Logo Przewdonik Katolicki

Nie można być polskim patriotą i nie lubić Polaków

Piotr Jóźwik
FOT. JAN BIELECKI/EAST NEWS

Z prof. Waldemarem Łazugą rozmawia Piotr Jóźwik

Kim jest patriota?
– To człowiek przywiązany do swojej ojczyzny. Żyjący jej życiem.
 
I to wystarczy?
– Jedni uważają, że wystarczy: jeśli czujesz się Polakiem i jesteś przywiązany do Polski, to jesteś patriotą. Inni akcentują odpowiedzialność za kraj: skoro jesteś Polakiem, to za Polskę bierzesz także odpowiedzialność. To drugie rozumienie jest mi bliższe.
 
To kiedyś być patriotą było chyba łatwiej niż dzisiaj, bo okazji do poświęceń dla ojczyzny znajdującej się pod zaborami czy walczącej na wojnie nie brakowało.
– Patriotyzm zawsze był sprawą trudną. Z drugiej strony, jeśli ktoś uważa się za patriotę, to patriotą po prostu jest. I nikt mu tego nie może – i nie ma prawa – odebrać.
 
Czyli patriotą może być zarówno ten, który w marszach czci żołnierzy wyklętych, jak i ten, dla którego patriotyzm to płacenie podatków.
– Oczywiście, choć stale słyszymy, że ten czy ów takiego lub innego patriotyzmu nie uznaje. Problem bierze się stąd, że patriotyzm w naszej tradycji kojarzy się z czymś nadzwyczajnym. Wielką emocją, poświeceniem, ofiarą, martyrologią, kibitką, cmentarzem, poezją romantyczną, z Boże, coś Polskę i Czerwonymi makami na Monte Cassino. Mniej zrozumienia ma patriotyzm pracy i obowiązku, czy dobrze na gruncie niemieckim znany patriotyzm konstytucyjny.
 
Dlaczego tak często odbieramy sobie nawzajem prawo do nazywania się patriotami?
– Odnoszę wrażenie, że ci, którzy to robią, kochają może Polskę, ale już z pewnością nie kochają Polaków.
 
To tak można?
– Tak bywa, gdy patriotyzm podszyty jest złymi uczuciami: niechęcią, animozją, a nawet nienawiścią. Można przecież być człowiekiem zakochanym w swoim kraju, w rodakach czy w kulturze, ale jednocześnie podziwiać Czechów albo lubić kulturę włoską. Tylko że zrozumienie tej oczywistości przychodzi z pewnym trudem.
 
Jedno drugiego nie wyklucza.
– Nie wyklucza, a nawet często stanowi uzupełnienie i wzbogacenie. Jest przecież tyle pięknych i ciekawych miejsc na świecie… Wykluczenie czy nienawiść zawsze deprawują. Ideałem byłby patriotyzm, który dopuszcza tylko jedną formę nienawiści: nienawiść do nienawiści. Zauważmy, że chrześcijaństwo jest „ponadnarodowe”. Chrześcijaństwo mówi: miłuj bliźniego swego, a nie rodaka swego. Na tym zresztą polega różnica między narodową demokracją a chrześcijańską demokracją. Narodowa skupiona jest na narodzie, chrześcijańska – na człowieku. Ta ostatnia jest więc w pewien sposób kosmopolityczna, co dziś dla niektórych pachnie zdradą, a ma przecież piękny humanistyczny wyraz.
 
Powiedział Pan, że wypaczenie patriotyzmu pojawia się wtedy, gdy dają znać o sobie niechęć czy w skrajnych przypadkach nienawiść. A ja mam wrażenie, że wystarczy różnica zdań na temat podatków, wieku emerytalnego czy polityki zagranicznej, by stwierdzić, że nasz rozmówca nie jest patriotą. Nie dopuszczamy między sobą najmniejszej różnicy zdań.
– Ale to akurat wynika z czegoś innego. Z pomieszania pojęć i niezbyt wysokiej kultury politycznej. Patriotyzm jest w takich sytuacjach instrumentem. Skoro uważasz inaczej, skoro się ze mną nie zgadzasz, to jesteś zdrajcą, wrogiem ojczyzny. Obrzydzając w ten sposób przeciwnika, odbieramy mu rację istnienia.
 
Zdaniem Pana Profesora przyczyną owego „wypaczenia patriotyzmu” jest niezbyt wysoka kultura polityczna. Dlaczego nie może być wyższa?
– Na naszych ziemiach przez setki lat krzyżowały się różne wpływy. Za czasów panowania Piastów Polska była zokcydentalizowana, czyli zachodnia. Za Jagiellonów odwróciła się w stronę wschodnią, a później wschodnie wpływy były coraz silniejsze, a zachodnie słabły. W efekcie mieszkańcom Wielkopolski do dziś trudno nieraz zrozumieć mieszkańców Podkarpacia. I vice versa. Pozostaje jeszcze kwestia edukacji. W czytelnictwie jesteśmy na szarym końcu Europy. I generalnie nie lubimy szkoły.
 
Ale ta różnorodność mogłaby być naszym atutem. Przecież polskim patriotą był zarówno romantyczny Adam Mickiewicz, jak i pragmatyczny ks. Piotr Wawrzyniak, wielkopolski organicznik nazywany ministrem finansów.
– Tak w każdym razie być powinno. Bo kultura polska właśnie różnorodnością doświadczeń jest mocna. I należy stąd wyciągnąć wnioski. Jest taka książka o ludobójstwie francusko-francuskim w czasach rewolucji francuskiej. Na początku tej rewolucji wszyscy zgodnie uważali się za patriotów. Z czasem jednak jedni uznali, że rewolucja poszła za daleko, a drudzy – że wprost przeciwnie. Ostatecznie ci drudzy zaczęli zabijać tych pierwszych, dopuszczając się na końcu potwornych aktów ludobójstwa.
 
Śmierć wrogom ojczyzny…
– No właśnie. Ale kto wie, kto jest tym podłym wrogiem? My – i tylko my – wiemy! Taką filozofię znajdziemy w wielu ruchach i nurtach zarówno prawicowych, jak i lewicowych.
 
Wróćmy do wydarzeń sprzed stu lat. Niektórzy historycy uważają, że różnice między nami były tak duże, że gdyby zabory potrwały choćby pokolenie dłużej, to Polskę można byłoby zjednoczyć tylko w formie federacji złożonej z trzech części. Takie rozwiązanie nie było jednak potrzebne. Jak po 123 latach udało się „zszyć” Polskę w jedną całość?
– Nie wiem, czy do końca się udało, bo tamta Polska miała wiele problemów, z którymi sobie nie poradziła. Samorząd na przykład udał się tylko w byłym zaborze pruskim.
Elity niewątpliwie mieliśmy lepsze, dojrzalsze niż dziś. Roman Dmowski doceniał rolę Józefa Piłsudskiego w Warszawie, a Piłsudski rolę Dmowskiego w Paryżu. Osobiście mieli do siebie dużo szacunku. Widać to w ich opublikowanych listach.
 
Dziś trudno w to uwierzyć…
– Bohaterem mojej pierwszej książki był Michał Bobrzyński. Przed I wojną światową była to figura największego formatu. Był profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, namiestnikiem Galicji, ministrem austriackim. Wymyślił trializm, czyli Polskę jako trzeci człon Austro-Węgier. To Bobrzyńskiego właśnie Dmowski długo uważał za swego największego ideowego przeciwnika. A jednak gdy już po wojnie Bobrzyński trafił do szpitala, Dmowski znalazł czas, żeby go odwiedzić.
Ale nie trzeba się cofać aż tak bardzo. Gdy powstawała III Rzeczpospolita, do Sejmu wybierano wielu wybitnych aktorów, ludzi kultury, życia gospodarczego i nauki. Z szefów Ministerstwa Spraw Zagranicznych mogliśmy być naprawdę dumni. Współczesnych „luminarzy” dzieli od nich przepaść.
 
To źle, że politykiem może być każdy?
– Jeśli ma się jakiś zawodowy dorobek, umiejętności, pozycję, to i nasza wewnętrzna wolność jest większa i mamy do czego wrócić. Jeśli zaś się tego wszystkiego nie ma – jest się zdanym na łaskę prezesa albo przewodniczącego jakiejś partii. Jest się w istocie najemnym żołnierzem na sejmowym żołdzie. I przeważnie żyje się w strachu, że w kolejnych wyborach cię nie wystawią lub nie wybiorą.
 
Ustaliliśmy już, że inni byli politycy. A zwykli ludzie?
– Wtedy ludzie w większości byli wychowani z poszanowaniem pewnych zasad. Mądrość ludowa zawierała się w przysłowiach: „Bez pracy nie ma kołaczy”, „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, „Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”… Dziś związek między zasługą, kwalifikacją a karierą jest mocno wątpliwy. A nowych „ekwiwalentnych” przysłów jakoś nie ma. Poza tym żyjemy w świecie „permanentnego niezadowolenia” ze wszystkiego i wszystkich, w świecie chronicznego pesymizmu, co jest o tyle dziwne, że ludzie nigdy nie żyli lepiej i wygodniej niż dziś.
 
Może to jest nasz problem?
– Nasz jest tylko odmianą powszechnego zjawiska. Naszym największym chyba problemem jest to, że Polak Polakowi nie ufa i Polak Polaka nie lubi. Może poza wąskim kręgiem znajomych. Jednocześnie ciągle mówimy o patriotyzmie. Tylko o czym właściwie tu mowa, skoro najtrudniej przychodzi nam miłować bliźniego, rodaka swego?
 
Prof. Waldemar Łazuga
Historyk, wykłada na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Specjalizuje się w historii polskiej i powszechnej XIX i XX w.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki