Logo Przewdonik Katolicki

Herbata u księdza

Monika Białkowska
FOT. UNSPLASH

Doświadczenie nauczyło mnie ufać księżom. Dzięki nim Kościół jest moim domem. Dramatem by było, gdyby problem pedofilii zniszczył nasze relacje i na zawsze odebrał zaufanie.

Zakaz kar cielesnych, roztropność w gestach i słowach, zakaz przebywania sam na sam z nieletnim, zakaz przyjmowania nieletnich na plebanii – archidiecezja warszawska wydała właśnie kodeks właściwego postępowania w sytuacjach duszpasterskich z dziećmi i młodzieżą. To dokument mający na celu zapobieganie aktom pedofilskim wśród księży. Jest bez wątpienia ważny i potrzebny – a jednocześnie zamiast ulgi przynosi cierpienie. Grzech pedofilii grupy księży zranił Kościół bardziej, niż na pierwszy rzut oka się wydaje.
 
Piżama i krzesła prababci
Emocjonalny, osobisty, sprzedający prywatność autorki – ten tekst ma wszystkie największe wady dobrego materiału dziennikarskiego w liczącym się tygodniku opinii. Zaryzykuję go jednak, bo jedno świadectwo ważyć może więcej niż dziesiątki intelektualnych dywagacji.
Ta historia ciągnie się od kilku pokoleń. Próbowaliśmy kiedyś policzyć, ilu księży siedziało na starych krzesłach z wyprawy ślubnej prababci: wyszło ich blisko siedemdziesięciu. Większość z nich już dawno nie żyje, część była tylko przelotem i pewnie o tym nie pamięta, inni wracają regularnie. Nie, nikt ich nie kolekcjonował, nie szedł na rekord ani siłą nie wabił – taki po prostu był dom. Dom, jakich jest wiele, choć się o nich nie mówi.
Prababcia już ponad sześćdziesiąt lat temu mruczała pod nosem na swoją wnuczkę, że księdza to się po rękach całuje, a nie na kolanach mu siada. A wnuczka z wielką kokardą na głowie przedrzeźniała księdza na katechezie, a w domu, kiedy przychodził zagrać z rodzicami w karty, pakowała mu się na kolana. I nie było w tym ani krzty zła. On potem w trudnych latach komunizmu jeszcze jej dzieciom buty do Pierwszej Komunii kupował i pozostał przyjacielem do końca życia. 
Sama pamiętam, którego z księży poznałam po północy, będąc w piżamie – bo inny ksiądz przyprowadził go, wpadając do nas po drodze z jakiejś podróży. Do dziś się znamy, lubimy i żadne z powodu drugiego nigdy spowiadać się nie musiało.
 
Przesadziłeś z tym kazaniem!
Tak się dzieje cały czas. Księża mają znajomych i przyjaciół, rodziny, do których wpadają na kawę albo pograć w planszówki, z którymi wyjeżdżają na wakacje, u których robią pranie, jeśli na wikariacie nie mają pralki i które potem pomagają im się pakować, jeśli przyjdzie dekret biskupa, nakazujący przeniesienie. Mają rodziny, w których nie są „proszę księdza”, ale po prostu Jaśkiem, Tomkiem czy Zenkiem. Potrzebują ich nie tylko dlatego, że własna rodzina jest daleko, a czasem wieczorem chce się z kimś pogadać. Potrzebują ich, bo to właśnie tam usłyszą: „Przesadziłeś na kazaniu, miej litość, żeby gadać pół godziny!” albo: „Ale wiesz, że w Wielki Czwartek liturgia o 17 jest dla nikogo, bo normalni ludzie jeszcze pracują?”. W biurze parafialnym takich rzeczy trudno słuchać – i powiedzieć jakoś nie ma odwagi. W domu, przy kawie, można dużo więcej.
Tak, te rodziny zwykle mają dzieci. I ksiądz bawi się z dziećmi kolejką na dywanie, i bierze dzieci na kolana, a one mówią do niego „wujku”. I nikomu zwykle nie dzieje się krzywda. Mali chłopcy wkrótce zostają ministrantami, a na pytanie, kim zostaną, jak dorosną, odpowiadają dumnie: „Będę księdzem Janem!”.
 
Ciacha nad rzeką Dżordan
Miałam pewnie z piętnaście lat, kiedy wsiąkałam w Kościół po uszy. Była nas wtedy cała gromada, ściągniętych do salki nad kościołem po comiesięcznej piątkowej Mszy dla młodzieży. Ile razy chodziliśmy potem do mieszkania księdza? Nie jestem w stanie policzyć. Wyjątkiem był tydzień, kiedy tam nie szliśmy, bo ksiądz się spieszył do innych obowiązków. Ale tamte spotkania, mniej oficjalne, były dla nas świętem. Siadaliśmy na fotelach, kanapach, oparciach i na podłodze. Ksiądz miał czas. Ksiądz traktował nas poważnie, jak swoich gości. Robił herbatę. Stawiał ciastka czy czekoladowe cukierki. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Czasem o szkole, czasem o miłości, czasem o rodzicach. Czasem śmialiśmy się do łez, gdy w religijnym quizie ktoś z rozpędu wypalił, że Jezus był ochrzczony w rzece Dżordan. Czasem kłóciliśmy się między sobą, a ksiądz próbował nas godzić. Kiedy ksiądz odchodził i przychodził inny, sami domagaliśmy się od niego również i takiej prywatnej formy znajomości. Jej brak czytaliśmy jako brak zaufania, jako niechęć – jakby nas nie lubił. I każdego prędzej czy później uczyliśmy, że fajnie jest z nami posiedzieć przy herbacie. Z kolejnymi księżmi kończyliśmy podstawówki i szliśmy do liceum, zakochiwaliśmy się, świętowaliśmy osiemnastki, zdawaliśmy matury, wyjeżdżaliśmy na studia. Oni odchodzili w inne miejsca, żeby po latach odbierać zaproszenia na śluby.
 
Niech mnie ksiądz przytuli
Jako nastolatka byłam zawsze blisko duszpasterstwa młodzieży. Co jakiś czas wyjeżdżaliśmy na weekendowe spotkania do stolicy diecezji. Zdarzało się to nawet raz na miesiąc, choć obowiązkowo dwa razy w roku: na odpust św. Wojciecha w kwietniu i w październiku, na Chrystusa Króla, patronalne święto KSM.
Pakowaliśmy się do pociągu w piątek po szkole, wracaliśmy w niedzielę pod wieczór, na cały ten czas pozbawieni kontaktu z rodzicami i zdani na opiekę księży (czy w ogóle czuliśmy się „pod opieką”?). Spaliśmy w jakiejś szkole na podłodze, myliśmy się w szkolnych umywalkach, jedliśmy, co udało nam się ugotować. Ludzie z różnych części diecezji stawali się prawdziwymi przyjaciółmi, bo przeżyliśmy razem więcej niż z kolegami z klasy. Czasem wracaliśmy do domu po północy, gubiąc rachubę czasu i przyprawiając rodziców o palpitację serca (albo wizytę na plebanii, rozbrajaną przepraszającym uśmiechem księdza i kolejną zaparzoną herbatą). Minęło ćwierć wieku, a tamte przyjaźnie do dziś pozostają najważniejsze. Księża byli z nami przez cały czas. Z nami jedli, z nami się modlili, z nami chodzili na pielgrzymki, z nami sypiali na szkolnych korytarzach. Z nami organizowali różne akcje, często dając nam pierwszeństwo i powtarzając: „Wy tu jesteście gospodarzami! Nie może być tak, że ksiądz robi za młodzież to, co młodzież może zrobić sama!”. A jak komuś było źle, to szedł do księdza pogadać gdzieś sam na sam – i nikt im nie przeszkadzał, bo wiedzieliśmy, jak łatwo taka rozmowa przerodzić się może w spowiedź.
Kiedyś podczas duchowych warsztatów jedna z dziewczyn powiedziała, że potrzebuje od Pana Boga mocnego kopniaka. Ksiądz podszedł do niej i mocno ją przytulił. Rozpłakała się. To było właśnie to, czego najbardziej potrzebowała: taty, który przytula.
 
Na swoją zgubę!
Czy kiedyś ktoś nadużył naszego zaufania? Kiedy myślę o tym po latach, mam wrażenie, że tak. Przez całe lata jeden raz i jeden ksiądz, który wypróbowywał na nas swoją ledwo zdobytą wówczas wiedzę psychologiczną – chyba nie do końca przygotowany do tej roli i nie do końca świadomy skutków. Ale nie miało to nic wspólnego z seksualnością i z relacjami, i takim nadużyciom nikt nigdy nie zdoła zapobiec, bo zawsze trafi się ktoś, kto przysnął na jednym czy drugim seminaryjnym wykładzie. I wiem, że mimo wszystko nie stała się żadna krzywda. I wiem, że nie byłabym tym, kim dziś jestem, nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie tamci księża i tamte z nimi relacje.
To właśnie w tamtym czasie wsiąkałam w Kościół po uszy. To nie było miejsce, w którym miałam anonimowo siedzieć w ławce. To nie było miejsce, w którym byłam zaopiekowaną duszyczką. Już wtedy tamci księża i tamte relacje sprawiły, że w Kościele stałam się partnerem do rozmowy, współtwórcą, współgospodarzem – i ja, i ludzie, którzy wtedy razem ze mną dorastali. To dlatego dziś tak często nie umiemy milczeć. To dlatego nie pasuje nam rola odbiorców. To dlatego czasem, wprost lub mniej wprost, upominamy księży. To nie jest upominanie z pozycji widza. To upominanie partnera, którymi kiedyś księża nauczyli nas być (być może na swoją zgubę!).
 
Łyse konie sobie ufają
To księża kiedyś nauczyli mnie, że w Kościele nie jestem gościem: w Kościele jestem u siebie. To dlatego nie podchodzę do nich z nabożnym lękiem. Wiem, że są tylko ludźmi, ale ludźmi, którym zależy na Bogu i Kościele. Wiem, że nie musimy przed sobą udawać, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy naprawdę – przecież się znamy jak łyse konie. I dlatego wiem, że mogę powiedzieć wszystko, i dlatego tak im ufam.
Ufam w ich dobrą wolę, ufam w ich mądrość i ufam w świętość. Bo proszę spojrzeć: ile z sytuacji, o których opowiedziałam wyżej, wzbudzi dziś uśmiech zakłopotania? Przy ilu pomyśleli Państwo: „oj, przesadziła!”? Ile w ogóle by się nie wydarzyło, bo zabraniają ich kolejne wytyczne? A przecież wiem, że nie stało się nic złego. Wiem, jakie dobre to przyniosło owoce. Jak mogłabym nie ufać?
Przez wszystkie lata spędzone w Kościele – przez wszystkie wydarzenia, które dziś budziłyby wątpliwości – przez wszystkie spotkania, które nie mieszczą się we współczesnych wytycznych – ze strony żadnego z księży, którzy siadali na krzesłach po prababci, ze strony żadnego z księży, u których bywaliśmy w domach i z którymi wyjeżdżaliśmy w różne strony świata nikt z nas, w tamtych warunkach wychowywanych, nie spotkał się z ani jednym gestem, który nawet dziś, doświadczeni wiekiem, moglibyśmy uznać za dwuznaczny. Gdyby nasze dzieci mogły dziś wrócić do tamtych czasów i przeżyć tamte spotkania w naszym imieniu, pozwolilibyśmy im na to bez wahania, wiedząc, że są bezpieczne.
Owszem: to nie jest doświadczenie całego pokolenia. To doświadczenie jednego miasta, kilku miast, jednej diecezji. Ale przecież nie doświadczenie jedyne i wyjątkowe w morzu zła.
 
A przecież mi żal
To dlatego z mieszanymi uczuciami czytam o kolejnych wytycznych, które zakazują księżom kolejnych zachowań. Tak – rozumiem konieczność profilaktyki. Tak – wiem, że nawet, jeśli w stadzie trafia się jedna chora owca, obserwować trzeba wszystkie. Ale też zwyczajnie mi żal tych dzieciaków, które nie usiądą u księdza „prywatnie”, żeby z relacji nauczyciel–uczeń przejść do relacji przyjacielskiej. Żal mi tych młodych, którzy zdani na relację ograniczoną do kościoła, salki katechetycznej i klasy szkolnej być może nigdy żadnemu księdzu nie zaufają na tyle, by mu się wypłakać i opowiedzieć o tym, czego nie opowiada się rodzicom, a komuś opowiedzieć trzeba. I żal mi księży: tych wszystkich uczciwych i z czystymi sercami, którym patrzy się teraz na ręce, na każdym kroku podejrzewając o najgorsze. Żal mi księży, którzy w lęku kontrolować zaczynają wszystkie swoje niewinne gesty dobroci. Bo jak zaprosić zmarzniętego ministranta na herbatę? Jak podwieźć go do domu, kiedy leje deszcz? Lepiej nie, bezpieczniej nie – po co narażać się na pomówienia. I nawet, jeśli księdzu nigdy zła myśl w głowie nie zaświtała, ministrant odejdzie zmarznięty i przemoknięty.
 
Jedno Ciało cierpi
W trudnych czasach żyjemy – to brzmi jak banał. Ale naprawdę w trudnych czasach żyjemy, kiedy na własnej skórze tak boleśnie doświadczać musimy, że Kościół naprawdę jest jednym Ciałem, i kiedy choruje jedna jego część, skutków choroby doświadczają inne. Ciężki grzech grupy księży, którzy dopuszczają się zbrodni pedofilii, zranił nas wszystkich i sprawił, że wszyscy cierpimy. Cierpią ofiary pedofilów, to oczywiste. Ale cierpią też niewinni, uczciwi i święci księża, którzy dziś boją się własnych odruchów dobrego serca. Cierpią dzieci i młodzież, która nie będzie miała szansy wsiąkać w Kościół tak, jak my kiedyś wsiąkaliśmy, przez bliskie relacje, przez przyjaźń. Cierpią ci, którzy Kościół poznali jak my i którzy wiedzą, że zło nie jest o nim całą prawdą, a mimo to drżą o własne dzieci: bo przecież procedury nie są wdrażane bez powodu. Cierpi Kościół, to znaczy my wszyscy: bo przez wielką winę grupy księży pozbawieni zostajemy tej sieci, którą misternie tkaliśmy w setkach drobnych relacji, sieci wzajemnego zaufania.
Ważne jest, by chronić się przed grzechem – ale źle by było, by strach przed cudzym grzechem sparaliżował nas, rodząc nie-ufność i nie-miłość.
 
 
 
 
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Klara
    14.12.2018 r., godz. 20:56

    Piękne, prawdziwe.
    Bardzo dobrze, że napisała Pani ten tekst!
    Dziękujemy!

  • awatar
    Kazimierz
    14.12.2018 r., godz. 03:52

    Gdy byłem ministrantem w latach 1956-64 (do matury), często bywałem jako już tzw. prezes ministrantów w mieszkaniu księdza opiekuna i nie przypominam sobie żadnych niewłaściwych sytuacji. Zajmowaliśmy się przede wszystkim organizowaniem działania naszej grupy ministrantów (było nas powyżej 50-tki) - planowaniem zbiórek ministrantów, pielgrzymek, kolędy, przygotowaniem do uroczystości kościelnych, były również rozmowy osobiste. Drugim nieformalnym a skutecznym opiekunem ministrantów był wieloletni kościelny były powstaniec wielkopolski. Również w czasie studiów spotykaliśmy się w mieszkaniu księdza duszpasterza akademickiego - innego miejsca poza kościołem jeszcze wtedy nie było. Były dyskusje grupowe i rozmowy indywidualne.
    W pełni zgadzam się z autorem artykułu. Jednak dodałbym, że zło, które czasami zaistniało należy tłumić w zarodku z całą bezwzględnością, bo nic nie czyni takiego spustoszenia, co zgnilizna wewnątrz. I tu trzeba wskazać na niczym nieusprawiedliwioną winę przełożonych.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki