Logo Przewdonik Katolicki

Nauczyciel: człowiek z misją czy usługodawca

Weronika Frąckiewicz
fot. Agnieszka Sozańska

Są wśród nich pasjonaci, którzy podporządkowują edukacji życie, ale i malkontenci, traktujący nauczanie jako zło konieczne, choć tych drugich jest zdecydowanie mniej. A wielu mówi z przekonaniem: relacja przekłada się na edukację.

W społeczeństwie nierzadko jawią się jako jednolity twór, zamknięty w systemie jak w żelaznej klatce. Od czasu do czasu głośniej krzyczą, domagając się podwyżek lub szacunku społecznego. Tak naprawdę nie ma w naszym kraju osoby powyżej 7. roku życia, która na swojej drodze nie spotkała żadnego nauczyciela, tym samym wyrabiając sobie opinię na temat całej grupy. Jednak gdy spojrzy się z bliska na masę pracowników oświaty, ukażą się barwy, którymi nie może poszczycić się żadna inna grupa zawodowa. Pośród takiej różnorodności nie może być mowy o ujednoliceniu. Są wśród nich pasjonaci, którzy podporządkowują edukacji całe życie, ale i malkontenci, którzy nauczanie traktują jako zło konieczne, choć tych drugich wydaje się zdecydowanie mniej. Wszyscy mają swój udział w tym, jakich lekarzy, prawników, polityków czy ślusarzy będziemy mieć za kilka lat. Dr Krzysztof Wawrzyniak, wykładowca UAM z Wydziału Studiów Edukacyjnych, dodaje jeszcze jedną ważną funkcję, jaką dziś powinni pełnić nauczyciele: – W dzisiejszych czasach szkoła i nauczyciele mogą i powinni, z uwagi na szacunek do drugiego człowieka, stać na straży kultury dialogu. Kultury, w której powinien być czas na spotkanie, w której powinniśmy otworzyć się na drugiego człowieka, ucznia, ale i rodzica, z jego potrzebami i aspiracjami, aby wspólnie tworzyć środowisko szkolne.
 
Tylko lodówki brak
– Szłam niedawno chodnikiem. Nagle bardzo przystojny mężczyzna przeciął mi drogę i z uśmiechem wykrzyknął: Dzień dobry! Jakież było moje zdziwienie, kiedy przyjrzawszy mu  się bliżej, zobaczyłam Darka, mojego byłego ucznia…
W tym roku mija 18 lat, odkąd Magda po studiach podjęła pracę jako nauczycielka matematyki w małej wiejskiej szkole w województwie pomorskim. Przekrój roczników, które uczy, jest bardzo szeroki: od czwartej klasy podstawówki do ósmej, a także wygaszająca się w tym roku trzecia gimnazjum. Jak sama przyznaje, uczenie maluchów to niemałe wyzwanie, zdecydowanie bliżej jej do nastolatków: – Młodzież skupia się na zadaniu, możemy porozmawiać o zawiłościach matematyki. Dla dzieci z młodszych klas nierzadko główny problem stanowi kolor, jakim mają podkreślić temat – opowiada.
Magda jest osobą cierpliwą i słuchającą: – Lubią opowiadać, co wczoraj robili, jakie problemy ma ich brat, co będą mieć na obiad. Muszę bardzo lawirować pomiędzy słuchaniem ich a ucinaniem nadmiernych dywagacji. W przeciwnym razie nigdy nie zrealizowałabym tematu – śmieje się Magda. W poprzednim roku szkolnym dopadł ją kryzys. Nie był  związany z uczniami czy wypaleniem zawodowym. Bezpośrednią przyczyną był dyrektor. Zmuszona była wystawić ocenę niedostateczną jednemu z uczniów, dyrektor się nie zgodził: – Zdałam sobie sprawę, że mój autorytet jest podważany. Próbowano wpłynąć na moją decyzję, stosując szantaż emocjonalny. Czułam się z tym fatalnie.
Postanowiła się zdystansować, poszła na rok urlopu dla poratowania zdrowia: – Ten rok po tylu latach pracy był mi bardzo potrzebny. Nabrałam dystansu do całej sprawy, o wielu rzeczach zapomniałam, a przede wszystkim wypoczęłam dogłębnie. Pytana o to, co ją denerwuje w pracy nauczyciela, długo się zastanawia. Po chwili przyznaje ze śmiechem: – Na ten moment najbardziej mnie denerwuje brak lodówki w pokoju nauczycielskim. Dyrektor mówi, że jeśli chcemy ją mieć, to musimy się na nią zrzucić.
 
Z grabkami na Polskę
Pytanie o autorytet nauczyciela jest tak naprawdę pytaniem otwartym, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. To sprawa na tyle indywidualna, dotycząca poszczególnych przypadków, że gdy rozważamy ją, biorąc pod lupę cała grupę zawodową, tylko spłycamy problem, zdecydowanie go nie wyjaśniając. Dr Wawrzyniak uważa, że autorytetu każdy nauczyciel powinien poszukać w sobie: – Tylko nauczyciele spójni wewnętrznie i autentyczni mogą być wiarygodnym autorytetem relacyjnym dla ucznia, którego ten będzie chciał respektować i naśladować. Część nauczycieli czuje się jednak zmuszona do porzucenia własnych ideałów we współczesnej rzeczywistości edukacyjnej. Wynika to często z różnic wymagań i oczekiwań (dyrektora, rodziców, uczniów, innych nauczycieli). Niestety, często mogą się one wykluczać, zamiast uzupełniać.
Justyna nie ma wątpliwości, że dla swoich uczniów stanowi autorytet. Ostatnio, po obchodach rocznicy niepodległości Polski, przyszła do niej mama jednej z uczennic i poprosiła: „Wiem, że na pewno Pani tak nie mówiła, ale proszę przekonać Helenkę, że we fragmencie «przyszli zaborcy i zagrabili Polskę całą» wcale nie chodzi o to, że oni wzięli grabki i grabili nasz kraj. Ona się upiera, że Pani im tak powiedziała”. Na początku marca minęło 10 lat jej pracy w edukacji, dwa lata w klasach I–III, reszta to praca w dwóch poznańskich przedszkolach. Już jako dziecko szukała maluchów, którymi mogłaby się opiekować. Studiów pedagogicznych nie miała w planach. – Nie chciałam studiować pedagogiki, bo bałam się, że to zabije we mnie miłość do dzieci i spontaniczność reakcji. Na pewnym etapie życia wymyśliłam, że będę sprzątaczką w domu dziecka, będę tym dzieciom po cichu pomagać, po cichu je kochać.
Ostatecznie skończyła studia, które niczego w niej nie zabiły. Jak sama przyznaje, edukacja w jej pracy nie jest calem nadrzędnym: – Przede wszystkim chcę sprawić, żeby te dzieci czuły się kochane, ważne i wartościowe, ale nie przez to, co osiągają, ale przez to, że pozostaną sobą – mówi. Do zawodu podchodzi misyjnie. Śmieje się, że dobrze, że tak mało zarabia, bo przecież za misje się nie płaci. Po chwili zastanowienia dodaje, że ma świadomość niskich opłat za mieszkanie, które wynajmuje od znajomych. Gdyby płaciła więcej, pewnie by jej nie starczyło. Jest jedna rzecz, która w byciu nauczycielem spędza jej sen z powiek: dokumenty, które nieustannie musi wypełniać: – To, co najbardziej chcę robić w mojej pracy, czyli bycie z dziećmi, okazuje się jakąś cząstką. Właściwie każdy mój krok, ruch w pracy powinien być udokumentowany, spisany i wciśnięty w formularze. Jest to niemożliwe. Nie chcę prawdy o dzieciach przenosić na jakieś druki.
 
Non omnis moriar
Marta swoją pracę traktuje jak misję do wypełnienia: – Cieszę się, że w dzisiejszych czasach, w których zdecydowanie rządzi konsumpcjonizm, a kultura wysoka została zepchnięta na margines, mogę przekazać dzieciom wartości humanistyczne i ponadczasowe. Nawet jeśli teraz do nich to nie dociera, wierzę, że w jakiś sposób zostawi to ślad w ich sercach i umysłach – mówi. Ten sens widzi zwłaszcza w kontakcie z uczniami, których uczyła wiele lat temu: – Przychodzą do mnie, nawet ci, którzy już są na studiach. Dziękują mi i opowiadają o tym, czego doświadczyli podczas nauki u mnie. Widzę, że w tej pracy najważniejsze są relacje – mówi.
Marta od 17 lat pracuje w szkole muzycznej, uczy grać na fortepianie i prowadzi przedmioty teoretyczne związane z muzyką. Od tego roku ma kilkanaście godzin jako nauczyciel muzyki w jednej ze społecznych szkół w Warszawie, a także kilka jako rytmiczka w państwowym przedszkolu. Łącznie ma 28 godzin pracy, ale tylko teoretycznie, gdyż sporo dodatkowego czasu przeznacza na przygotowywanie się do lekcji i dojazdy do szkoły muzycznej pod Warszawą. Jak sama przyznaje, kocha swój zawód i nie wyobraża sobie, że mogłaby robić coś innego. Po tylu latach pracy dostrzega jednak pewne problemy zdrowotne związane z wykonywanym zawodem: – Miałam guzki na strunach głosowych i nawracające problemy z uszami. Uważam, że urlop dla poratowania zdrowia powinien należeć się wszystkim z automatu, zanim będzie za późno – mówi. Mimo trudności, z jakim boryka się w zawodzie, i mimo że nie czuje, iż jej praca jest szanowana w społeczeństwie, jednego jest pewna: – Uważam, że jest to najlepsza rzecz, jaką mogłam w życiu robić. Ucząc, mam wrażenie, że część mnie zostaje w tym, co dzieciom przekazuję. Trochę tak jak mówił Horacy: Non omnis moriar – nie wszystek umrę – z nutką dumy w głosie dodaje Marta.
 
1/25
System niejednokrotnie nie ułatwia pracy nauczyciela. Obowiązki wynikające z etatu wymykają się poza wymiarową liczbę godzin. Ów system jednak nie ogranicza się tylko do poziomu państwa, ale dotyczy placówki i organu prowadzącego: – Na problem systemu trzeba spojrzeć bardzo szeroko – przyznaje dr Wawrzyniak
Ola w dzieciństwie uwielbiała słuchać historii o nauczycielach. Już wtedy wyobrażała sobie, że kiedyś będzie jedną z nich. Dziś, po 12 latach pracy przyznaje, że gdyby jeszcze raz poszła na polonistykę, być może wybrałaby specjalizację z logopedii: – Pozwalałaby mi to pracować jeden na jeden, bo praca jeden na 25 jest dosyć męcząca – wyznaje Ola. Od razu po studiach zaczęła pracować w liceum ogólnokształcącym i technikum w małej miejscowości na ziemi lubuskiej. Lubi swoją pracę, ale nie traktuje jej jako wielkiej misji: – Najbardziej lubię kontakt z uczniami, rozmowy z nimi, to, że choć trochę mogę stać się częścią ich świata. Wszystko, co jest dokoła procesu nauczania, nie jawi się jej w takich różowych barwach. Tu oczekiwania z przeszłości rozmijają się z rzeczywistością: – Nadmiar obowiązków i marne zarobki naprawdę mogą działać frustrująco. Dziś na rękę, bez żadnych dodatków zarabiam 2064 zł. Jasne, że mam jeszcze nadgodziny, ale z podstawowej pensji trudno byłoby mi się utrzymać – mówi. Jest gotowa zrezygnować z Karty Nauczyciela i wszystkich przywilejów z niej wynikających: – Chętnie pozbędę się Karty Nauczyciela, jeśli tylko będę godnie zarabiała. Marzy mi się urlop w czasie, w którym ja chcę go wziąć, np. w listopadzie, a nie wtedy, kiedy jest mi on narzucony z góry.
– Po pół roku pracy w zawodzie stanąłem kiedyś w pokoju nauczycielskim z kubkiem herbaty, popatrzyłem w okno i powiedziałem do siebie: Mateuszu! Robisz to, o czym myślałeś i o czym marzyłeś od zawsze… Podświadomie zawsze chciał być nauczycielem, ale  początkowo się wzbraniał. Trochę ze względu na otoczenie, a trochę sam zdusił w sobie to pragnienie: – Na teologii nie chciałem robić praktyk. Myślałem, że to nie dla mnie – mówi. Od pięciu uczy religii w jednej z poznańskich podstawówek. Od tego roku zaczął też uczyć biologii i geografii: – Jednego dnia rano mam biologię, a później religię w tej samej klasie. Rozmawiamy np. o ewolucjonizmie. Niekiedy jest mi trudno, zwłaszcza gdy na biologię chodzą uczniowie, którzy nie przychodzą na religię.
Kiedy opowiada o swoim byciu nauczycielem, jak refren wybrzmiewa jedno słowo: relacja. – Największą przyjemność w zawodzie nauczyciela odczuwam, gdy widzę, że coś między nami gra. Czasem mam wrażenie, że często nie jest tak bardzo istotne to, czego ich uczę, a najważniejsze jest to, żebym z nimi był. Wiem, że relacja przekłada się na edukację – mówi Mateusz. I nieśmiało opowiada, jak wyglądałby szkoła jego marzeń: – Doświadczenie, a potem refleksja wprowadzana w życie. Swoją szkołę na pewno bym zbudował na fundamencie wrażliwości społecznej.
Ma świadomość, że nauczyciel nie jest samotną wyspą, że najlepiej działa się w grupie: – Nakręca mnie, gdy trafię na nauczycieli i uczniów, którzy myślą podobnie. Wtedy jest szansa zrobienia czegoś naprawdę fajnego i wartościowego – mówi.
 
Na świeczniku
Nauczyciele jako grupa zawodowa są niewątpliwe na świeczniku. Tak jak ewoluuje całe społeczeństwo, tak i oni podlegają procesom przemian. W rozmowach wszyscy podkreślali, że najważniejsze jest bycie tu i teraz z dzieckiem. Wiele zewnętrznych działań, które są podejmowane, próbuje niestety, często nieświadomie, uderzyć w tę relację. Proces edukacji i wychowania codziennie po cichu toczy się własnym torem w setkach tysięcy szkół. Czasem wystarczy odrobina chęci wzajemnego zrozumienia i dialogu między nauczycielami, rodzicami i państwem, aby wszyscy zrozumieli, że gra toczy się o jedno i to samo: o dobro dziecka.
 
Imiona bohaterów zostały zmienione.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki