Logo Przewdonik Katolicki

Bałtyk staje się pustynią

Alicja Górska
fot. Patryk Bierski

Od lat zgłaszają, że sytuacja w Morzu Bałtyckim jest alarmująca. Nadmiernie eksploatowane zasoby szprota w południowej części akwenu, niedożywione dorsze, dodatkowo zagrożone populacją fok. Sytuacja rybaków małoskalowych w Polsce jest tragiczna.

Podejmowało się bojkę, potem odbieg, kotwicę, później znowu odbieg i zaczynały się siatki. Jak było widać w tych siatkach ryby, to ta robota szła szybko, mimo że było ciężko – mówi Rafał Bocheński, rybak z Darłowa. – Teraz, kiedy stoi się przy korycie, na które wyciągarka wyciąga puste sieci, to człowiek się bardziej umęczy – dodaje ze smutkiem. 
Rafał Bocheński rybakiem jest od prawie 30 lat. Dziś pełni też funkcję prezesa Darłowskiej Grupy Producentów Ryb i Armatorów Łodzi Rybackich. Rybołówstwem zaraził go kolega, któremu pomagał m.in. w przygotowywaniu siatek. Spodobał mu się ten zawód, opowieści innych rybaków, obcowanie z naturą i dlatego sam zaczął się tym zajmować. Rybacy łodziowi z reguły wychodzą w morze rano, łowiąc sprzętem stawnym. Zostawiają siatki w morzu na noc i kolejnego dnia wracają, by wybrać ryby, a następnie ponownie zastawiają sieci. Zdarza się, że te rejsy są dłuższe, trwają dwa, trzy dni. – Jesteśmy uzależnieni od warunków atmosferycznych. Gdy jest dobra pogoda, to nawet dwa razy dziennie wypływamy w morze. A jak są sztormy, to stoimy w portach i czekamy na poprawę pogody – wyjaśnia Bocheński.
Głównie zajmuje się wyławianiem dorszy, storni (czyli flądry), turbota (poza okresem ochronnym od początku czerwca do końca lipca), a sezonowo śledzi. Zdarzają się też połowy troci i łososia. Łowią sprzętem stawnym, czyli siatkami o długości ponad 50 metrów. Takich sieci stawiają każdorazowo po 200–250. Zabierają też ze sobą w morze lód, a niektóre jednostki mają własne wytwornice lodu. Dzięki temu ryby zachowują świeżość, chociaż jak przyznaje pan Rafał, zdarza się, że lód spływa, zanim dopłyną do portu. To jednak wystarczy, by je dalej zabezpieczyć w odpowiedniej temperaturze.
 
Ryba na skupie
– Od 20 lat cena ryby na skupie utrzymuje się na poziomie 5 zł za kg. Tylko czasami zdarzają się wahnięcia w cenie, że rośnie do 7-9 zł – mówi pan Rafał. To cena za dorsze, bo już łososie są dwa lub trzy razy droższe na skupie. Mówi więc, że sprzedaż ryb z burty jest dla rybaków mniej opłacalna. Wolą sprzedawać już przetworzone, dlatego też część z nich prowadzi własne smażalnie czy sprzedaje w pobliskich miejscowościach. – Są uruchamiane programy unijne, które pozwalają na zakup przyczep czy samochodów tzw. foodtrucków, z których można sprzedawać ryby – informuje Bocheński. Mówi, że wielu rybaków skorzystało z tego dofinansowania. A z czego wynika tak duża różnica między ceną ryby na skupie a w supermarkecie? Tego sami rybacy nie rozumieją. Natomiast wysokość ceny dla przeciętnego konsumenta uzależniona jest od stawek, jakie określają rynki zachodnie, bo większość ryb, które są przetwarzane w naszych przetwórniach, trafia do Francji, Włoch i do Danii. A spożycie ryb wzrasta, podczas gdy zasoby w Bałtyku maleją.
 
ALERT!
Sytuacja na Bałtyku od dawna jest alarmująca i zarówno rybacy, jak i ekolodzy to zgłaszają. Pod koniec lutego protestowali pod Kancelarią Premiera. Do Warszawy zjechali się rybacy z Darłowa, Łeby, Ustki oraz rejonu Zatoki Puckiej. Protestujących było około 200 osób. To sporo jak na flotę małoskalową, która w Polsce składa się z około 650 łodzi rybackich o długości mniejszej niż 12 m. Podstawowym ich postulatem była ochrona zasobów ryb i siedlisk, bez których ryby nie mają szans na przeżycie. Zdaniem rybaków połowy dorsza w tym roku pogorszyły się drastycznie, przez co sytuacja rybaków małoskalowych w strefie przybrzeżnej jest tragiczna. – Tu jest pustynia. Łapiemy ryby na sztuki – przekonuje Rafał Bocheński. – Zdarza się, że jednostka wraca z rejsu z 10–15 kg ryby, gdzie kiedyś przywoziła kilkaset kilogramów, a nawet grubo ponad tonę z takich rejsów co drugi dzień – dopowiada. Zwraca szczególnie uwagę na jednostki łowiące w pasie przybrzeżnym do 12 mil morskich. – Są jednostki, które mają uprawnienia, by pływać do 30 mil od lądu, a więc do Bornholmu i z Bornholmu, ale są i takie, które mają żeglugę tylko do 6 mil od lądu. Ci ludzie nie mają szans na zarobienie pieniędzy ze sprzedaży ryb. Nie mają na chleb – mówi Bocheński. Przez to, że armatorzy mało zarabiają, mają problemy z zatrudnieniem pracowników i skompletowaniem załogi. Utrzymanie jednostki to spore koszty, bo potrzebne są remonty łodzi, zakup sprzętu i wyposażenia. A kolejnym problemem są dla nich foki szare, które niszczą sieci i wyjadają z nich ryby. Problem dotyczy zwłaszcza regionu Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. – Kiedy mamy w pobliżu sieci foki, to praktycznie nie wybieramy ryb – mówi pan Rafał. Rybacy mogą się starać o rekompensaty za utracone połowy, ale ilość wniosków wpływających do Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wynosi w ostatnich latach tylko około 200 rocznie. Dotyczą strat w wysokości około 1600–2000 sztuk ryb łososiowatych i dorsza (dane z MGMiŻŚ). – Straty liczy się na podstawie liczby łebków uszkodzonych ryb. Wówczas protokół spisuje inspektor rybołówstwa i rybak dostaje niespełna 4 zł za sztukę – wyjaśnia prezes Darłowskiej Grupy Producentów Ryb i Armatorów Łodzi Rybackich. – Wysokość tych rekompensat nie jest współmierna do tego, jakie straty ponosimy, bo one dotyczą ryb, ale już nie utraconego sprzętu – dodaje Bocheński. Władysław Bajka, rybak z 46-letnim stażem komentuje to bardziej dosadnie. – Jak z fokami nie zrobią porządku, to rybołówstwo padnie na ryj – przekonuje. – Kiedyś człowiek postawił 9 tys. haków, to złowił od trzech do sześciu ton ryb, a teraz postawi 20 tys. haków i złowi 500 kg – tłumaczy i dodaje, że jak się zapłaci za sprzęt, paliwo, przynętę, robociznę, to się wychodzi na zero. 
 
Wychudzony dorsz
Jedną z przyczyn tej trudnej sytuacji, zdaniem rybaków, jest malejąca dostępność pożywienia dla dorsza – a więc ryb pelagicznych, głównie szprota i śledzia – przez co dziś wyławiane dorsze są mniejsze, chudsze i częściej chore. Ich zdaniem zasoby ryb pelagicznych na polskich wodach, ale i w całym centralnym Bałtyku są nadmiernie eksploatowane przez duże jednostki pelagiczne, gdzie łowione ryby przeznaczone są na mączkę rybną, będącą składnikiem wielu pasz. Uważają, że zamknięcie strefy 6-milowej dla tych połowów jest niewystarczające i chcieliby to ograniczenie rozszerzyć na całą strefę 12-milową. – Badania naukowe wskazują, że nie ma odpowiedniego tarła, a w dalszym ciągu są eksploatowane łowiska nr 25 i 26 na wschodnich wodach Bałtyku, czyli w naszej strefie – mówi Bocheński. Zdaniem rybaków zrzeszonych w różnych związkach rybackich konieczne jest więc ograniczenie połowu ryb pelagicznych od maja do września, by w ten sposób nie zakłócać tarła dorszom i zadbać o pożywienie dla nich. – Kiedyś polskie rybołówstwo dorszem stało. Łowiło się 120 ton rocznie – mówi Bocheński. – Nie będzie przyszłości dla rybołówstwa małoskalowego, jeżeli rządzący nie podejmą żadnych decyzji – przekonuje. A Komisja Europejska planuje wprowadzić półroczny zakaz połowu dorsza na wschodnim Bałtyku, by odbudować stada. – Mamy naukowców, Morski Instytut Rybacki i instytuty w innych krajach. Oni powinni przeprowadzić badania i stwierdzić, jakie rozwiązanie jest najlepsze – uważa Bocheński. – Bo my naprawdę nie chcemy żyć z dotacji unijnych, tylko z rybołówstwa – przekonuje.
 
Ciężki los rybaka
Rafał Bocheński jest armatorem łodzi pokładowej wraz z jeszcze jedną osobą. Łódź ma 11,5 m długości. Ma zezwlenie na żeglugę do 30 mil morskich do najbliższego lądu, a więc na taką odległość może wypływać. Łódź wyposażona jest głównie w sprzęt połowowy oraz w to, co zabezpiecza załogę, a więc tratwę ratunkową, koła ratunkowe, radiopławę (urządzenie ułatwiające służbom ratowniczym odnalezienie jednostki dzięki wykorzystaniu sygnału emitowanego przez wbudowany nadajnik), rakiety, radio z DSC, po włączeniu którego wszystkie stacje brzegowe i jednostki, które są w pobliżu, mają wiadomość, że dana jednostka z numerem identyfikacyjnym MMSI potrzebuje pomocy. Ten sprzęt przydaje się w czasie sztormów. To wtedy rybacy miewają groźne sytuacje na morzu i mimo że dziś da się dokładniej przewidzieć warunki atmosferyczne, to nadal ta praca bywa niebezpieczna. Pan Rafał wspomina sytuacje sprzed lat, jak w czasie dobrej pogody wszystkie łódki wyszły w morze.  – Woda na morzu była gładka jak na stole, ale po jakimś czasie bosman zaczął nas wołać, żebyśmy jak najszybciej zaczęli wracać do portu, ponieważ już na wysokości Kołobrzegu wiatr podrywa wodę, były szkwały – opowiada. Kończyli już pracę i jako pierwsza jednostka wpłynęli do portu, ale część innych rybaków nie zdążyła wpłynąć przed sztormem. – Na DAR-26 zatarły się filtry i zgasł silnik, a wtedy nie ma się sterowności. Druga jednostka DAR-126 przewróciła się na burtę, ale mieli siatki na pokładzie i te siatki wypadły, dzięki czemu stanęli i ktoś ich wciągnął do portu – wspomina. 
Władysław Bajka z zawodu jest stolarzem, ale żartuje, że morze lubi bardziej niż kobiety. – Bez morza nie mógłbym żyć. Musiałbym wyjechać tam, gdzie jest dużo jezior albo rzek – przekonuje. Nie zraziły go nawet niebezpieczne wypadki na morzu. – Kiedyś 20 minut znajdowałem się pod łodzią w czasie sztormu. Tylko myślałem o tym, żeby złapać powietrze i się stamtąd wydostać – wspomina. Po tym zdarzeniu lekarz mu powiedział, że z powodu tak ogromnej dawki stresu mógł w tym krótkim czasie osiwieć i wyłysieć. – Morze uczy pokory. Z morzem jeszcze nikt nie wygrał – dopowiada.
Co w takich sytuacjach pozwala zachować zimną krew i daje nadzieję? – Każdy chce żyć dalej, wrócić do rodziny, więc walczy, by wrócić na ląd – odpowiada Rafał Bocheński. –  Kiedyś w morzu była tylko nasza jednostka, a na niej trzyosobowa załoga i złapał nas sztorm – kontynuuje. – Kolega, który był za sterem, poprosił, żebym wyszedł ze sterówki i kazał nam ubrać kapoki. Powiedziałem do drugiego kolegi, żeby się nie martwił, bo ten za sterem ma czwórkę dzieci, on nas musi dowieźć do portu – wspomina pan Rafał. Sam też 20 lat temu zdobył uprawnienia starszego marynarza, ukończył odpowiednie kursy i może sterować jednostką do 15 metrów. – Rybacy z reguły są osobami wierzącymi. Wielu z nas ma na kutrach jakiś obrazek i krzyżyk, a jak się wchodziło do kubryku, było napisane „Bóg z nami” – mówi. Pan Władek też potwierdza, że wiara w Boga daje mu nadzieję w groźnych sytuacjach. – Raz w łodzi nawaliło sprzęgło, a urodziły mi się bliźniaki, to tylko się przeżegnałem i mówię: Boże daj zobaczyć bliźniaki przed śmiercią. I dojechaliśmy szczęśliwie – wspomina. Wtedy przyholowała ich łódź ratunkowa Zefir.
 
Czy kutry znikną z Wybrzeża?
Dziś wszyscy rybacy małoskalowi skarżą się na małe połowy. W rybołówstwie zostali ci, którzy pływali wcześniej i w wieku 50–60 lat nie chcą już szukać nowego zajęcia. A kiedyś do rybołówstwa przyciągały zarobki. – Teraz mamy problem z opłatami portowymi, ze składkami na ZUS, mimo że na przykład ja zatrudniam tylko dwóch pracowników – mówi Rafał Bocheński i dodaje, że młodzi już nie chcą pracować w tym zawodzie. – Mam dwóch synów, którzy skończyli szkołę morską i żadnego nie ma w rybołówstwie – dopowiada.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki