Logo Przewdonik Katolicki

Słowackie paradoksy

Jacek Borkowicz
FOT. JAKUB GAVLAK/PAP

W ostatnich latach pewien kraj zdobył specyficzny rozgłos, gdyż jako jedyny w Europie nie uznaje on islamu. Tym krajem jest nasz sąsiad.

Wszystko zaczęło się w 2015 r., czyli w czasie gdy prawie półtoramilionowa fala i uchodźców, i migrantów z Bliskiego Wschodu oraz północnej Afryki dotarła do Europy, budząc rozmaite, często skrajnie różne reakcje wśród jej mieszkańców. W tej galerii odpowiedzi na owo kryzysowe wyzwanie Słowacy znaleźli się niebezpiecznie blisko skrajności, która wyraża się w całkowitym „nie” wobec przyjmowania obcokrajowców. Władze w Bratysławie zgodziły się, owszem, by na terytorium kraju mogło osiedlić się 200 wygnańców z Syrii, ale z zastrzeżeniem, że mają to być wyłącznie chrześcijanie. Muzułmanom znajdować schronienia nie pozwolono, oficjalnie pod pretekstem, że mieliby oni kłopoty z integracją w nowym kraju zamieszkania. Nie mieliby bowiem gdzie się modlić, gdyż na Słowacji, to kolejny europejski wyjątek, nie ma ani jednego meczetu.
Jednak w istocie słowackich władz nieobecność meczetów wcale nie martwi. Przeciwnie, ostatnio dają one wyraźne sygnały, że zrobią wszystko, aby na słowackiej ziemi nie powstał ani jeden dom muzułmańskiej modlitwy.
 
Tolerowani, lecz nielegalni
W maju 2017 r. premier Robert Fico zapowiedział, że „na Słowacji nie ma miejsca dla islamu”. Do tamtej pory, jak również i później, żaden z europejskich przywódców o „antyimigranckiej” reputacji – ani Viktor Orbán, ani Jarosław Kaczyński, ani też kanclerz Austrii Sebastian Kurz – nie zdecydował się na tak otwartą i daleko idącą deklarację. Kilka miesięcy wcześniej Rada Narodowa, słowacki jednoizbowy parlament, uchwaliła, że jakiekolwiek wyznanie religijne, aby mogło zyskać aprobatę państwa, musi liczyć w jego granicach co najmniej 50 tys. wyznawców. Było to radykalnym zaostrzeniem kryteriów, albowiem jak dotąd na Słowacji progiem legalności była liczba (i tak już restrykcyjna) 20 tys. wiernych.
Wnioskodawcy uchwały nie ukrywali, że chodzi im wyłącznie o „zapobieżenie islamizacji kraju”, jednak w rzeczywistości niczemu nie zapobiegli, lecz jedynie ostentacyjnie wbili gwóźdź do trumny idei legalnego słowackiego islamu. Muzułmańska wspólnota na Słowacji, oceniana na 5 tys. osób (statystycznie jeden na tysiąc Słowaków), nie miała bowiem szans na rejestrację również przed tą uchwałą. Słowaccy muzułmanie, jak nie mogli, tak nadal nie mogą korzystać z państwowych dotacji, nie wolno im też prowadzić wyznaniowych szkół. Mogą się modlić, ale prywatnie, po domach. I tak też od dłuższego czasu czynią.
 
Boją się, choć nie widzą
W gronie państw Unii Europejskiej Słowacja jest przypadkiem nietypowym: można ją uznać za kraj wieloetniczny, ale z wiodącą monoetniczną mentalnością. Mówiąc prościej, w kraju tym, co prawda, żyje wielu obywateli niesłowackiego pochodzenia, ale sami Słowacy ich obecności jakby nie zauważają. A jednocześnie się ich obawiają.
Skąd bierze się ów paradoks? Otóż Słowacja posiada liczną mniejszość węgierską, ale skoncentrowaną w jednym miejscu, na południu kraju. Gdzie indziej Węgra raczej nie uświadczysz. Żyje tam też nie mniej liczna (choć przeczą temu zaniżane statystyki) wspólnota Cyganów, oficjalnie zwanych Romami, jednak z kolei oni trzymają się na uboczu spraw publicznych, zaludniając izolowane getta, sklecone gdzieś na uboczu słowackich osad. Dawniej mieszkali też na Słowacji Niemcy, ale ich wysiedlono w 1945 r. Los miejscowych Żydów był podobnie tragiczny jak polskich.
Słowacy zachowali etniczną jednorodność głównie dzięki położeniu ich kraju, którego większą część stanowią górzyste rejony Karpat. O te właśnie góry przez stulecia rozbijały się kolejne najazdy osmańskich Turków, którym udało się zawładnąć jedynie zamieszkaną przez Węgrów niziną. Ale zagrożenie tureckie ustało po zwycięstwie Sobieskiego pod Wiedniem w 1683 r. Na Słowacji pozostał więc żywym stereotyp islamskiego zagrożenia, ale bez doświadczenia realnej koegzystencji. Słowacy, w swojej większości, boją się muzułmanów, choć nie bardzo wiedzą, jak się z nimi naprawdę współżyje. Nie wyjaśnią im tego nieliczni przybysze z Bośni i Albanii, tureccy gastarbeiterzy czy też sami Słowacy, którzy przeszli na islam. Tych ostatnich doliczono się w całym kraju zaledwie 150.
Gdy w tym stanie rzeczy w lutym ubiegłego roku młody Afgańczyk zaatakował nożem dwóch młodych Słowaków, w kraju wzniecono alarm, gdzieniegdzie graniczący z histerią. Cała afera, jakich wiele w Europie, rozegrała się na przejściu granicznym z Austrią, jednak reakcja na nią była tak donośna, jakby już chodziło o dżihad w centrach słowackich miast.
 
Na razie bez zmian
Kolejnym elementem słowackiego paradoksu jest fakt, że islamofobia nie jest tam domeną „nacjonalistycznej prawicy” – jak chciałyby to widzieć upraszczające rzeczywistość media Zachodu. Nacjonalistyczna i eurosceptyczna Słowacka Partia Narodowa gra tam rolę niepoślednią, jej lider Andrej Danko jest nawet przewodniczącym parlamentu, ale w sumie jest ona tylko języczkiem u wagi, wchodząc od 2006 r. w polityczną koalicję z socjaldemokratami ze SMER – partii, której przywódcą jest właśnie Robert Fico. Danko, owszem, w słowach jest antyislamski, ale rzeczywisty ton działaniom rządu nadają jego socjaldemokratyczni sojusznicy. Nowy, urzędujący od marca tego roku premier Peter Pellegrini, który już na początku kadencji wyraźnie zapowiedział, że w kwestii migrantów i uchodźców Słowacja „nie jest gotowa ponosić konsekwencji cudzych błędów” (czytaj: polityki otwarcia zapoczątkowanej przez Angelę Merkel), też nie jest narodowcem, ale socjaldemokratą. A burmistrz Bratysławy Andrej Ďurkovský, który sprzeciwił się próbom utworzenia w tym mieście ośrodka kultury islamskiej, też nie należy do radykalnej prawicy, lecz reprezentuje centrowo nastawioną chadecję.
Wszystko wskazuje więc na to, że Słowacja jeszcze przez długi czas pozostanie krajem bez meczetów. Czy to dobrze czy źle? Odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Dzisiaj pospieszne edukowanie Słowaków w duchu „eurootwartości” z pewnością nie byłoby rozwiązaniem ani pożądanym, ani też rozsądnym. Społeczny konflikt, którego skutki łatwo przewidzieć, odbiłby się niekorzystnie na kondycji samych, nielicznych przecież, słowackich muzułmanów. Ale na dłuższą metę nasi sąsiedzi i tak będą się musieli zmierzyć z problemem wielokulturowej koegzystencji. Dobrze byłoby, aby rozwiązali go pomyślnie i we własnym gronie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Arkadiusz Kugler
    29.11.2018 r., godz. 14:02

    Andrej Ďurkovský był primatorem (prezydentem Bratysławy) w latach 2002-2010, a sprawa jego sprzeciwu - to rok 2003, czyli 15 lat temu. Jak to się ma do obecnej sytuacji? Ďurkovský jest obecnie posłem z ramienia KDH.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki