunkach w szkołach państwowych i na 8 w szkołach prywatnych. Warunkowo zgody na kontynuowanie nauczania wydano w przypadku 43 kierunków studiów państwowych i 24 prywatnych. Wniosków jest znacznie więcej, ale od publikacji dzieli je mniej więcej dwumiesięczny okres odwoławczy.
Nie jest to oczywiście mało, ale jeśli weźmiemy pod uwagę to, że mamy 127 uczelni państwowych i 257 prywatnych, a przecież na uczelniach kształci się studentów na wielu kierunkach, możemy stwierdzić, że rozwój naszego szkolnictwa wyższego jest w ogólnym wymiarze zjawiskiem pozytywnym.
Studenci - nowa siła
Początek gwałtownych zmian w naszym szkolnictwie wyższym wiąże się z 1990 rokiem. Ustawa z tego roku zezwoliła na odpłatność za niektóre usługi edukacyjne, co pozwoliło znacznie rozszerzyć ofertę studiów wieczorowych i zaocznych. Pierwsze w większości są nieodpłatne, drugie natomiast z reguły wymagają uiszczenia czesnego. W ten sposób zwiększył się dopływ środków do uczelni państwowych, które mogły opłacić wykładowców, wynająć dodatkowe pomieszczenia i zarazem przyjąć większą ilość studentów. Drugim krokiem było zezwolenie na tworzenie szkół niepaństwowych, które w Polsce zostało wykorzystane w sposób bardzo efektywny, bo pod względem ilości prywatnych szkół wyższych należymy do czołówki europejskiej.
Według danych MENiS, w Polsce w roku 1989 na 100 tysięcy mieszkańców przypadało 1101 studentów. W owym czasie przykładowo w Anglii było ich 2700, we Francji 2995, a w Grecji 1927. Podczas gdy w krajach zachodnich pewien stabilny poziom utrzymuje się od lat, to w Polsce do roku 2002 wskaźnik ten wzrósł do 4000 osób.
W roku 2001-2002 na studiach dziennych pobierało nauki 754 tysiące młodych ludzi, co stanowiło ponad 44 procent wszystkich studiujących. W przeciągu ostatnich lat stale przybywało studentów pierwszego roku, średnio 8-9 procent w stosunku do roku poprzedniego, kilka lat wcześniej było to nawet 13-17 procent. Tak zwany współczynnik solaryzacji (stosunek studentów do liczby ludzi w wieku szkoły wyższej) w szkolnictwie wyższym wynosił na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku niewiele ponad 13 procent, by w pierwszych latach nowego stulecia wynieść już blisko 45 procent. Niemal czterokrotny wzrost jest niewątpliwie skutkiem coraz powszechniejszej świadomości młodych ludzi o konieczności podnoszenia swoich kwalifikacji. Niestety, nie towarzyszył temu wprost proporcjonalny rozwój kadr. W ostatniej dekadzie liczba nauczycieli akademickich zwiększyła się jednak tylko o 24 procent. Tym samym, w roku dziewięćdziesiątym na jednego wykładowcę przypadało sześciu studentów, dziesięć lat później już 20. Łatwo zgadnąć, co to oznacza. Wykładowcy nie tylko więcej pracują, mają mniej czasu na podnoszenie swoich kwalifikacji, ale także poświęcają mniej czasu dla studentów. Jest to też źródło patologii, bo rekordziści potrafili zebrać nawet po kilkanaście papierowych etatów, bowiem uczelnia, chcąc uzyskać stosowną licencję, musi zgromadzić odpowiednią ilość wykładowców z tytułami akademickimi. Brak kadr, dorabianie na kilku etatach jest prostym skutkiem niskich zarobków, które raczej odstraszają, nierzadko najzdolniejszych absolwentów, od podjęcia kariery naukowej. Już dzisiaj mówi się o kryzysie średniej kadry naukowej, co w najbliższych latach może być zjawiskiem skutecznie hamującym rozwój, a na pewno jakość naszego kształcenia.
Kształcenie powszechne
W Kanadzie wykształcenie wyższe niż średnie zdobywa 88 procent młodych ludzi, w USA 81 procent, w Australii 80 procent, w Nowej Zelandii 63 procent, a w Norwegii 62 procent.
Nie są to dane w pełni porównywalne, bo w wielu krajach nie brakuje rozmaitych krótkich dwuletnich, a nawet rocznych studiów. Taką strukturę nauczania często wymusza rynek pracy, który wymaga częstego przekwalifikowania i to w jakiejś konkretnej wąskiej dziedzinie, która na naszej tradycyjnej uczelni byłaby być może zaledwie jednym z przedmiotów. Faktem jest, że nasze uczelnie kształcą na ogół bardziej wszechstronnie, ale często odbywa się to kosztem nabycia praktycznych umiejętności potrzebnych w pracy. Nie oznacza to, że nikt tego nie zauważa, bo wiele uczelni prywatnych i niektóre państwowe starają się profilować swój program właśnie pod kątem jego praktycznego zastosowania w życiu zawodowym. Mimo że wskaźniki, częstokroć wyższe niż w krajach zachodnich, świadczą o dynamicznym rozwoju naszego społeczeństwa, musimy pamiętać, że tam na podobnym poziomie kształtowały się one od dziesięcioleci. Dlatego też odsetek ludzi z wyższym wykształceniem nadal sytuuje nas na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Na świecie dyplom magistra już od dawna nie jest tożsamy z przynależnością do elity. Także w Polsce nie gwarantuje nawet tak podstawowego "przywileju" jak praca. Tak naprawdę, w demokratycznych społeczeństwach zachodnich trudno zresztą wyróżnić taką grupę społeczną jak inteligencja, bo jej miejsce zajęła tak zwana klasa średnia. Dynamiczny rozwój społeczeństw, gospodarki i technologii stawia coraz wyższe wymagania nie tylko liderom, ale całym społeczeństwom. Dlatego już w ubiegłym wieku w szkolnictwie wyższym państw z tego obszaru zaznaczyła się nowa epoka - wykształcenia powszechnego.
Naukowcy i zawodowcy
Absolutna większość maturzystów chcących się nadal kształcić marzy o dostaniu się na uczelnię państwową. Po pierwsze, takie studia są bezpłatne, a po drugie, cieszą się większym prestiżem. Rzeczywistość mocno weryfikuje to powszechne przeświadczenie. Studia państwowe, choć formalnie bezpłatne, wiążą się ze znacznymi kosztami, zwłaszcza dla osób spoza ośrodków akademickich. Koszty kwater, pomocy naukowych, czy wreszcie samo utrzymanie się poza domem rodzinnym dla wielu młodych Polaków są barierą nie do pokonania. Stypendia i kredyty studenckie rozwiązują ten problem jedynie w części i dlatego wielu młodych ludzi najpierw musi zdobyć pracę, z której pokryje czesne na uczelni prywatnej. To nieprawda, że uczelnie prywatne goszczą jedynie dzieci z bogatych domów. Paradoksalnie ci ostatni mają dużo większe szanse na dostanie się na państwowe uczelnie, bowiem do egzaminów przygotowują się w dobrych szkołach, często z pomocą armii korepetytorów. Sprawa różnic w poziomie nauczania na uczelniach państwowych i prywatnych jest znacznie bardziej skomplikowana. Nie ulega wątpliwości, że większość płatnych uczelni nie może się równać z uznanymi największymi uniwersytetami, politechnikami czy akademiami. Natomiast zupełnie inaczej może wyglądać sytuacja, kiedy porównamy je do nowo powstałych uczelni państwowych.
Pewne różnice wynikają także z odmiennej natury tych ośrodków. Zresztą na świecie przyjmuje się, że duże szanowane i uznawane ośrodki akademickie służą właśnie rozwojowi nauki i kształcą wysokiej klasy kadry, kiedy zdecydowana większość szkół prywatnych to wyższe szkoły zawodowe, które mają przygotowywać studentów do pracy w konkretnym zawodzie. W tym kierunku rozwija się również nasze szkolnictwo prywatne i to nie bez sukcesów. Jego zaletą jest często praktyczne przygotowanie, nie obciążone zbyt dużą ilością teorii. Absolwenci wielu kierunków szkół prywatnych mają mniejsze trudności ze znalezieniem pracy od rozlegle, ale niepraktycznie przygotowanych do objęcia konkretnego stanowiska absolwentów renomowanej uczelni. Szkoły prywatne są również bardziej elastyczne i dużo szybciej reagują na zapotrzebowanie rynku pracy.
Warszawski czy Jagielloński
Próbą całościowej oceny poszczególnych uczelni są wszelkie mające już swoją tradycję rankingi. Choć podlegają wielu ograniczeniom natury badawczej, są prowadzone na wielu płaszczyznach i z uwzględnieniem wielu parametrów. Są więc co najmniej istotną płaszczyzną odniesienia. Najpopularniejszymi i najbardziej prestiżowymi są zestawienia przygotowywane przez tygodnik "Wprost" oraz wspólnie przez dziennik "Rzeczpospolita" i miesięcznik edukacyjny "Perspektywy". Tworzący owe zestawienia przyznają, że ich pracy towarzyszą niemałe emocje, ponieważ władze uczelniane coraz bardziej zabiegają o prestiż swojego kampusa. W USA funkcjonują setki wyższych uczelni, ale z nazwy nawet osoba zorientowana potrafi wymienić najwyżej kilkanaście. Nie jest też tajemnicą, że dyplomy zdobyte w ich murach otwierają niemal wszystkie drzwi na całym świecie. Podobnie zaczyna być i w Polsce, bowiem absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego ma znaczną przewagę w wyścigu po posadę nad absolwentem ze Szczecina, Zielonej Góry i wielu innych uczelni. Co więcej, jego szanse rosną również za granicą. Nie ma się co łudzić, nigdy nie będzie tak, że w każdym polskim mieście będziemy mogli zdobyć prestiżowy dyplom. Kłopot zaczyna się jedynie wtedy, kiedy nasz dyplom będzie prawie... bezwartościowy. W poprzednim systemie człowiek z dyplomem miał posadę niejako automatycznie. W obecnym jego wykształcenie podlega rynkowej weryfikacji. Należy się spodziewać, że temu samemu prawu będą podlegać nierzetelne uczelnie. O minimalny poziom kształcenia ma dbać powołana przez MENiS Państwowa Komisja Akredytacyjna, która na brak pracy nie narzeka. Urzędnicy komisji rzeczywiście muszą pilnować nie tylko jakości kształcenia, ale wręcz zapobiegać kupczeniu tytułami czy to magistrów, czy to doktorów, bo jak inaczej można nazwać studia, na których jedynym kryterium oceny jest regularnie uiszczane czesne. To oczywiście przypadki skrajne, ale nie niemożliwe. Tacy absolwenci robią krzywdę nie tylko sobie, ale całemu społeczeństwu, które musi się przecież kierować hierarchią kompetencji i wartości. Warto także pamiętać, że droga do wielu atrakcyjnych zawodów (np. radca podatkowy) wiedzie przez niezależny od uczelni egzamin państwowy, który bezlitośnie obnaży wszelkie niedostatki naszej przepłaconej edukacji.
Moda nie zawsze popłaca
Zupełnie inną sprawą jest wybór kierunku studiów. Niestety, młodzi ludzie są niedoinformowani w zakresie prognoz rynku pracy. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że nie wszystkim na tym zależy, bo utrzymują nadmiernie rozrośnięte wydziały, które w zasadzie produkują wykwalifikowanych bezrobotnych. Takie prognozy to temat na zupełnie inny artykuł, można jednak odnotować jedną ogólnoświatową tendencję. Ta raczej zmartwi wszystkich, którzy nie lubią matematyki, bo współczesne społeczeństwa cechuje zapotrzebowanie na specjalistów nauk ścisłych i technicznych. Zapotrzebowanie wiąże się oczywiście z lepszą gratyfikacją. Nie dotyczy to jedynie uczelni, bo przecież zainteresowania młodzieży matematyką, logiką i naukami ścisłymi powinno się zaczynać na niższych szczeblach kształcenia. Ponadto w tzw. epoce informacji nie sposób ogarnąć potrzebnej nam wiedzy raz na zawsze. Powinniśmy się liczyć z tym, że wielokrotnie będziemy musieli się dokształcać, a nawet przekształcać. Dlatego też studia powinny zmierzać coraz bardziej w kierunku przygotowania do tzw. kształcenia ustawicznego czy samokształcenia. Wybierając kierunek, warto zwrócić uwagę na to, czy wyposaży nas w odpowiednie po temu narzędzia. Wybierając uczelnię, nawet o profilu humanistycznym, warto sprawdzić, czy zapewni nam dostęp do najnowocześniejszych technologii. Takie reguły gry dyktuje po prostu współczesny świat.
W Polsce, w ostatnich latach, najbardziej oblegane są takie kierunki jak psychologia, dziennikarstwo, turystyka, stosunki międzynarodowe i filologie obce. Na niektóre z nich zdawało ponad 10 osób na jedno miejsce. Najpopularniejsze, jeśli chodzi o ilość studiujących, są: zarządzanie i marketing, ekonomia, prawo, pedagogika, administracja, finanse i bankowość. To może dziwić, bowiem absolwenci wielu tych kierunków już są konkurencją głównie sami dla siebie, ale górę nad realną oceną szans zawodowych biorą tu chyba tkwiące głęboko w społeczeństwie stereotypy.
Ile wart jest profesor?
Polski boom edukacyjny jest koniecznością. Podobnie jak w wielu innych dziedzinach naszego życia społecznego i tu nie brakuje nadużyć, ale należy mieć nadzieję, że tych będzie coraz mniej. Raport Przedstawicielstwa ONZ w Polsce sporządzony w roku 2002 uznał zwiększenie dostępności szkolnictwa wyższego za główny cel naszej edukacji. Według autorów tego opracowania, w roku 2005 wskaźnik solaryzacji powinien wynosić w Polsce 50 procent, w 2010 około 65 procent. Owe zalecenie powszechności nie jest możliwe do zrealizowania bez rozwiniętego systemu pomocy materialnej dla studentów. W innym przypadku nadal będzie się pogłębiała przepaść pomiędzy wielkimi aglomeracjami i prowincją. Dostępność zwiększą także uczelnie o charakterze lokalnym, ale same z siebie nie podniosą jakości nauczania. Bez wątpienia potrzebna jest szersza kadra akademicka na odpowiednim poziomie, której nie będzie, jeżeli nie zacznie się jej odpowiednio doceniać. Dzisiaj wcale nie należą do wyjątków sytuacje, w których nauczyciele niższych szczebli zarabiają więcej od akademickiej kadry naukowej. Potrzebny jest także większy udział nowoczesnych technologii w nauczaniu, nawet na szczeblu lokalnym, tak aby można tam było prowadzić prace naukowe i badawcze, a nie tylko uczyć się o nich z książek lub Internetu. Wszystko to wymaga nakładów, ale nie ma dziś lepszej inwestycji niż edukacja, zarówno w wymiarze społecznym, jak i gospodarczym. Raczej trudno zrozumieć pomysły opodatkowywania szkolnictwa wyższego, skoro i tak mamy na tym tle znaczne zaległości względem większej części Europy. Chyba że nadal obowiązuje u nas formuła, że głupimi rządzić łatwiej.
Wybierających uczelnie należy przestrzec przed wybieraniem szkół, w których nic nie jest dopięte na ostatni guzik. Raczej nie należy ufać, że wyższa szkoła zawodowa mająca prawo jedynie do trzyletnich studiów licencjackich uwieńczonych tytułem inżyniera w trakcie toku studiów wprowadzi studia magisterskie. Jeżeli interesuje nas tytuł magistra, lepiej wybrać uczelnię, która już dysponuje takimi uprawnieniami. Należy się również wystrzegać uczelni, co do których Państwowa Komisja Akredytacyjna zgłaszała już jakieś zastrzeżenia. Listę takich uczelni można znaleźć na stronach internetowych ministerstwa - www.menis.gov.pl. Pomocne mogą być powszechnie znane i cieszące się już sporym zaufaniem rankingi publikowane w mediach - "Rzeczpospolita", "Perspektywy", "Wprost". Nie bez znaczenia są kontakty uczelni ze światem biznesu, nauki itp. Praktyki mogą okazać się bezcenne na starcie do kariery.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













