Logo Przewdonik Katolicki

Rachunek z żaby

Monika Białkowska
FOT. PHOTOGRAPHEE.EU/FOTOLIA

Wielu oskarża Kościół o to, że przyzwala na przemoc w rodzinie. Prawda jest inna, ale nie czyni nas niewinnymi. Zabierając głos w obronie ofiar, wciąż mówimy szeptem.

Nigdy nie próbowałam ugotować żywcem żaby, ale podobno jest to możliwe. Trzeba tylko przestrzegać jednej zasady: za żadne skarby nie wrzucać jej do wrzątku, bo natychmiast wyskoczy. Żaba głupia nie jest, zadziała instynkt samozachowawczy. Żeby ją ugotować, trzeba wsadzić zwierzę do garnka z zimną wodą i podgrzewać bardzo powoli. Nie wyczuje tego krytycznego momentu, w którym przestanie być normalnie, a stanie się śmiertelnie niebezpiecznie. Aż będzie za późno i zginie.
Dokładnie w ten sam sposób działa przemoc w rodzinie. Jako Kościół nie możemy udawać, że nic się nie dzieje, i milczeć tylko dlatego, że woda w garnku jeszcze nie wrze, wszyscy żyją.
 
Za mało, za cicho
Kiedy wybuchła bomba z nieszczęsnym i szybko wycofanym projektem nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, który za takową nie uznawał jednorazowego jej aktu, reakcja społeczeństwa była zaskakująca zapewne tylko dla inicjatorów owej nowelizacji. Większość zareagowała prawidłowo: nie trzeba kończyć studiów z teologii moralnej, żeby wiedzieć, że przemocą jest już pierwsze pobicie, pierwszy gwałt i pierwsze upokorzenie, podobnie jak kradzieżą jest pierwsza kradzież, a zabójstwem pierwsze zabójstwo. Niepokojący z punktu widzenia Kościoła powinien być fakt, że sama inicjatywa takiej nowelizacji powiązana została z jego nauczaniem. Większość komentarzy oscylowała wokół tezy, że władza próbuje przypodobać się Kościołowi, a Kościół wiadomo: kobiet nigdy nie lubił, sprzeciwiał się ratyfikacji przez Polskę konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, a ponad cierpienie pojedynczego człowieka przedkłada godność sakramentu – bo w świętym związku małżeńskim trzeba trwać za wszelką cenę, z pokorą dźwigając swój krzyż.
Możemy powiedzieć krótko: to bzdura. Przecież nie jest prawdą, że Kościół nienawidzi kobiet i zgadza się na stosowanie wobec nich przemocy. Nie zmienia to jednak faktu, że nauka Kościoła w tej kwestii wciąż jest zbyt mało czytelna, zbyt cicha i zbyt mocno obciążona tezami z przeszłości, od których zbyt mało kategorycznie się odcinamy.
 
Słowo zabija
Istoty przemocy w rodzinie nie zrozumie ten, kto jej nie doświadczył. Trudno jest wyobrazić sobie, że silna kobieta, która doskonale łączyła życie studenckie i zawodowe, organizowała eventy dla setek osób i obrała wielkimi kwotami pieniędzy, w małżeństwie staje się swoim cieniem: boi się odebrać telefon, otworzyć okno we własnym domu, czuje się od wszystkich gorsza i słabsza, wycofuje się z wszelkich relacji. Mąż wydziela na życie 20 zł dziennie, zabrania podjęcia pracy zawodowej, zakłada podsłuchy i programy szpiegujące albo godzinami chodzi za nią po domu z dyktafonem i prowokuje do tego, by w końcu wybuchła: wtedy ma dowód dla sądu. Ona zaś żyje w poczuciu, że to jej wina, bo nie była dość dobra, dość cierpliwa, bo nie kochała dość mocno albo nie sprawdziła się w sypialni.
To się dzieje każdego dnia. Trzeba spotkać ofiarę przemocy domowej, żeby zrozumieć, że słowo może zabić i nie jest to przenośnia. Więcej: że nie dotyczy to wcale rodzin patologicznych czy z tak zwanych nizin społecznych, ale wszystkich. Niestety, mało kto jest w stanie uwierzyć, że szanowany i uśmiechnięty pan dyrektor w domu każdego dnia powoli zabija swoją żonę.
 
Dezaprobata to za mało
Co robi wobec tego mój Kościół? Czy kobiety, które przemocy doświadczyły, czują się przez Kościół otoczone opieką? Są wierzące i wiedzą, że powierzchowny odbiór Kościoła jako ich wroga nie jest prawdą. Wiedzą, że Ewangelia jest inna i że Jezus nie pozwoliłby ich krzywdzić. Organizacje zajmujące się wspieraniem kobiet po przemocy przyznają, że mogą liczyć na współpracę ze strony Kościoła. Ale kiedy te kobiety klękają przy konfesjonale, wciąż jeszcze zbyt często słyszą o krzyżu, który muszą dźwigać z pokorą, o znoszeniu cierpienia w imię ofiary za męża, bo przecież on może kiedyś się nawrócić, o świętości i nienaruszalności sakramentu małżeństwa. Kiedy oczekują jasnego, wyraźnego głosu w swojej obronie – czasami nie dostają go. Przeciwnie. Słyszą, że Kościół sprzeciwia się unijnej konwencji o zapobieganiu przemocy: bo owa konwencja jest niezgodna z nauczaniem Kościoła, bo przemyca się w niej elementy ideologii gender. Owszem, to jest dla Kościoła nie do przyjęcia. Nie usprawiedliwia jednak milczenia w tej sprawie. Są kwestie, w których milczeć nie wolno. Jeśli nie możemy podpisać się pod cudzym głosem, zdecydowana dezaprobata to za mało. Trzeba jasno zbudować własne stanowisko i wyrazić je tak, by dotarło do wszystkich.
 
Jesteśmy po twojej stronie
Przyznaję – może to i szlachetne w kontekście tygodnia ekumenicznego – że z zazdrością czytałam dokument roboczy „Kościoły mówią NIE przemocy wobec kobiet. Plan działania dla Kościołów”, przygotowany w 2001 r. przez Światową Federację Luterańską. W dokumencie tym nie ma sprzeciwu wobec cudzych, mniej czy bardziej udanych inicjatyw. Nie ma krytyki, próby ulepszania czy dokładania własnej perspektywy. Jest to własna, niezwykle merytoryczna i jasno opracowana wizja postępowania wobec przemocy w rodzinie w taki sposób, żeby zło nazwane było po imieniu, a wszelkie procedury odbywały się zgodnie z Ewangelią. Czytamy więc, że gdy cierpią ofiary, cierpi również Bóg. Czytamy, że wołania o pomoc ofiar nie wolno zagłuszać argumentami o dobru rodziny, honorze, stabilizacji czy dobru dzieci. Czytamy, że wiara ma potencjał wyzwalający, a nie jest narzędziem opresji wobec kogokolwiek. Że przemoc wobec kobiet jest grzechem przeciwko życiu, bo godzi w obraz Boga w krzywdzonej osobie. Że Kościół jako narzędzie Boga może zatrzymać nasilającą się przemoc. Oprócz tego w dokumencie jest szczegółowa charakterystyka rodzajów przemocy (odsyłam do źródła, bo naprawdę warto wiedzieć i nauczyć się rozpoznawać choćby ofiary przemocy psychicznej i emocjonalnej: wykluczenia, odrzucenia, izolacji, krytykowania, gróźb, deprawacji czy wtórnej wiktymizacji). Jest i przygotowany przez specjalistów dodatek z bardzo praktycznymi wskazówkami, jak ofiara może pomóc sobie sama (porozmawiaj z kimś, komu ufasz; poznaj organizacje pomocowe, zanim będziesz ich potrzebować; umów się z sąsiadami na sygnał alarmowy; ukryj w znanym sobie miejscu trochę pieniędzy; schowaj trochę rzeczy i dokumenty u sąsiadów na wypadek, gdybyś musiała uciekać). Jest informacja o tym, jak rozpoznać, kiedy kobieta jest ofiarą przemocy, jak rozpoznać sprawcę, jak się zachować, gdy ktoś mówi, że jest ofiarą przemocy – ale jest i część poświęcona pomocy duchowej, fragmenty Pisma Świętego dla osób w kryzysie i modlitwa dla ofiar. Przyznaję, że w żadnym innym miejscu nie spotkałam tak wyczerpującego, ale i konkretnego poradnika, w którym wyraźny jest komunikat dla ofiary: cierpisz, więc jesteśmy po twojej stronie. Kościół jest po twojej stronie.
 
Nawrócenie to nie magia
Jest jeszcze – to pewnie najważniejsze – teologia. Jej pierwszym elementem jest nawrócenie, o którym najczęściej słyszą, paradoksalnie, ofiary. Owszem, cierpliwość i gorliwa modlitwa ofiary mogą nawrócić sprawcę, ale to nie jest działanie magiczne. Bóg nie przemieni serca tego, któremu na tym nie zależy, bez jego wiedzy, woli czy jakiejkolwiek inicjatywy. Odpowiedzialność za ratowanie sakramentu małżeństwa nie może spoczywać wyłącznie na ofierze i bezwzględne jest zrzucanie tego wyłącznie na jej barki: jesteś żoną, więc cierp, bo on dzięki temu pójdzie do nieba. Sprawca przemocy tak samo jak ofiara ponosi odpowiedzialność za sakrament i to on mu się sprzeniewierza – więcej więc powinno się mówić o tym, co on powinien zrobić, żeby być w nim obrazem Chrystusa, niż o tym, co jeszcze znosić powinna ofiara.
Drugi element teologii, zbyt często nadużywany w mówieniu o przemocy w rodzinie, to krzyż. Ofiary przemocy albo słyszą, albo same o sobie mówią, że sytuacja, której doświadczają, jest krzyżem, który dźwigają. Być może wielu nazwie to nadzieją. Być może wielu jednak czuje się przez Boga zdradzonymi. Nie można wobec tego nie zapytać, co było celem krzyża? Czy Bogu chodziło o to, żeby jak najbardziej udręczyć Syna i postawić Go u kresu wytrzymałości? Czy to Jezusowi chodziło o to, żeby kochać tak bardzo, żeby nie bać się niczego i wszystko wytrzymać? Bóg nie posłał na ziemię swojego Syna, żeby cierpiał. Posłał Go po to, żeby kochał do końca miłością, która przezwycięża zło. Jeśli Jezus ukrzyżowany ma być dla ofiar wzorem – to powinien nim być Jezus zwycięski, z ranami, ale powstający z grobu i dający świadectwo, że zło nie ma ostatniego słowa. Krzyż nie jest wezwaniem do cierpiętnictwa, ale do wyrwania się z błędnego koła przemocy.
 
Krzyż nie niszczy
Prawdziwy Krzyż Jezusa nie niszczy człowieka, nie czyni go psychicznym wrakiem, nie odbiera wiary w Boga, nie popycha do samobójstwa – a to robi z człowiekiem doświadczenie przemocy. Krzyż rozwija człowieka, a nie degraduje. Dlatego nie każde cierpienie jest krzyżem. Jest krzyżem, jeśli przychodzi z ręki Boga, niezawinione przez ludzi. Jest krzyżem, jeśli przychodzi z ręki człowieka, ale tego, który prześladuje nas dla Chrystusa. Każde inne cierpienie jest złem, przed którym mamy prawo i obowiązek się bronić. Nikt rozsądny nie powie, że mamy rozdawać pieniądze oszustom „na wnuczka”. Nikt nie przekonuje, że powinniśmy tak jeździć swoimi samochodami, żeby pozwolić zarobić wyłudzaczom ubezpieczeń. Nikt nikomu nie każe trzymać portfela na wierzchu, tak na wszelki wypadek, bo może ktoś będzie potrzebował coś ukraść. Ucieczka od męża, który bije albo znęca się psychicznie, nie jest grzechem. Jest upomnieniem się o godność i sprawiedliwość. Jest upomnieniem się o sakrament małżeństwa, który inaczej powinien wyglądać i nie godzi się tak go zbrukać.
To dla wielu prawdopodobnie kwestie oczywiste. Problem w tym, że nie przebijają się do publicznej narracji, a co za tym idzie – również do ofiar przemocy. Żaby wciąż powoli się gotują przekonane, że tak trzeba. I z tego my wszyscy powinniśmy zrobić sobie rachunek sumienia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki